Experto Credite, cz. II
"... Pana Boga nie interesuje cokolwiek mniejszego niż nieskończoność, a więc jeśli stworzył ludzkość, to stworzył nieskończenie wiele ludzkości. Nie wiem czy tak jest, nikt nie wie. Ale to jakoś ładnie pasuje do nieskończoności. Dwie hipotezy – Boga i nieskończenie wiele światów – nie muszą się wykluczać..."ks. prof. Michał Heller
Część 2.
Pianista ścierał właśnie kurz ze swojego instrumentu, kiedy poczuł, że nie jest sam. Odwrócił się. Za nim stał mężczyzna w obszarpanej koszuli i potarganych włosach.
– Rogmencie? Co ty tutaj robisz?
– Dlaczego nikt mi nie powiedział? DLACZEGO? Przez tyle lat żyłem, sądząc, że nade mną nie ma niczego prócz Potęgi. A teraz okazuje się, że jest wiele poziomów! Ja tego tak nie zostawię!
– Ale... Poczekaj! Co ty robisz!
Władca Wieczności wyrwał spod zaskoczonego Pianisty stołek i rąbnął nim w klawiaturę. Każdy klawisz zadźwięczał boleśnie. Muzyk podniósł się z ziemi i usiłował powstrzymać Rogmenta.
***
Władca Wieczności przybijał właśnie obluzowany gwóźdź w swojej chatce, kiedy poczuł drżenie. Wybiegł za drzwi i rozejrzał się. Przez czerń absolutną zaczęły przebijać się jakieś kolory; dostrzegł zamazany obraz dwóch walczących mężczyzn; potem – na krótko – kobietę rozpaczającą wśród odłamków szkła. Ujrzał, jak jego chatka zaczyna drżeć i rozpada się. Potem znów dojrzał obraz – płonący las i mężczyznę, który usiłował bezskutecznie ugasić ogień. Wizja zniknęła; ujrzał, jak czerń otwiera się niczym kokon owada. Woda z roztopionego śniegu zaczęła wpływać do środka, wypełniając przestrzeń jak wino wypełnia szklankę. Władca zapomniał o wszystkim, nawet o podległych mu światach. Ostatnią myślą, jaka przeszyła jego mózg, nim poddał się powodzi, było pytanie o to, czy to już ostateczny kres wszystkiego.
***
Most zerwał się niespodzianie i wpadł do rzeki, której prąd przyspieszył. Sosnowy lasek zaczął giąć się pod uderzeniami wiatru, jakiego nikt tu jeszcze nie widział. Anioł i diabeł wybiegli z Miejsca Sądu i skierowali się w stronę rzeki. Przefrunęli ją i zaczęli zbierać potrzaskane słupy zakończone kulami. Zachmurzyło się i zagrzmiało parę razy. Potem pojawiły się błyskawice. Jeden z piorunów trafił w Miejsce Sądu i spalił je doszczętnie. Ziemia poczęła drżeć. Anioł usiłował pofrunąć, ale jego skrzydła przemokły i były za ciężkie. Diabeł zginął w jednej z rozpadlin, usiłując ocalić choć kilka światów.
***
Strażnik skupiska pił kawę (czwartą tego dnia), kiedy filiżanka wypadła mu z ręki. Poczuł, jak zaczyna bardzo szybko spadać. Potykając się, dobiegł jakoś do okna i zobaczył to, czego nie pragnął nigdy zobaczyć: płonące wszechświaty. Na sekundę przed upadkiem planety ujrzał jeszcze fale Morza Wyobraźni, wlewającego się do jego posiadłości.
***
Pierwszym, co poczuł, był niesamowity smród. Wyszedł z domu i ujrzał, jak niebo zmienia barwę na purpurową, a słońce rozszerza się do rozmiarów wszechświata. Księżyc rozpadł się w kawałki, bombardujące domy i osiedla. A potem morze podniosło się i zalało wszystko.
