Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Klepsydra

14 maja 1978
Ktoś, kto nie posiadł odpowiedniej wiedzy o podróżowaniu w czasie albo nie czytał fantastycznych książek, a jego nerwy były i tak już mocno zszargane, widząc siebie samego w drzwiach doprowadziłby zapewne do jakiejś katastrofy w czasowej sieci, czy nawet we wszechświecie. Dumbledore jednak przywykł do wydarzeń co najmniej dziwnych. Poza tym gdzieś w głębi duszy miał nadzieję, że się odwiedzi. Sam nie posiadał odpowiednio przekonywującego argumentu, żeby przenieść się w czasie, toteż mógł tylko czekać. I dlatego, zamiast przepisowo zemdleć, biegać w kółko z wrzaskiem albo zatrzasnąć drzwi, odetchnąć i otworzyć je jeszcze raz, zaprosił siebie do środka i zaproponował kufel kremowego piwa.
Albus z ciekawością przyglądał się swojemu przyszłemu Ja.
– Umarłem – zauważył.
– Kiedyś trzeba – uśmiechnął się przybysz. – Nic więcej nie mogę powiedzieć.
– Wiem, wiem. Znam zasady. Więc chcesz zmienić historię, tak?
Duch Dumbledore'a, unoszący się nad krzesłem, wstał i począł pływać powoli po gabinecie.
– Delikatnie poprawić – poinformował po chwili namysłu, zatrzymawszy się jednym bokiem w biurku. – Właściwie mieć pewność, że wszystko pójdzie, jak trzeba. Tylko ostrzeż pannę Potter...
– Evans.
– ...pannę Evans. Jeśli dowie się za dużo, będziemy mieli POWAŻNE kłopoty.
Albus zastanawiał się chwilę.
– Może ja mógłbym...
– Sama – uciął duch. – Zgodnie ze wskazówkami.
Dumbledore skinął lekko głową. Kto jak kto, ale on sam na pewno wie, co robi.

Lily zjawiła się w gabinecie dyrektora punktualnie. Czuła na sobie ciekawskie spojrzenia z licznych fotografii. Jednej, wyjątkowo natrętnej kobiecinie, która przeskakiwała z ramki do ramki, poprawiając stale okulary i mrucząc coś pod nosem, dyskretnie pokazała język.
Dumbledore zachęcił ją gestem, aby podeszła. Kiedy była już zaledwie kilka cali od blatu biurka, wyjął klepsydrę, wielkości dłoni i postawił ją przed sobą.
– Wiesz, co to jest, prawda Lily?
Lily przytaknęła.
– Tym się mierzy czas – powiedziała, by przerwać wlekące się w nieskończoność sekundy ciszy. – Można przerwać jego przepływ w dowolnej chwili albo cofnąć... Ewentualnie zniszczyć, gdy się zbije klepsydrę. Sprawia pozory władania czasem, bo to jest czas osoby, która ją posiada.
– To tak, jakby przestawić wskazówki zegarka i uważać się za punktualnego – dodał Albus, uśmiechając się pod nosem.
Lily spojrzała na swój zegarek, a następnie porównała go z tym, nad drzwiami gabinetu. Późnił się piętnaście minut.
– Nie przejmuj się – poradził jej dyrektor, kiedy popatrzyła na niego przepraszająco. – Za chwilę będziesz miała prawdziwy czas w rękach. – Wstał i podał Lily klepsydrę. Ujęła ją delikatnie w dłoń. – A teraz posłuchaj uważnie, Lily. Przyszłość jest zagrożona i trzeba ją ratować. – Nie do końca stłumiła chichot. – Dlatego wyślę cię nieco w przyszłość. Spotkasz się z kimś. Właściwie... Masz sobie delikwenta tylko obejrzeć i wrócić. Nie rozmawiać, nie wypytywać, o nic. To mogłoby mieć poważne skutki, a z czasem lepiej nie igrać. Rozumiesz?
Z sekundy na sekundę nabierała przekonania, że Dumbledore jednak mówi poważnie.
– Nie, panie dyrektorze. Dlaczego mam sobie kogoś obejrzeć? Co to zmieni?
– Dobre pytania. – Albus podrapał się w brodę. – Mam nadzieję, że jeśli się dowiesz, to dostarczysz mi odpowiedzi. Też jestem ciekaw.
– Dobrze – westchnęła z zrezygnowaniem Lily. – Kogo mam zobaczyć?
Dumbledore odpowiedział.
– MAM SYNA? – krzyknęła, nawet dla siebie niespodziewanie. – Z kim? Jak się nazywa? Ojej, nigdy się nie zastanawiałam, jak nazwę swojej dzieci!... A córkę też mam?
Rozłożył bezradnie ręce.
– Nie wiem, Lily. I obiecaj mi, że nie dowiesz się zbyt wiele. Dla własnego dobra. – Po chwili dodał – Dla dobra historii. Obiecaj.
Lily z żalem obiecała.
– Zrobisz dokładnie tak, jak ci powiem. – Dumbledore usiadł na fotelu i spojrzał z nad okularów połówek prosto w zielone oczy dziewczyny.

