Dwie uncje ironii, szczypta sarkazmu i trochę dekadentyzmu: odsłona VI (Sprzeciw)
[V.] W pełni świadom jestem swojego karygodnego zaniedbania. Nie wiem, dlaczego dodałem odsłonę VII i VIII, nie dodawszy VI. Ale myślę, że aż takie niewłaściwe to znowu nie było. [/V.]Albus Percival Wulfric Brian Dumbledore był w świetnym humorze. Na śniadaniu zjawił się piętnaście minut wcześniej i teraz oddawał się swojemu ulubionemu zajęciu – obserwacji.
Odkąd tylko sięgał pamięcią, jedną z jego pierwszych fascynacji był drugi człowiek.
W tej kwestii obecny dyrektor Hogwartu nie był wymagający. Nie miała znaczenia płeć, wzrost ani wiek. Ważny był tylko sam fakt obecności. To była jedna z przyczyn, dla której postanowił zająć się szkołą. Ludzie. Całe masy ludzi. Raj na ziemi.
Tego dnia jego pierwszą ofiarą stała się Minerwa McGonagall. Sztywne ruchy, usta zaciśnięte w wąską kreskę i spódnica w szkocką kratkę towarzyszyły jej na każdym kroku. Nauczycielce transmutacji brakowało tego czegoś, co czyni kobietę wyjątkową - mężczyzny.
Przywitała go skinieniem głowy i jak zwykle idealnie wyprostowana usiadła przy stole.
Filius Flitwick, mały i przysadzisty, przy bliższym poznaniu przypominający piłkę, wręcz wtoczył się na salę. Z pewnością jednak liderką w konkursie na najbardziej efektowne wejście poranka była tym razem Sybilla Trelawney, prezentująca wszem i wobec skutki wczorajszego kaca, a także przedawkowania eliksirów halucynogennych. Gdyby nie jej niechęć do Domu Węża, z pewnością poruszałaby się po komnacie ruchem pełzającym.
Kilka chwil później, kiedy niemal całe grono pedagogiczne zajęło swoje miejsca, Wielką Salę zalała fala uczniów. Wśród nich był wciąż jeszcze lunatykujący Neville Longbottom, Luna Lovegood z okularami na pół twarzy i nieobecnym spojrzeniem, Cho Chang z chusteczkami higienicznymi i wreszcie chyba najbardziej rzucająca się w oczy para - Harry Potter i Draco Malfoy, którzy demonstrowali siłę komunikacji niewerbalnej.
Harry Potter nadawał coś w stylu: Jeżeli się do niej zbliżysz, to nie ręczę za siebie, na co pan Malfoy pokazał mu, gdzie to wszystko, łącznie z rozmówcą, ma.
Harry, wściekły, już miał wyciągnąć różdżkę, kiedy powstrzymała go Hermiona. Dopiero wówczas, gdy dyrektor zastukał w złoty pucharek, wszyscy usiedli na miejscach. Dokładnie w tej samej chwili Snape raczył zaszczycić uczniów i resztę profesorów swoją obecnością. Albus musiał przyznać, że wyglądał wyjątkowo groźnie.
Pewnie biedaczek znowu się nie wyspał, pomyślał w duchu. Dumbledore doszedł do wniosku, że będzie musiał mu pożyczyć jakąś dobrą książkę, która oderwie go nie tylko od codziennych zajęć, ale także pozwoli wypełnić długie, nocne godziny samotności. Przeanalizował w myślach dostępne opcje. Romans zdecydowanie odpadał. Severus dziwnym trafem dostawał palpitacji serca, a jego ciśnienie gwałtownie wzrastało na widok tego typu literatury. Jednak Albus jakoś nie mógł pogodzić się z faktem, że Sev nie czytuje romansów.