***
– Czy nic nie dało się zrobić?
– Nie, profesorze. Ten kataklizm jeszcze dogłębniej ukazuje nam konieczność rozpoczęcia zmiany. Trzeba uszczelnić przejścia między poziomami. Zaraz po zmianie trzeba też znaleźć Rogmenta. Wdarł się na wyższe poziomy – poziomy Pianistów, Latarników, Kapłanów, i jeszcze wyżej.
No, a teraz pokażcie, co napisały wasze gazety o zmianie.
Sasza podał Nejjaszowi plik gazet. Ten przejrzał je szybko i odłożył na bok trzy egzemplarze. Strażnik skupiska sięgnął po "L'Osservatore Romano", profesor wziął "The New York Times", a Nejjasz: "Der Spiegel". Sasz wyciągnął ze stosu "Zierkało".
Na Ziemi, tego dnia, kiedy profesor i Sasza przybyli do Nejjasza z plikiem gazet, był 27 grudnia. Trzygodzinne przemówienie do zgromadzonych na placu Bazyliki było wystarczającym dla papieża powodem odesłania obu mówców do hotelu. Przed dziennikarzami mieli ich chronić ojciec Paolo (siedział cały czas w recepcji, odmawiając różaniec i czujnie rozglądając się dookoła) i ojciec Vincento (robił to samo, ale na piętrze, gdzie był pokój profesora i Saszy). Jak dotychczas skutecznie. Nikt nie zauważył, jak z pomocą telefonu w pokoju przenieśli się w zaświaty.
– "Po przemówieniu profesora Bandee i Aleksandra Sajedzinieniewicza plac zawrzał. Część osób biła brawo, inni chwytali się w ramiona, jeszcze inni śpiewali religijne pieśni (które zapoczątkowała "Te Deum" niemiecka pielgrzymka). Emocje były olbrzymie" – przeczytał na głos strażnik skupiska.
– "Carl Sagan w swojej książce "Kontakt" opisał doktor Arroway, która mówiąc o swojej niewierze w Boga, uzasadniała ją brakiem widzialnych znaków od Stwórcy, takich jak Dekalog wyryty na tarczy Księżyca czy krucyfiks okrążający Ziemię. Tacy ludzie jak Arroway otrzymali tamtego listopadowego dnia znak, że jest Coś Więcej". – Nejjasz złożył gazetę i odłożył ją na stół. – No, panowie. Wykonaliście dobrą robotę. O ile się orientuję, czeka was jeszcze spotkanie z patriarchą i prezydentem Rosji. Mówcie tak, jak dotąd. Dajcie ludziom nadzieję. Bądźcie dla nich wyrozumiali. Wyjaśnijcie im wszystko, czego nie zrozumieją. Uwierzą wam. Kto inny im to wytłumaczy?
***
– Narodzie rosyjski! Wszyscy tu zgromadzeni oraz zasiadający przed telewizorami, radiami i komputerami!
Miesiąc temu na niebie pojawiło się niesłychane zjawisko – słowa na tarczy księżyca. Wielu próbowało dociec, czym są te słowa? Kto je tam umieścił? Czego są zapowiedzią?
Wielu z was z pewnością mnie zna – a na pewno członkowie towarzystwa literatury i sztuki, gdzie dałem kiedyś wykład. O sprawie, które nas interesuje, mówiłem już w wielu miejscach na świecie. Z pewnością macie już pewne pojęcie, czym spowodowane są wydarzenia ostatnich tygodni. Wiem, że nic nie zastąpi bezpośredniego wyjaśnienia. I takie wam dam.