Wybiegła z gabinetu i pognała do wieży Gryffindoru. Jedną ręką w kieszeni ściskała klepsydrę Dumbledore'a. Poczuła lodowaty dreszcz, kiedy całkiem niechcący przebiegła przez Prawie Bezgłowego Nicka. Gdyby nie był martwy, impet, z jakim by na niego wpadła, powaliłby ich oboje i zrzucił ze schodów, grożąc złamaniem karku.
– Wybacz, Nick – rzuciła przez ramię i wydyszała jednym tchem do Grubej Damy, która zerkała na nią dziwnie z obrazu – Abreporfavortengopermiso.
Lily wskoczyła do pokoju wspólnego i ryknęła:
– POTTER!
James, który wraz z kolegami okupywał stolik w kącie salonu, podniósł głowę. Z mieszanymi uczuciami podszedł do ledwo zipiącej Lily.
– Co jest? – Zmierzwił sobie włosy tak, jak to miał w zwyczaju. Lily wiedziała, że gdyby był niższy od niej, z mściwą satysfakcją przylizałaby mu je dłonią nieco mocniej, niż to potrzebne.
– Wiem, że ty wiesz, jak dostać się do Hogsmeade i jeśli mi zaraz nie pomożesz, to wywalczę dla ciebie szlaban u Flitwicka. Za całokształt. Sobota by pasowała. Akurat w decydujący mecz? Och, co za pech... – wycedziła ironicznie.
James rozpatrywał wszelkie za i przeciw.
– Nie byłoby z tym problemu, gdyby ktoś przyrzekł, że nikomu nie wypapla. – Lily przyrzekła. Pomyślała też, że musi zacząć spisywać sobie dane obietnice, żeby przypadkiem o jakiejś nie zapomnieć. – A po co tam idziesz? Zdradzasz mnie pewnie, ja to wiem – uśmiechnął się łobuzersko.
– Z całym plutonem Ślizgonów. To jak?
James odciągnął ją trochę na bok i pokazał na mapie Hogwartu, gdzie jest tajne wyjście, co ma zrobić, żeby je uruchomić i dokąd dokładnie tamtędy zajdzie. Lily podziękowała mu przelotnym cmoknięciem w policzek i wybiegła z pokoju wspólnego. Potter odwrócił się i zdał sobie sprawę, że chłopcy znajdują się o wiele bliżej, niż poprzednio.
– Ale z tymi Ślizgonami, to żartowała, nie? – zapytał, kiedy wracali do stolika.

Zwolniła dopiero, kiedy potknęła się o własną nogę w tajnym korytarzu, do którego wejściem był garb posągu czarownicy. Tak jak James mówił, otworzyła ostrożnie klapę i wymknęła się z piwnicy Miodowego Królestwa. Poszukała ustronnego kąta między sklepami, by niezauważona wydobyć klepsydrę z kieszeni i obrócić ją, odpowiednią ilość razy. Liczyła sobie cicho, żeby się nie pomylić. Kiedy skończyła, odczekała zaledwie kilka sekund i poczuła mocne szarpnięcie w okolicy pępka.