Dyrektor postawił wszystko na jedną kartę. Doskonale pamiętał, jak pewnego pięknego, słonecznego jeszcze wieczoru, odwiedził go w lochach, bo Mistrz Eliksirów zawsze wolał swoje ukochane klimatyczne podziemia, i wręczył zakupioną książkę pt.: „Za to, że kochałem inaczej”. Okładka była czarna, więc nie powinna była budzić podejrzeń. A potem nastąpiła katastrofa. Przez kolejne dwa dni Snape nie pojawiał się na wspólnych posiłkach, unikał kontaktu z dyrektorem, a kiedy ten przychodził do jego gabinetu, odpowiadała mu głucha cisza, świadcząca o tym, że duma pana S. została urażona, a osobnik za drzwiami powinien sobie pójść. Tak więc i ten gatunek literacki odpadał.
Z tragedią Albus nawet nie próbował, obawiał się jej zgubnej reakcji na swojego pedagoga, a pamiętniki i biografie przestały Severusa interesować, odkąd nawrócił się na tę dobrą stronę magii.
Pozostawała więc komedia. Co prawda, mogło mieć to nieprzewidywalne skutki, ale z drugiej strony przeciwieństwa się przyciągają, więc warto było zaryzykować.
Tak, postanowił Dumbledore, uśmiechając się lekko do swoich myśli, kupię mu jakąś humoreskę!
Tymczasem Snape patrzył na dyrektora z miną wyrażającą głębokie zaniepokojenie. Nie lubił, kiedy ktoś gapił się na niego w ten sposób, na dodatek się uśmiechając. W sytuacjach jak ta, Severusa zawsze napadały wątpliwości, czy przypadkiem nie stał się obiektem czyjegoś pożądania.
- Dropsa? – spytał Albus, kiedy Severus skończył delektować się swoją owsianką.
- Dziękuję.
- Zastanawiam się – uśmiechnął się dyrektor – dlaczego tak nie lubisz cytryny.
- I zapewne ma pan swoją teorię, dyrektorze.
- Liczyłem, że to ty mi ją przedstawisz.
Severus uwielbiał takie rozmowy. Wtedy nawet jego sarkazm i ironia ogłaszały strajk głodowy.
- Bo ja sam jestem jak cytryna? – raczej zapytał niż stwierdził, a kiedy dyrektor milczał, obserwując go spod swoich okularów połówek, dodał – Kwaśny i niejadalny?
- Pudło – usłyszał odpowiedź.
Mistrz Eliksirów przewrócił oczami. Najwyraźniej to nie był jeszcze koniec.
- To jest drops – powiedział tonem mędrca, po czym zademonstrował Snape’owi dużego, żółtego cukierka, wyławiając go z ogromnej paczki – Cytryna nadaje mu smak. Czyni niepowtarzalnym. Jedynym w swym rodzaju dropsem. Dropsem nad dropsy. Reasumując, dropsowatość tego dropsa tkwi w cytrynie.
Sev jęknął w duchu. Dumbledore był jedynym znanym mu człowiekiem, po którym można się było spodziewać wykładów tego typu.
- To cytryna jest najważniejsza, choć jak powiedziałeś, sama w sobie jest dla większości niejadalna i niesmaczna.
~*~
Jak na dziś miał serdecznie dość wszystkich możliwych wydarzeń. Okazało się, że wykład o dropsie nie był najgorszą rzeczą, jaka miała spotkać Severusa tego dnia. Słowa, które padły później, wypełniły niemal każdy element jego podświadomości i jednocześnie skutecznie zniechęciły go do nadchodzącego tygodnia.
Teraz szedł w stronę lochów na pierwszą w tym tygodniu lekcję eliksirów, choć wcale nie był taki pewien, czy chce tam dojść. To, co zobaczył na miejscu, przerosło jednak jego wszelkie przypuszczenia.
- Dzień dobry, panie profesorze – powiedział praktykant.
- Co to? – pan S. odczuł gwałtowną potrzebę posiadania czegoś, czym dałoby się rzucać. Niestety w pobliżu byli tylko uczniowie. Zdesperowany zastosował metodę wdech-wydech. Tylko spokojnie, myślał sobie, tylko spokojnie.
Jednak perspektywa spędzenia najbliższego tygodnia z rudym osobnikiem, który właśnie stał przed nim, bynajmniej nie była kusząca. Podświadomość Severusa zadziałała równie gwałtownie jak umysł, podsuwając takie skojarzenia i obrazy jak: koszmar i destrukcja, czyli zbliża się coś na kształt końca świata.