Zanim zacznę, chciałbym podziękować prezydentowi i patriarsze Wszechrusi za to, że zgodzili się, abym przemawiał tu, w Moskwie, na Placu Czerwonym. Niewątpliwie wpływ na tą decyzję miał fakt, że druga osoba, która może udzielić wyjaśnień na interesujący was temat, jest Rosjaninem, nastolatkiem, uczniem gimnazjum w Krasnoarmieńsku (koło Lenińska Kuźnieckiego). Mimo, że posiada tak wielką wiedzę, Władimir Władimirowicz osobiście musiał napisać mu zwolnienie ze szkoły.
Tłum wybuchnął śmiechem. Putin i Aleksy II uśmiechnęli się lekko. Wciąż niezbyt ufali Amerykaninowi.
***
Profesor na zmianę z Saszą mówił bite pięć godzin. Na koniec Putin podziękował gościom oraz patriarsze za ich obecność. Zgromadzeni rozeszli się w różnych kierunkach, a profesor i reszta wsiedli do prezydenckiej limuzyny i pojechali na Kreml, by tam zjeść obiad.
***
31 grudnia profesor pojechał razem z Saszą do Londynu, do doktora Leopolda Fardicc, który był przyjacielem Bandee z czasów studiów w Cambridge. Fardicc miał przestronny dom na Vauxhall Road, gdzie Bandee i Sasza mogli przez jakiś czas odpocząć od nieustannych przemówień i ataków reporterów oraz paparazzich. Tam też, o 23.50, miał pojawić się Nejjasz i strażnik skupiska wszechświatów.
***
W tym samym czasie media na całym świecie oczekiwały na relacje swoich reporterów, rozsianych po całym świecie. Oczywiście najwięcej ich było przed rezydencją Fardicca. Z braku ważnych informacji, mogących pochodzić od profesora lub Saszy, przeprowadzali wywiady z samymi sobą.
***
O 23.49 w bawialni Fardicca zadzwonił telefon. Bandee podniósł słuchawkę i zniknął w chmurze kuleczek. To samo spotkało Saszę chwilę później. Służący Fardicca, Atanazy Grenoble, podniósł słuchawkę i odłożył na widełki. Nie lubił nieporządku.
***
– Przed nami najważniejszy moment od chwili, gdy Nienazwana Potęga stworzyła system. Otrzymaliśmy go w darze: jest niby olbrzymi sześcian, zdobiony płaskorzeźbami. My tworzymy nowe i ulepszamy stare, starając się włożyć w to całe nasze mistrzostwo, całą wiedzę, jaką otrzymaliśmy z rąk Potęgi. To nasz hołd, nasza służba i nasza wiara. Każda część systemu jest ważna, każda musi istnieć – bez niej runą podsystemy lub nadsystemy.
Nadszedł dzień, w którym do tego jakże wspaniałego tworu swe ręce przyłożą przedstawiciele jednego z mniejszych podsystemów Nadrzędnego. Oni to – poprzez swoją decyzję – wpłyną w niekwestionowany sposób na przyszłość systemu. Z pewnością nie do końca pojmują oni wagę tej decyzji, ale przecież nikt z nas, administratorów, nie może rzec o sobie: "W pełni pojmuję swoje decyzje i jestem świadom ich skutków".
Oto stoją tutaj przed nami – przedstawciele wszechświatów wszystkich skupisk. Żadnego nie pominęliśmy. Żaden nie jest pokrzywdzony. Ale jeden jest wyróżniony.
W skupisku AXERMANN 12096385 znajduje się pewno szczególne uniwersum. Jest tam tylko jedna planeta, posiadająca życie inteligentne. Ale to właśnie stamtąd pochodzą osoby, którym udało się BEZ specjalistycznych technik transsystemowych dostać się aż do poziomu tak zwanych Mroźnych Lasów. Dlaczego akurat oni? Jest to niewątpliwie znak dany nam od Nienazwanej Potęgi. Dlatego w ich ręce złożyliśmy losy zmiany.