26 listopada 1996
Lily wylądowała miękko na worku z liśćmi, którego prawie osiemnaście lat temu tam nie było. Otrzepała się z niewidzialnego pyłu i wróciła do Miodowego Królestwa z nadzieją, że tajne przejście nadal działa. Korytarz nie tylko działał, jak zauważyła, ale również był często używany i stanowił coś na kształt czyjejś kryjówki. Kiedy zrobiła krok na przód, na ścianach zapłonęły lewitujące błękitne płomyczki. Na stercie koców leżała zimowa peleryna. Prowizoryczny stoliczek ze stosika książek porażających rozmiarów służył jako podpora dla gitary. Nigdzie nie było pajęczyn, a gdzie niegdzie leżały zapisane lub czyste kawałki pergaminów. Lily powstrzymała się, żeby wziąć jeden do ręki. Wspięła się do wyjścia po śliskich kamieniach i zamarła. Usłyszała głosy z zewnątrz. Osoby, zbliżające się do posągu, bez wątpienia kłóciły się. Przyłożyła ucho do zimnej ściany.
– Co chcesz przez to powiedzieć, Ron?!
– Nie rycz tak, dobra? Zaraz na pewno wróci.
– Jesteście niepoważni! OBAJ!
– O tak, i ty musisz nas nawrócić. Mówię ci, zostaniesz psychofogiem, jak nic. Z takim doświadczeniem...
– Psychologiem – poprawił go oburzony dziewczęcy głos. – Śmierciożercy zabijają wszystkich, którzy im się nawiną, a on skoczył po piwo kremowe. Świetnie, Ron.
– Cicho, bądź! O, chyba słyszę kroki.
Lily też je słyszała i jak oparzona odskoczyła od ściany. Rozejrzała się uważnie, zastanawiając się, gdzie się schować. Miała przeczucie, że z tego korytarza nawet po tylu latach nie korzysta cały Hogwart.
Wcisnąwszy się w ścianę obok wejścia, czuła się równie schowana, co słoń za krzesłem. Opanowanie ulatniały się z niej z prędkością dźwięku. A odgłosy kroków na kamiennej posadzce wzbudzał dodatkowy niepokój. Z braku lepszego pomysłu, Lily zatarła dłonie, całą swoją siłą naparła na wejście i pognała co sił w nogach przed siebie. Skręciła w pierwszy lepszy korytarz i odetchnęła głęboko.

– To chyba nie był Harry – zauważył Ron. – Och, nie! A jeśli wpuściliśmy do szkoły śmiercioże...?
– Eee, coś nie tak? – Harry, we własnej osobie, podał przyjaciołom butelki, a sam zamknął posąg.
Hermiona niebezpiecznie poczerwieniała.
– Coś nie tak?! Ty chyba ZWARIOWAŁEŚ! Tak nie można, Harry, trzeba powiedzieć komuś o tym przejściu... I o wszystkich innych. Nie wiem, jak mogłeś tak po prostu wyjść i...!
– Widziałeś? – zapytał Ron Harry'ego, ale ten rzucił mu tylko pytające spojrzenie. – No taką dziewczynę, z rudymi włosami. Przed chwilą wybiegła stąd. Dostałem w nos garbem.
– GDYBYM MOGŁA DOSTALIBYŚCIE TAKIE SZLABANY, ŻE RAZ NA ZAWSZE ODECHCIAŁOBY WAM SIĘ SZWĘDAĆ GDZIEKOLWIEK...
– Nie – odrzekł Harry. – Może tylko ci się wydawało.
– I po co?! Po KREMOWE PIWO!...
– Uderzenie też? Mówię ci, że widziałem. Chodź, zaraz mamy transmutację. Hermiono, mogłabyś się już przymknąć?