- Zaczynamy? – Percy jak zwykle wykazywał nadgorliwość.
- Weasley… - Snape najwyraźniej jeszcze nie doszedł do siebie.
Rudzielec taktownie milczał udając, że nie dostrzega swojego brata, który stał z szeroko otwartymi ustami, blady jak ściana i niezdolny do zrobienia czegokolwiek.
- Ty stoisz tam z tyłu i obserwujesz – oświadczył Snape, kiedy uczniowie zajęli już swoje miejsca, z wyjątkiem Rona, którego panna Granger musiała odprowadzić do skrzydła szpitalnego, bo zdążył zemdleć, ocknąć się i znowu zemdleć – A ja prowadzę zajęcia. Jasne?
To było jedno z tych pytań, na które można było udzielić wyłącznie określonej z góry odpowiedzi.
- Ale…
- Albo będziesz mnie słuchał, Weasley, albo wylecisz stąd bez podpisanego stażu i więcej nie wrócisz – rzucił jadowite spojrzenie na kawałek papieru w rękach swojego praktykanta.
Wściekły Percy stanął w rogu klasy i podporządkował się poleceniu Snape’a.
Po wypisaniu instrukcji na tablicy, Severus zaczął balansować pomiędzy kociołkami i uczniami, sprawdzając jak idzie praca. Percy, który miał dość traktowania go jak popychadło, poprawił okulary, zadarł nos i zaczął robić obchód.
~*~
- Wszelkie znaki na niebie i ziemi zwiastują nadejście wojny! A ostateczna walka rozegra się w lochach! – oświadczyła Sybilla Trelawney, zbliżając się do Parvati Patil, która potakiwała z przejęciem.
~*~
- Co to jest? – praktykant zwrócił się do Rona, który zdążył już wrócić, a teraz wściekły i z trzęsącymi się rękami dodawał do kociołka sproszkowaną ropuchę.
Ten odwarknął coś w stylu: „zdrajca tradycji rodzinnych” i mrucząc coś pod nosem kontynuował pracę.
- Czy ja pozwoliłem ci się poruszać, Weasley? – głos, który rozległ się tuż nad jego uchem, był chłodny i złośliwy.
- Nie jestem uczniem, jestem praktykantem na praktykach! – uczniowie popatrzyli niespokojnie w jego stronę.
- A ja jestem nauczającym nauczycielem – Snape skrzyżował ręce, uśmiechając się paskudnie – Twoim przełożonym.
- Jak ja się mam czegoś dowiedzieć, skoro nie mogę nawet przeprowadzić lekcji?
- Wrodzony kretynizm, Weasley, to już nie moja sprawa.
Percy przymknął oczy i metodą głębokich wdechów doprowadził się do porządku. Zajął dawną pozycję i zaczął przeklinać w duchu na swoją, sądząc po faktach, szwankującą pomysłowość. Pierwszy raz w życiu posłał do stu diabłów nadmierną ambicję, włącznie z wykładowcami, którzy kazali mu odbyć praktyki akurat w Hogwarcie.
Zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie był to zamach na jego życie. Do podobnego wniosku doszedł Severus Snape, krążący po klasie niczym sęp wypatrujący ofiary.
~*~
- Koszmar – mówił do siebie Snape, kiedy podążał w stronę biblioteki – Na dodatek w biały dzień.
Kiedy dotarł na miejsce, pozwolił, żeby jego umysł wypełnił spokój. Zapukał i nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka.
Zbliżał się wieczór, więc o tej porze biblioteka była już zamknięta, ale Mistrz Eliksirów wiedział, że Irma Pince jest w środku. Spędzała ona z książkami jak największą ilość czasu, a zawsze przed snem sprawdzała jeszcze, czy wszystko jest w należytym porządku. Jego skromnym zdaniem zakrawało to na bibliomanię.