***
Słuchając przemówienia wysokiego człowieka o rozwichrzonych włosach, który – jak im powiedział Nejjasz – był jednym z wyższych administratorów Systemu (konkretnie Arcymistrzem), Sasza i profesor rozglądali się uważnie wokół siebie.
Stojąc na planetce strażnika skupiska, doskonale widzieli niezliczone tłumy istot inteligentnych. Jedne były takiej wielkości, że trzykrotnie przewyższały wysokością wszechświaty, inne mniejsze od jądra atomu. Łączyło je jedno. Wszystkie były inteligentne. Zdolne do podejmowania decyzji. Do przewidywania ich skutków. Do podniesienia się po ewentualnych porażkach i niespoczęciu na laurach w razie zwycięstwa. Inaczej z pewnością nie byłoby ich tu.
Tak widział to profesor. Sasza większą uwagę zwrócił na administratorów systemu. Wszyscy odziani byli w szaty odpowiadające ich tytułom – Pianista w czarny frak, Klucznik ubrany podobnie jak ten z "Matrixa" i wielu innych. Wszyscy mieli także podobne twarze – żaden się nie uśmiechał, wszyscy byli poważni, jakby w żałobie. Chłopak przypomniał sobie, co mówił mu Bandee: wszyscy oni żyją w samotności; nie opuszczają wyznaczonych im siedzib; starają się nie okazywać swoich uczuć.
Nejjasz mówił także kiedyś, że BYĆ MOŻE (podkreślił to) przyczyną ostatnich wypaczeń w systemie było właśnie uczucie: miłość Erebory do lorda Cumbela. Przejścia Erebory z Pałacu Kolekcjonerów do Wieczności i z powrotem mogło rozregulować system przejść. To mogło pozwolić później Rogmentowi na przejście wyżej i zdemolowanie fortepianu jednego z Pianistów, co zaowocowało straszliwymi skutkami dla wielu Wieczności. Sasza nie godził się z takim punktem widzenia: czyżby Bóg (teraz był już pewien, że to on jest Nienazwaną Potęgą) sprzeciwiał się uczuciom? Dlaczego w takim razie sprawił, że istoty inteligentne są do nich zdolne? Czy chodzi tutaj o ćwiczenie się w odporności na pokusy? A może o to, że uczucia przeszkadzają zajmować się sprawami ważniejszymi, takimi jak administracja systemem. "A przecież pastorzy w krajach protestanckich mają rodziny, dzieci i potrafią to połączyć ze służbą Kościołowi. Dlaczego administratorzy tak nie mogą?"
Tak widział to Sasza. A tymczasem Arcymistrz zapowiedział koniec swego przemówienia, po którym Sasza i Bandee mieli udowodnić – na przykładzie swego wszechświata – niezliczonym rzeszom ras inteligentnych, że zmiana nie będzie miała złych skutków dla ich ojczyzn.
***
Profesor i Sasza nie zabrali zegarków. I tak z pewnością stanęłyby – jak czyniły to za każdym razem, gdy ich właściciele przenosili się na wyższe poziomy systemu. Dlatego też nie wiedzieli, że na Ziemi pozostała zaledwie minuta do północy. Nie wiedzieli, że wszystkie imprezy sylwestrowe zostały przerwane, a ich uczestnicy tkwią przy radiach, telewizorach i komputerach. Nie wiedzieli, że ta połowa świata, w której panowała noc, wpatruje się w księżycowe słowa. Nie wiedzieli, że w kościołach, meczetach, zborach, cerkwiach, synagogach odprawiane są specjalne nabożeństwa w ich intencji.
Wiedzieli tylko, że stoi przed nimi potężna odpowiedzialność. Czuli się jak Abraham, gdy usłyszał Boga nakazującego mu opuścić ojczyznę. Kilka tysięcy lat później Bóg wybrał amerykańskiego naukowca i rosyjskiego nastolatka. Nakazał im opuścić ich domostwa i udać się tam, gdzie nie było jeszcze nikogo. Podjąć decyzję, przed jaką nikt jeszcze nie stanął.