Lily obserwowała Gryfonów zza rogu. Hermiona, dziewczyna z brązowymi włosami, związanymi w dwa warkoczyki, ruszyła przodem. Nawet w jej krokach można było wyczuć coś z oburzenia. Wysoki, rudy i strasznie piegowaty chłopak, Ron zdaje się, rozcierał sobie nos, idąc mozolnie za nią. Harry dotrzymywał mu kroku i między pociągnięciami z butelki, przekonywał Hermionę, że nie powinna się tak wszystkim przejmować. Lily od razu zauważyła, że przypomina jej Jamesa.
Powoli w jej głowie układał się obraz wydarzeń jej przyszłości, które teraz były już przeszłością.
Lily Potter, powiedziała w myślach i stwierdziła, że brzmi to całkiem nieźle.
Pozostało jeszcze się tylko upewnić, czy aby na pewno Harry Potter jest synem Lily Evans... To znaczy Potter.
Gdyby obok stała druga ona i słyszała jej myśli z pewnością kopnęłaby ją w kostkę.
Wzięła kilka głębokich oddechów, żeby ochłonąć, po raz pierwszy dziś nie od biegu. Po chwili korytarz, podobnie jak większość innych w zamku, zapełnił się uczniami. Lily nie miała jeszcze pomysłu, jak przekonać się o tożsamości rodziców Harry'ego. Przypomniała sobie jednak, że Dumbledore bardzo naciskał, że ma się swojemu synowi przyjrzeć. Postanowiła więc najpierw obejrzeć go sobie z bliska.
Zaczęła przeciskać się przez uczniów do sali transmutacji. Jeśli przez osiemnaście lat nic się nie zmieniło w położeniu sal, to sprawa nie byłaby zbyt skomplikowana. I nie była.
No to jest sala, ale gdzie jest Harry? zapytała się w duchu.
– Przepraszam. – Ktoś delikatnie potrącił ją łokciem.
– Nie szkodzi – poinformowała przestrzeń i odwracając się, wpadła prosto w ramiona Harry'ego. – Uch, bardzo mi przykro. Ja... O to chodziło! – wyrwało się jej, zanim ugryzła się w język, kontemplując znajomo zielone oczy.
– Eee, co? – Harry poprawił sobie niecierpliwie torbę na ramieniu. Chciał odejść, ale Lily trzymała go mocno za rękaw szaty. Dałby głowę, że McGonagall nie przepuściłaby mu przyjścia na swoją lekcję w dziurawym ubraniu.
– James – wypisz, wymaluj, ale oczy to masz...
– Po matce, wiem. Wybacz, ale trochę się śpieszę.
Lily puściła rękaw i odprowadzała dumną chłopięcą sylwetkę wzrokiem, dopóki nie znikła w klasie. Stałaby tak pewnie do końca lekcji, żeby jeszcze raz spojrzeć na Harry'ego. Czuła dziwną dumę widząc go. Jeden szczegół rzucił jej się w oczy i była przekonana, że nie tylko jej. Blizna. Po co mu ta szpetna blizna? Lily zadecydowała, że jeśli może poprawić historię, to właśnie znalazła rzecz godną poprawy. Nie dopuści, żeby jej syn nosił bliznę na czole. I to tak dużą.
– Minus. Dziesięć. Punktów. Dla. Gryffindoru.
Lily zadrżała. I choć część jej rozsądku nakazywała uciekać, ciekawość zwyciężyła, więc dziewczyna odwróciła się. Zdumienie na obu twarzach było tak samo wielkie.
– Nie – szepnął inteligentnie Severus.
– Snape – stwierdziła Lily półgłosem. Nigdy jakoś nie widziała go w roli nauczyciela. Teraz miała okazję.
Severus jednak postanowił nie zwracać uwagi na niepodważalne prawo logiczne mówiące, że to jest Lily Evans wtedy i tylko wtedy, gdy on nie jest spokrewniony z kałamarnicą z jeziora, i wycedził w bardzo snape'owski sposób:
– Profesor Snape. Jeżeli zaraz nie pójdziesz na lekcje, odejmę kolejne dziesięć punktów.
Lily po raz pierwszy w życiu żałowała, że nie ma w pobliżu Jamesa, który z chęcią urządziłby widowisko po hasłem przewodnim "co Smarkowi wsadzić w gacie?". Co jak co, ale odejmowanie jej punktów, było ciosem poniżej pasa.
– Smarkerus – warknęła i uciekła.