- Och Severusie, to ty. Masz może przy sobie Alchemica i Eliksiry oraz ich wpływ na drugą wojnę światową? Pożyczyłeś je ponad miesiąc temu – zrobiła przerażoną minę, zupełnie tak, jakby chodziło o jej własne dziecko.
Mógł się spodziewać właśnie takiego przywitania, należało do stałego repertuaru bibliotekarki.
- Nie, jeszcze nie – odpowiedział po prostu i od razu przeszedł do rzeczy - Potrzebuję czegoś o numerologii.
Irma z uśmiechem wskazała na wspaniały zasób książek, który zajmował jakieś trzy rzędy półek.
- Acha – kontemplował Snape, podziwiając obszerny zbiór – Tak konkretniej, to potrzebna mi symbolika liczb.
- Och, trzeba było tak od razu! – upomniała go, po czym sięgnęła po jakieś opasłe tomiszcze w bordowej okładce, wpakowała je Severusowi na ramiona, a kiedy ten chciał odchodzić, zatrzymała go – Poczekaj! To jeszcze nie wszystko!
Po jakiś pięciu minutach Naczelny Nietoperz Hogwartu obładowany książkami szedł do swojej kwatery.
Wyglądam jak Granger, pomyślał z konsternacją i przyśpieszył kroku. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby spotkał kogoś po drodze! Snape i numerologia! Co by sobie ludzie pomyśleli!
Nie mógł wiedzieć, że dokładnie trzy minuty później będzie świadkiem dramatycznego wydarzenia i stanie oko w oko z najmniej pożądaną osobą. Jednak w chwili obecnej miał jeszcze sto osiemdziesiąt sekund spokoju.
Powrócił myślami do snu, którego doświadczył tej nocy. W sumie nie było w nim nic niezwykłego. Wciąż te same wspomnienia - strzępy upiornych, czarnych myśli, które znalazły swoje legowisko w podświadomości. Obrazy.
…Syn jednego ze śmierciożerców, który zdradził. O dużych, jasnych oczach, jak u dziecka. Śmiał się do ostatniej chwili,zupełnie tak, jakby chciał rzucić wyzwanie samej śmierci. Miał dopiero dziewiętnaście lat…
…Mugolska dziewczynka, która pytała Lucjusza czy wie, gdzie jest jej mamusia, kiedy ją prowadzili do ciemnej celi bez okien. Voldemort wypróbował na niej działanie eliksirów, które on, Severus Snape, sporządził na jego prośbę. Chciał krzyczeć, odwrócić wzrok, protestować. Zamiast tego patrzył. Nazywała się Sara, miała trzynaście lat…
…Sylvia Black odmówiła torturowania swojej bliskiej przyjaciółki. Zginęła posądzona o zdradę, po trzech godzinach męczarni. Umierała w ciszy…
Dość!
Ile trzeba zrobić, żeby zapomnieć? Jak szeroko otwierać oczy na teraźniejszość, żeby nie widzieć przeszłości?
Jest wieczność, która płynie jak chwile i są chwile, które płyną jak wieczność. Snape najbardziej nienawidził tych drugich.
Lecz tej nocy we śnie było coś wyjątkowego. Kiedy patrzył w oczy małej Sary wiedział, że śni i że może się obudzić. A potem znalazł się nagle we własnym pokoju. Dziecko zwijało się z bólu przy jego łóżku. Miało czerwone oczy. Czuł jednak, że jego ciało spoczywa w wygodnej pozycji na materacu. I nagle zdał sobie sprawę, że wznosi się wyżej i wyżej. Wypełniła go lekkość. Spojrzał w dół, tknięty jakimś nagłym przeczuciem. Zobaczył siebie samego, poczuł szarpnięcie i się obudził. To wszystko stało się tak szybko. Zbyt szybko, by cokolwiek zrozumieć.
Severus nie przywiązywał wielkiej wagi do snów, ale na to, co miało miejsce tej nocy, nie mógł pozostać obojętnym. Teraz tak pochłonęły go te myśli, że nawet nie zauważył, kiedy doszedł do lochów.