***
Podeszli do swojego wszechświata. Istoty inteligentne rozstąpiły się przed małym pochodem, na czele którego stał profesor. W środku szedł Sasza i opiekun skupiska, a na końcu – Nejjasz i Arcymistrz.
Arcymistrz sięgnął do kieszeni swojej szaty i wyciągnął złocony klucz. Włożył go w niewidoczny otwór i przekręcił w prawo. Następnie pchnął wyimaginowane drzwi ręką i wszedł. Reszta została na miejscu.
Nejjasz pierwszy spostrzegł, że wszechświat zaczyna powoli zagłębiać się w podłoże. Widać było wyginające się do granic możliwości kafelki, które następnie pękały, a ich ostre odłamki kłuły wszystkich po rękach.
Istoty inteligentne zaczęły odsuwać się, by uniknąć zgniecenia przez niknące uniwersum. To samo uczynił opiekun skupiska, profesor, Sasza i Nejjasz.
"Ehej! niby blask siedemnastu tysięcy republik..." – Sasza przypomniał sobie fragment wiersza poety Antona Nyrakułowicza, którego uczył się kiedyś na pamięć. Tylko te słowa mogły wyrazić jego zdumienie i zachwyt.
Cztery ściany, tworzące piramidę (tylko tyle wszechświata pozostało na wierzchu), otworzyły się i buchnęło spomiędzy nich światło.
Harmonia przedziwnych dźwięków, które profesorowi najbardziej przypominały Wagnera, w połączeniu ze światłością z piramidy sprawiła, że inne wszechświaty łagodnie poderwały się, by zrobić miejsce dla ścian czworościanu.
W środku jasności istoty inteligentne dostrzegły Ziemię. Potem – wyszli poza jej granicę, opuścili jej wszechświat. Nie było on teraz ośmiościanem, lecz kopułą, która była zwieńczeniem małego pałacyku.
"Arcydzieła na wolnym powietrzu" pomyślał profesor. Nie należały do żadnego określonego stylu architektonicznego. Należały do wyższego porządku, pełnego prostoty i tajemnego piękna.
Łagodny wiatr poruszał zielonością, która otaczała budyneczki, stojące w pobliżu siebie. Zamieszkiwali je opiekunowie wszechświatów. Nad wszystkim czuwał główny opiekun – miał rysy opiekuna skupiska Saszy i profesora.
Ale to nie był kres systemu. Ten poziom zamknięty był w szklanej bańce. Stała ona obok milionów innych. Czuwał nad nimi człowiek podobny nieco do Nejjasza.
Ten z kolei umieszczony był na obrazie, obok którego stała młoda kobieta o jasnych włosach. Widać było wiele innych obrazów, rozwieszonych na ścianach długiego korytarza prowadzącego w nieskończoność.
– Oto jest system. Po zmianie łatwiej będzie uniknąć kłopotów – powiedział Arcymistrz, wychodząc z jednego z obrazów. – Każdy ze strażników poszczególnych poziomów może łatwo wezwać pomoc.
Blondynka podwinęła rękaw bluzki i pokazała znak podobny do litery R. Przycisnęła go. Z jej ramienia poderwało się srebrzyste R i pofrunęło wyżej.
– I w taki oto prosty sposób informacja dociera do osoby, która ma czas i kompetencje, by pomóc. Pokażę wam teraz kolejne poziomy systemu. Z pewnością spodobają się wam.
Eksplikacja organizacji najwyższych szczebli systemu jest nawet dla nas, administratorów, zbyt trudna. Nie jesteśmy w stanie się tam dostać. Nie wiemy, co tam się znajduje. Pod tym względem jesteście równie mądrzy, jak my.
Nawet najwięksi krasomówcy i erudyci mieliby problem z opisaniem tego, co ukazał im Arcymistrz. Wszyscy pomyśleli (każdy w swym języku): "Jakże potężny i wspaniały jest twórca systemu. On godzien jest szacunku!"