Lily spacerowała po zamku omijając wszelkie miejsca, gdzie mogłaby natknąć się na nauczycieli. Chciała już wrócić do swoich czasów, ale ciągle ktoś kręcił się obok i nie było sposobności. Nawet posąg garbatej czarownicy okupowany był przez opierającego się o niego Filcha.
– Hej, zaczekaj! – usłyszała za sobą, gdy wspinała się po schodach na czwarte piętro.
Harry, a za nim Ron i Hermiona (już nie oburzona) podbiegli do niej. Harry przyglądał się jej bardzo dokładnie.
– Albo śnię, albo zwariowałem – rzekł do przyjaciół i zwrócił się w stronę Lily. – To niemożliwe, prawda? Nie jesteś NIĄ?
W ostatniej chwili powstrzymała się.
– Ale że kim? My się chyba nie znamy, co? – Z godnością odgarnęła włosy z ramienia.
– Nie, chyba nie... – Harry wyglądał na zmieszanego. Hermiona westchnęła ciężko, co brzmiało trochę jak "mówiłam". – Kogoś mi przypominasz. Ale... Nieważne. Eee, jesteś nowa? – zapytał, a zmieszanie zamieniło się w zdziwienie.
– Matkę ci przypominam, co? – Roześmiała się jak najmniej sztucznie Lily. – Słyszałam, że jestem do Lily Potter... – policzki zapiekły ją dziwnie – ...podobna. Chciałabym ją poznać.
– Ja też – westchnął Harry.
Lily odniosła wrażenie, że coś jest nie tak.
– Jak to? Nie rozumiem...
– Nie słyszałaś legendy o Chłopcu, Który Przeżył?! – wykrzyknął Ron. – Przecież Harry miał tylko rok, kiedy... – Najwyraźniej ugryzł się w język, bo skrzywił się w grymasie bólu.
– Kiedy Voldemort zabił mi rodziców – dokończył Harry pustym głosem. – Została mi tylko ta blizna.
Lily słynęła z niezawodnej intuicji. Teraz intuicja podpowiadała jej, że legenda Harry'ego Pottera nie była tylko anegdotką z wieży Gryffindoru.
– A tak, słyszałam o tym.
Harry, Ron i Hermiona pobiegli na lekcję. Lily poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa, usiadła więc na schodach. Ukryła twarz w dłoniach i wyklinała się w duchu, że nie posłuchała Dumbledore'a. Po chwili jednak wstała z postanowieniem naprawienia historii. Wyjęła klepsydrę i nie bacząc na to, że ktoś ją zobaczy, obróciła ją.

14 maja 1978
–Aaa!
Lily sturlała się ze schodów. Leżąc na posadzce i próbując zebrać się psychicznie i fizycznie do jednej logicznej całości, poczuła, że ktoś trąca ją czubkiem buta w obolałe biodro. Otworzyła oczy. Severus przyglądał jej się z kamienną twarzą.
– Mogłaś mnie zabić – wycedził lodowato.
– Nic mi nie jest, nie przejmuj się – burknęła, wstając.
Snape wyglądał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zaraz otoczył ich tłum uczniów. Nieczęsto zdarzało się siódmoklasistom spadać ze schodów. Lily z ulgą zauważyła Petera przebijającego się do niej.
– No chodź, James wszędzie cię szuka.
Lily kuśtykając nieco ruszyła za nim. James czekał w pokoju wspólnym i znęcał się różdżką nad kawałkiem papieru, który chłopcy określali mianem mapy.
– Popsuła się! – wykrzyknął, machając nią przed nosem Lily. – W jednej chwili byłaś już w Hogsmeade poza zasięgiem, a w następnej między czwartym a trzecim piętrem! To NIE jest normalne!
– Zostaw to w spokoju, Potter – powiedziała, chwyciwszy mapę i cisnąwszy nią w Syriusza. – Co powiesz na piwo kremowe?
– Mówisz, Glizdogon, że spadła ze schodów? – upewnił się Remus, patrząc to na Jamesa, to na znów na Lily.
– Evans, nie boli cię głowa? – zawołał Syriusz.
– Tylko najpierw do szpitala – zadecydował James. – To też NIE jest normalne.
– Najpierw do dyrektora – zadecydowała Lily ze smutnym uśmiechem. – Muszę mu coś oddać.

Albus schował klepsydrę do szuflady.
– Udało się, Lily? Jak wyglądał?
– Jak James, panie dyrektorze.
W oczach Dumbledore'a pojawiły się wesołe błyski.
– Zbieg okoliczności.
Lily mrugnęła do niego wychodząc.
– Na pewno.