Przechodził właśnie obok dormitorium Slytherinu, kiedy zobaczył zbliżającego się w jego stronę Filcha. Minę miał wskazującą na to, że był czymś wyraźnie zaniepokojony. Kiedy zobaczył nauczyciela, spojrzał na niego jak na wyjątkowo obrzydliwy okaz sklątki tylnowybuchowej.
- Co on tutaj robi? – mruknął do swojej kotki
- Ekhm – profesor zaznaczył swoją obecność.
- Myślałem, że jest u siebie.
- ! – powiedziało spojrzenie Snape’a.
- Te dziwne zapachy z jego gabinetu. Podejrzane. Bardzo podejrzane.
- Co?! Jakie zapachy? – Mistrz Eliksirów zmienił taktykę.
- No i jeszcze nic nie wie…
- Niech cię diabli, Argusie. Znowu masz nagły atak schizofrenii?
Lecz im bliżej gabinetu, tym bardziej zeznania Filcha zaczęły się potwierdzać…
~*~
Percy nie lubił bezczynności. I teraz, wbrew temu, co nakazywał mu rozsądek, postanowił wejść do gniazda żmii. Tu wspomnieć należy o spornej kwestii posiadania zdolności racjonalnego myślenia.
Od czasu, kiedy wyparł się rodziny, ta umiejętność została jednogłośnie skrytykowana przez Freda, Georga oraz Ginny. Molly i Artur wstrzymali się od głosu.
Tymczasem nasz bohater, jak na prawdziwego herosa przystało, uzbrojony w odwagę i urażoną dumę, penetrował prywatny gabinet Mistrza Eliksirów w poszukiwaniu probówek, które uczniowie oddali po porannej lekcji do oceny.
~*~
Smużki kolorowej pary wypełzały spod szpary w drzwiach, roznosząc się po całym korytarzu. Snape z różdżką w pogotowiu podszedł do wejścia. Za nim, niczym pies za swoim panem, podążał Filch, starając się stąpać jak najciszej. Argus doskonale opanował technikę ataku z zaskoczenia.
A potem wszystko stało się jednocześnie…
~*~
Percy wrzasnął, kiedy ohydna żółta maź wystrzeliła z probówki prosto na jego twarz. Rzucił się w kierunku wyjścia, ale trafił na półkę z książkami. W ostatniej chwili odskoczył na bok i poślizgnął się na jakimś opasłym dziele w jaskrawozielonej okładce, niczym przechodzień na skórce od banana.
Ksiązka posłużyła mu za deskorolkę, ale ściana okazała opór, dzielnie przeciwstawiając się napastnikowi. Percy runął jak długi i uderzył głową w szafkę, wymachując rękoma, co sprawiło, że wyglądał jak marna imitacja wiatraka.
Przy okazji strącił kilka probówek, więc najróżniejszego rodzaju ciecze stworzyły wielobarwne jeziorko. Efekt był wyjątkowy, gdyż pojawiła się także zielonkawa, a do tego cuchnąca para, która powoli, acz skutecznie zaczęła wypełniać całe pomieszczenie, zaś rudowłosy praktykant leżał na ziemi i pojękiwał cichutko.
~*~
Snape o mały włos nie wywarzył drzwi do własnego gabinetu, zupełnie zapominając o różdżce. Kiedy już znalazł się w środku, po raz drugi tego dnia doszedł do wniosku, że sprowadzenie Percy’ego do Hogwartu było zamachem nie tylko na jego życie, ale i prywatność.
Blady ze złości i przerażony tym, co widział przed sobą, stanął w pozycji bojowej i usiłował ocenić straty. Percy udawał trupa. Filch wparował zaraz za nauczycielem i wystawiając pokrzywiony palec w kierunku leżącego na posadzce chłopaka, oskarżycielskim tonem powiedział przez zaciśnięte zęby:
- Adresy, nazwiska, kontakty, Weasley!
- Zabijęzadźgamzamorduję! – wrzeszczał Snape.
- Co tu się stało?! – krzyknęła Minerwa, która pojawiła się w drzwiach gabinetu dosłownie przed sekundą.
- Zabijęzadźgamzamorduję! – Severus miał wyraźne kłopoty ze zmianą repertuaru.