– A zatem – rzekł Arcymistrz, stając nagle tuż przed Saszą i profesorem – czy zgadzacie się? Czy zdecydowaliście w swych sercach i umysłach? Czy jesteście gotowi przyjąć zmianę?
– Wiele rzeczy widzieliśmy – odpowiedział profesor. – Ale chcemy wiedzieć jeszcze jedno. Jak żyją ludzie na Ziemi jako części nowego systemu? Pokaż nam Ziemię, a zdecydujemy!
I Arcymistrz ukazał profesorowi i Saszy Ziemię, na której ludzie żyli tak, jak przed zmianą – albo nieco lepiej, bo pojęli już, że muszą troszczyć się o swoją planetę. Spojrzał na nich. Kiwnęli głowami. Jednocześnie.
– ECCE HOMINES! FIAT MUTATIO! – krzyknął Arcymistrz donośnym głosem. Zniknęła wizja systemu, a jasność oślepiła wszystkich. Czuli powiew wiatru, słyszeli dostojną muzykę i na chwilę zapomnieli, gdzie są.
Krótko to trwało. Gdy otworzyli oczy, ujrzeli wokoło siebie mnogość białych, stylowych budynków. Każdy miał na szczycie kopułę. Wszystko tonęło w świeżej zieloności pod kopułą lazurowego nieba.
– Iście potężna była to przemiana. Chwała wam za to, że zgodziliście się na nią. Imiona wasze na zawsze pozostaną w pamięci strażników systemu. Ufamy, że i Nienazwana Potęga nie zapomni o was – rzekł Arcymistrz.
***
– Pięć! Cztery! Trzy! Dwa! Jeden! Już!
Strzelił korki od szampanów. Dziennikarze zgromadzeni pod rezydencją Fardicca zapomnieli na chwilę o swoich obowiązkach i postanowili wspólnie uczcić nowy rok. Tym bardziej, że nic się nie działo. Księżycowe słowa nie zniknęły i nie widać było żadnych skutków zmiany.
***
Kiedy okazało się, że Grenoble odłożył słuchawkę i w związku z tym Sasza i profesor nie mogą wrócić zwykłą drogą, Arcymistrz uczynił dla nich wyjątek i stworzył im drzwi tym samym kluczem, którym otworzył ich niegdysiejszy, ośmiościenny wszechświat. Do swojego świata dostali się przez tylne drzwi wozu transmisyjnego Al – Dżaziry. Stanęli na chwilę, aby posłuchać, o czym rozmawiają dziennikarze.
– Życzę panu, aby pańska telewizja otworzyła oddział w Anglii.
– A ja – żeby zawsze pan relacjonował tak interesujące materiały, jak ten o tych tabliczkach ze scenami z Biblii, znalezionymi w Chinach.
– Czego mogę pani życzyć? Żeby ta zmiana, która ma nadejść, ogarnęła także nasze serca.
– Ma pan rację. Życzę panu, i w ogóle wszystkim ludziom, tego samego.
Kilka kroków dalej dziennikarz Pro7 przekazywał do studia życzenia noworoczne. Przyłączyła się do niego także kobieta z Creta Channel i młody chłopak, korespondent bułgarskiej Nova TV.
– A ja życzę państwu – odezwał się Bandee – żebyście ngdy nie byli skazani na tak długie oczekiwanie, jak teraz.
– A ja – dodał Sasza – byście zawsze mieli tak interesujący materiał do omawiania, jaki będziecie mieli za chwilę.
Dziennikarze odwrócili się. Już wydawało się, że zaczną przepychać się do bohaterów ostatnich dni... ale nic takiego się nie stało. Popatrzyli na siebie. Do przodu wysunął się starszy pan, który miał na torbie logo australijskiej sieci telewizyjnej WIN. Pozostali ustawili się według nazw krajów, z których pochodzą (sprzeciwiał się temu Arkady Ujazdowski, korespondent TVN24, ale potem uznał powagę chwili i grzecznie ustawił się między reporterem z Pakistanu i Kataru).