25 listopada 1981
Gabinet dyrektora został dokładnie skryty pod czarnymi zasłonami i czarami antyprześwitującymi. Jedynym źródłem światła był kawałek pergaminu transmutowany przez Jamesa w świecznik.
– Jak romantycznie – zażartował Syriusz dla rozluźnienia sytuacji.
Ale nikt nie czuł się rozluźniony. Lily ani na chwilę nie oddawała nikomu Harry'ego, choć czuła, jak barki i ramiona powoli odmawiają posłuszeństwa. James zaniechał już prób skontaktowania się z Remusem. Peter, który popiskiwał cicho na starym krześle, bardzo chętnie się tym zajął. Syriusz spacerował w tę i z powrotem. Widać było, że coś go męczy. W końcu przystanął i wdusił z siebie:
– Musimy porozmawiać. Wszyscy.
Spojrzeli na niego wyczekująco, a Harry tylko ziewnął bezgłośnie.
– Lily, Rogacz, nie mogę być waszym Strażnikiem Tajemnicy. Ja sporo nad tym myślałem...
– W samą porę, Łapa – prychnął James, który był wściekły na Dumbledore'a i ministerstwo za grzebanie się w papierkowej robocie, i na Remusa. Za brak kontaktu.
– Chodzi o to, Rogacz, że... No sam wiesz o mojej rodzinie. Jestem łatwym celem, a wierz mi, nie darowałbym sobie, gdyby coś ze mnie wycisnęli.
– Nie wycisną – warknął Potter. Miał ochotę mocno w coś kopnąć, ale czuł, że to głupie. – Nie histeryzuj.
Lily doznała ukucia w żołądku. Może to jest właśnie ta chwila, żeby zmienić historię.
– Syriusz ma rację – odezwała się niespodziewanie. – Lepiej, jak Strażnikiem zostanie ktoś niepozorny... Wiecie co mam na myśli? Na przykład Peter, przecież jego nie będą szukać. Oczywiście, nie chciałam cię urazić – zwróciła się do Glizdogona, który tylko machnął na to ręką.
– Przecież Dumbledore załatwia już papiery! Przestańcie jęczeć. – Uczucia, które targały Jamesem i powodowały gniew, były po prostu zwykłym strachem, ale za nic by się do tego nie przyznał.
– No właśnie! – zauważył Syriusz. – Papiery! Gdyby wpadły w niepowołane ręce, i tak będziecie bezpieczni. Rogacz, do cholery, przecież mnie o was chodzi!
Lily postanowiła zaatakować z innej strony.
– Sam mówiłeś, że Strażnicy powinni stwarzać jak najmniejsze pozory – skłamała gładko. – Nie pamiętasz? Rozumiem, że Syriusz to twój najlepszy przyjaciel, że jest chrzestnym Harry'ego i że ze spokojem oddałbyś życie w jego ręce. – Lily wzięła oddech, by zastanowić się, czy nie dodać jeszcze czegoś w ten deseń, ale po chwili zrezygnowała. – Ale tak jest najbezpieczniej, a o bezpieczeństwo właśnie się rozchodzi. Musimy zdecydować teraz, bo Dumbledore niedługo się zjawi...
– No dobra – mruknął James. – Jeśli Peter nie ma nic przeciwko.
– Nie ma – powiedział z fotela Peter.
– Ja to zrobię. – Syriusz wyciągnął różdżkę i kawałek pergaminu.
Po chwili buchnęły zielone płomienie i z kominka wyszedł Dumbledore.
– Zrobione? – zapytał, a Peter, Syriusz, James i Lily skinęli zgodnie głowami. Lily czuła się trochę nie wporządku, co do historii. Tłumaczyła sobie jednak, że ma prawo do wyborów. I ochrony życia.