McGonagall zmierzyła wzrokiem pole bitwy i załamała ręce.
- Przysłać ci kogoś do pomocy, Sev? Bo chyba nie zostawisz tak tego bałaganu?
Snape zastanawiał się, czy się nie przesłyszał.
- Och, Percy! – podbiegła do leżącego na podłodze byłego Gryfona, który poprawił rozbite okulary – Chodź szybko do skrzydła szpitalnego! No już, wstawaj. Choć tak w zasadzie powinniśmy iść prosto do gabinetu dyrektora. Dumbledore pragnie z tobą pilnie porozmawiać, ale przecież nie zaprowadzę cię tam w takim stanie!
- ON nigdzie nie idzie – oświadczył lodowatym tonem Snape, przeszywając praktykanta świdrującym spojrzeniem swoich czarnych oczu – Najpierw TUTAJ posprząta.
- Sev, to pilne. Musisz poradzić sobie sam. Korona ci z głowy nie spadnie. – powiedziała Minerwa, po czym wyszła zabierając ze sobą rudzielca.
- Ale on sprofanował mój gabinet! – wrzasnął Mistrz Eliksirów, jednak nikt go już nie słyszał. Nawet Filch oddalił się korytarzem, mrucząc do pani Norris:
- Widzisz, kochana, jak jestem do ciebie podobny? Nawet węszyć umiem doskonale!
- Dlaczego zawsze ja?! – wściekał się Mistrz Eliksirów, próbując doprowadzić do porządku swój gabinet. Tylko że utraconych składników nic mu już nie mogło zwrócić. Szykowały się nowe wydatki.
Pensja nauczycielska była niska i Snape miał wrażenie, że będzie musiał zrezygnować ze swoich papierosów na dłużej, niż myślał. Przeklął w myślach najpaskudniej, jak umiał i wolał nie wyobrażać sobie tego, jak przeżyje do końca tego tygodnia.
~*~
Było późno. Blask ognia w pokoju wspólnym Slytherinu, Gryffindoru, Ravenclavu i Hufflepuffu powoli dogasał. Minerwa McGonagall odłożyła lekturę, zdmuchnęła świeczkę stojącą na komodzie i poszła spać. Dumbledore chrapał już od godziny, uśmiechając się do projekcji swojej wyobraźni. Trelawney mówiła coś niezrozumiałego, przewracając się z boku na bok. Argus Filch, przyświecając sobie lampką, pilnował czy nikt nie błąka się po nocy i pogrążał się we wspomnieniach. Cały Hogwart śnił.
Tylko gdzieś z dala od ludzi, w zimnych lochach, Severus Snape zagłębiał się w lekturze. Jego czarne włosy sięgające ramion żywo kontrastowały z bladą twarzą, na której malowało się głębokie skupienie.
W sypialni Naczelnego Nietoperza Hogwartu nie było wesoło trzaskającego kominka. Panował tu chłód. Nawet wystrój wnętrza był ubogi.
Snape lubił to miejsce tylko wtedy, kiedy bez reszty pochłaniało go warzenie eliksirów, a z korytarza dochodził gwar rozmów prowadzonych przez nastolatków. Ten, kto powiedziałby, że Mistrz Eliksirów nie lubi dzieci, popełniłby duży błąd. Fakt, że traktował je w taki, a nie inny sposób, wcale nie znaczyło, że ich nie tolerował. Wszystko było lepsze od tej nocnej, dźwięczącej w uszach ciszy i własnych myśli błąkających się po korytarzach podświadomości.
Większość ksiąg, jakie znalazła dla niego Irma, była aż zanadto przepełniona informacjami, jednak po dość długim czasie udało mu się gdzieś znaleźć odpowiedni rozdział.
Trójka jako suma jedynki i dwójki uważana jest za liczbę szczególną, obejmującą całokształt rzeczy, doskonałą. Niemal od starożytnych czasów stawała się elementem skomplikowanych symboli magicznych - tu wymieniona została długa lista, a każda liczba została opatrzona ilustracją.