***
12 godzin później cały świat dowiedział się, że zmianę ma już za sobą. Skutkiem tego było kontynuowanie sylwestrowych zabaw, pomimo zmęczenia co niektórych uczestników. Bawiono się długo i hucznie, szczególnie na Trafalgar Square, gdzie do zabawy przyłączyli się profesor i Sasza. Prasa nazwała pierwszy stycznia Dniem Zmiany; w kilka lat później nazwa ta oficjalnie trafiła do kalendarzy, a wszystkie kościoły chrześcijańskie (za zgodą ich zwierzchników) czciły ten dzień specjalnym nabożeństwem.
Adam Klimowski
1.01.2006, 11:20
Myślodsiewnia
Ja myślę, że jest tak mało komentarzy, bo okienko z ikoną nowego opowiadania jest na samym dole strony i nie wszyscy go zauważają...
7.01.2006, 12:09Zaskoczyło mnie zakończenie tego opowiadania... Takie spokojne. Oczekiwałam trzęsienia Ziemi, końca świata czy czegoś podobnego... Ale tak jest lepiej :) Arcanus -> Ludzie wciąż odpoczywają po Sylwestrze lub wręcz przeciwnie - harują w szkole i odrabiają tony prac domowych... Wystawianie ocen to taki miły okres czasu :\
3.01.2006, 14:35A tak na marginesie: czy nikt już nie czyta opowiadań w Strefie Fikcji?? Ostatnio w myślodsiewniach pod opowiadaniami jest przerażająco mało komentarzy. Hej, co jest ludzie??
2.01.2006, 22:13Ach! Byłbym zapomniał. Jak zwykle świetny styl i język, który wciąga od pierwszych linijek. :))
2.01.2006, 22:07Nie najgorsze (zresztą nie czytałem złego opwiadania autorstwa Adama), ale jeśli mam być szczery to dużo bardziej podobały mi się poprzednie trzy opowiadania z tej "serii". Mam wrażenie, że zakończenie jest nieco sztuczne i takie... hmm... wymuszone jakby, pisane na siłę, aby do końca. Mimo wszystko nawet mi się podoba chociaż uważam, że stać Cię drogi Adamie na więcej (co zresztą widać w innych Twoich opwiadaniach).
2.01.2006, 22:05podobami się,ale jest bardzo podobne do matrixa,te wszystkie systemy ,układy,klucze i takie tam ,ale mimo to gratulacje dla Adama za kolejne genialne opiwiadanie!!!no i szczęśliwego Noego Roku dla wszystkich oczywiście!!!
2.01.2006, 18:26Tak, jest poniedziałek. Jest bardzo wczesny poniedziałek. Jest szósta pięćdziesiąt. A ja siedzę w kuchni i czytam to. Podoba mi się. Nawet bardzo. :-) Miłego tygodnia!
2.01.2006, 06:54Opowiadanie zakończone wg. mnie w wielkim stylu. Pasuje do dzisiejszego dnia. Podobało mi się to zakamuflowanie hasła "Panie, chwała Tobie na wieki".
1.01.2006, 18:29Pierwsza część bardziej mi sie podobała, zakończenie opowiadania wydaje misie mniej ciekawe, ale to tylko moja opinia:-)
1.01.2006, 14:57Autor zażyczył sobie, bym złożył odeń życzenia czytelnikom, jeśli opublikuję to opowiadanie przed 31 grudnia. Wydaje mi się, że 1 stycznia jest jeszcze wystarczający do składania życzeń, toteż je zamieszczam. Nie w opowiadaniu, co prawda, ale zawsze.
1.01.2006, 11:24