30 listopada 1981
– Bierz Harry'ego i uciekaj! – ryknął James, wybiegając z pokoju. – Ja go zatrzymam, idź!
– Muszę ci coś powiedzieć...
Reszta utonęła z potężnym huku. Lily włożyła Harry'ego do kołyski i otuliła go kołderką. Ciemny korytarz rozjaśniła jasnozielona poświata.
Czarna postać przeszła nad zwłokami Jamesa.
Lily nie mogła się ruszyć; stała jak sparaliżowana, wpatrując się w ciemność. Przed oczami widziała szesnastoletniego Harry'ego, spieszącego się na lekcje z przyjaciółmi. To nie tak miało być. To ona miała zginąć. Harry nie może... Wszystko zepsuła.
Lord Voldemort stanął w drzwiach i wyciągnął rękę z różdżką.
– Nie Harry, nie Harry, błagam, tylko nie Harry! – krzyknęła, czując potworny skurcz w żołądku. Cofnęła się i zasłoniła ciałem kołyskę. Voldemort podszedł z wyciągniętą różdżką. Nie widziała jego twarzy, słyszała jedynie zniecierpliwiony triumfalny chichot.
– Odsuń się, głupia... odsuń się, i to już...
– Nie Harry, błagam, weź mnie, zabij mnie zamiast niego... Nie Harry! Błagam... zlituj się... zlituj...
Voldemort próbował odsunąć ją wolną ręką. Na próżno.
– Nie Harry! Błagam... zrobię wszystko...
– Odsuń się... odsuń się, głupia dziewczyno...
– Nie ta paskudna blizna – jęknęła Lily.
Błysnęło.
Voldemort spojrzał na Harry'ego.
– Avada kedavra!

Szyby zostały siłą zaklęcia, czy raczej odzaklęcia, wysadzone. Drzwi leżały płasko na ziemi. W niektórych miejscach brakowało fragmentów ścian. Porozbijane ramki z fotografiami leżały na wypalonej podłodze wśród strzępów materiałów. Pozbierał niektóre zdjęcia i schował sobie do kieszeni. W końcu udało mu się dostać na piętro, mimo licznych luk w schodach. Mały Harry leżał na czarnej pelerynie. W mroku ciężko było rozpoznać czy spał, czy nie. W każdym razie nie płakał. Wziął Chłopca, Który Przeżył na ręce i wyszedł z domu. Stwierdził po chwili, że ktoś go obserwuje.
– Cześć.
– Syriusz – uśmiechnął się blado Hagrid. – Cholibka, ale się porobiło... Lily i James... Widziałem, leżą tam. – Pomachał wielką ręką w nieokreślonym kierunku. – Ale uszy do góry, Sam–Wiesz–Kto zniknął!
Łapa zignorował go.
– Co z Harrym?
– Ano żyje i tyle dobrego. Biorę go do Dumbledore'a, wujostwo się nim zajmie.
– Mugole! – prychnął Syriusz. – Słuchaj, Hagrid, nie ma potrzeby go oddawać. Daj go mnie, ja się nim zajmę. Jestem jego ojcem chrzestnym.
Hagrid pokręcił głową.
– Nie, Syriuszu. Dumbledore chce....
Syriusz skinął głową.
– Jasne, zrozumiałem. – Odchodził, kiedy coś mu się przypomniało. – Hej! Weź mój motor, mi się już nie przyda.
Hagrid zaczął się niecierpliwić. Podszedł do Syriusza i jego ukochanego motoru, którego Łapa szanował bardziej niż swoje kobiety. Obaj przyjrzeli się uważnie Harry'emu w świetle latarni.
– Oczy...
– Tak – przytaknął Łapa i wskazał ranę na czole. – Spójrz na to.
– Ojej – mruknął Hagrid.
Syriusz westchnął głęboko i odszedł kilka kroków, żeby zdeportować się, nie robiąc hałasu przy niemowlęciu.
Odlatujący na motorze Hagrid nie zwrócił uwagi na błękitną poświatę, wynurzającą się z ruiny. Była bardzo zadowolona i smutna jednocześnie.
– Nie martw się, Lily – powiedziała cicho w przestrzeń. – To dumny znak twojej wielkości. Ludzie umierają, a dzięki tobie jemu pozostała tylko blizna.




"Abre por favor tengo permiso" – z hiszpańskiego "proszę otworzyć mam zezwolenie". A przynajmniej taką mam nadzieję...
W ostatniej dacie znajdują się cytaty z Więźnia Azkabanu str. 189, 252 i 253. Wydanie polskie.

Dolores M.
11.01.2006, 16:42

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Dolores M.

Iguanka: pewnie masz rację, dopiero się uczę. Lady Lacigam: Zjawa ta sama co na początku. Tekst ciężej wyjaśnić. Po prostu taką miałam wizję, a interpetacja jest dowolna - co będę swoją narzucać. Córka Syriusza: tak właśnie. Nevermind: Lily trwała w błogiej nieświadomości, przecież nie wiedziała, że Glizdogon ich wyda, więc po co miałaby mówić wcześniej? Poza tym wątpię, żeby James jej uwierzył. Ja to widzę tak - Dumbledore z przeszłości miał ciężkie życie, bo Syriusz nie wydał Potterów, dzięki czemu za równo oni, jaki i Voldemort byli w pełni sił i wojna sobie trwała. Voldemort zabił dyrektora, więc Dumbledore, martwy już, cofnął się w czasie z postanowieniem naprawienia swojej przeszłości...Według mnie przyszłość zależy od nas i chętnie bym wszystko zmieniła za pomocą tego fan ficka, ale wtedy trochę mijałby się z książką. Dzięki Wam wszystkim za zainteresowanie i wyrażenie swojej opini. :) Pozdrawiam.

15.01.2006, 10:42
wredna strzyga

pluton Ślizgonów rządzi ^^

14.01.2006, 18:10
Nevermind

No bardzo fajny pomysł! Ale czegoś mi brakowało... Lily jakoś dziwnie zareagowała, gdy zobaczyła Harry'ego we własnej osobie (tzn. jej reakcja, zdziwienie były znikome, żeby nie napisać zerowe). Albo na początku, kiedy Dumbledore przedstawia jej swój plan - Lily reaguje, jakby była przyzwyczajona do takich czasowych eskapad. No i coś mi tu nie bardzo pasuje: zdenerwowany James krzyczy do Lily: 'Bierz Harry'ego i uciekaj! Ja go zatrzymam, idź!', na co Lily: 'Muszę ci coś powiedzieć...'. No coś tu jest nie tak; w takim momencie, kiedy toczy się walka o życie ich syna? Nie mogła wcześniej? A w ogóle... jaki jest sens tej podróży w czasie? OK, my się przekonujemy, że przeznaczenia nie da się oszukać, a życia zmienić i że wszystko, co si.ę w życiu zdarza ma jakieś znaczenie dla przyszłości. Ale po co to wszystko było? Co z tego miał dyrektor? A Lily? Chcieli mieć na to potwierdzenie? Hmm... Generalnie rzecz biorąc pomysł bardzo fajny, dzięki fragmentom z 'WA' wszystko do siebie pasuje i tworzy logiczną (?) całość. Ale czuję pewien niedosyt - w treści, nie ilości. PS. To było niezłe: '– James – wypisz, wymaluj, ale oczy to masz... – Po matce, wiem.'

12.01.2006, 19:31
Maawi

Ciekawe, zwłaszcza spodobało mi się ukazanie motywów działania Lily... Nie za krótkie, tylko w sam raz!

12.01.2006, 17:14
Ktoś

No fajne, fajne, ale popieram, ze za ktorkie...;P wogle tu fajne teksty sa;) pzdr

12.01.2006, 16:40
Córka Syriusza

...dziwne...ale świetne, tylko troche krótkie...a ta "poświata" to Dumbledore prawda??

12.01.2006, 12:46
Lady Lacigam

Fajne,ale ma pare sprzeczności!np.Lily mogła się przecierz dowiedzieć dlaczego zginęli i co się dokładnie stało a wtedy Syriusz zostałby strażnikiem !a i jeśli byłabyś łaskawa ,napisz mi o co chpdzi z tą zjawą i jej tekstem(to na końcu)bo nie bardzo rozumiem!Swietne opowiadanie jak przystało na strefę (chociarz trochę za krótkie),oby tak dalej!Powodzenia!!!

11.01.2006, 21:22
Iguanka.

Oj, zrobiłam sie strasznie wybredna. Otóż pomysł ciekawy, co do niego nie mam nic, lecz wykonanie gorsze. Może ja mam jakieś uprzedzenia, ale wydaje mi się, że powinny tu być jakieś opisy przeżyć. Przykładowo, co czuła Lily, patrząc na swojego syna? A tak, to wydaje mi się ciut suche, niedopieszczone. I to na tyle.

11.01.2006, 20:55
Wrona

Świetny pomysł na opowiadanie... Które również jest super ;)

11.01.2006, 18:28
bella

Ciekawe, nie powiem. Zwłaszcza ten moment ,,kogoś mi przypominasz...''

11.01.2006, 18:10