Trójka, pomyślał Severus, jak Święta Trójca, Trójca w którą nie wierzę. Czytał dalej.
Czwórka jako wielokrotność dwójki –> patrz str. C
Przewrócił kilka kartek.
Dwójka to symbol opozycji, konfliktu, symetrii. Przedstawia osiągniętą równowagę lub też nieujawnione zagrożenia. Jest cyfrą podporządkowaną wszelkim niejednoznacznym, „podwójnym” sytuacjom i postaciom. Zarówno w negatywnym, niszczycielskim, jak i w pozytywnym, twórczym znaczeniu. Oznacza pierwszy i najbardziej radykalny, najostrzejszy z podziałów - na białe i czarne, dobre i złe, stworzenie i stworzyciela, pierwiastek kobiecy i pierwiastek męski jednocześnie. Dwójka to dualizm, ruch, postęp…
Snape nie czytał dalej. Wszystko było jasne. A może bardziej należałoby powiedzieć, że nic nie było jasne. Doskonałość! Wszędzie ta przeklęta doskonałość! Co może mieć z tym, do cholery, wspólnego Voldemort? To jakiś absurd. Mimo wszystko kontynuował. Życie nauczyło go cierpliwości.
Szóstka wyraża przede wszystkim przeciwstawienie stworzenie/stwórca. Severus poczuł, że serce bije mu gwałtowniej. Nie chodzi koniecznie o sprzeciw, kontrast, bunt, lecz przede wszystkim różnicę między nimi.
Sev przewrócił oczami. Błędne koło.
Sześć to doskonałość – chyba zaczynał wątpić – wyrażona graficznie przez sześć trójkątów wpisanych w okrąg.
Przed oczami stanął mu jasno i wyraźnie obraz z pokoju Czarnego Pana.
Jest to również cyfra wyobrażająca walkę dobra ze złem.
Severus zaczynał komentować na głos to, co czytał. Było niedobrze.
W Apokalipsie sześć ma zgoła odmienne, negatywne znaczenie.
- Do diabła z Apokalipsą – mruknął.
Ten sam motyw graficzny pojawia się również w numerologii indyjskiej, wyrażając równowagę pomiędzy żywiołem wody i ognia.
Miał dość. Jak na dziś stało się już wystarczająco dużo. Nawet on powinien mieć prawo do spokoju.
Z drugiej strony zastanawiał się, czy ma ochotę na kolejne nocne przeboje. To dziwne uczucie lekkości wcale nie było przyjemne, raczej niepokojące. Kiedy o tym rozmyślał, miał niejasne wrażenie, że Voldemort wspominając o projekcji astralnej, mówił dokładnie o tym samym, co Dumbledore, kiedy cytował mu artykuł z „Proroka Codziennego”.
No i Potter. Co on robił w tym lesie? Nie, pomyślał Snape, nic mnie to nie obchodzi! Absolutnie nic!
Spojrzał przez wąskie okno. Wpadały przez nie srebrzyste promienie księżyca. Była pełnia. Severus skrzywił się na myśl, że jest jednym z niewielu, o ile nie jedynym człowiekiem, wyłączając wilkołaki, który nienawidzi pełni księżyca.
Rzucił okiem na zegar. Była druga w nocy. Kiedy cierpiał na bezsenność, pierwsze pretensje zawsze kierował do Boga, dopiero po fakcie przypominał sobie, że przecież w Niego nie wierzy.
Arwena
25.12.2005, 10:37
Myślodsiewnia
^^
2.02.2006, 21:49fajne :D
9.01.2006, 14:17Aaa to dlatego było zamieszanie z częściami :P Hihi :)
5.01.2006, 18:03Heh...rzeczywiście za dużo kurysywy. Val, spoko^^ Ja wiem, że w moich opowiadaniach jest sporo rzeczy do edycji...Ech...Chyba, że to była moja wina. Jednak zdaje mi się, że było dobrze. Chyba :P Dziękuję :)))
5.01.2006, 18:02Heh...nie ma to tamto...lubie takie rzeczy i juz:P pzdr.
29.12.2005, 19:13Ładne, ładne...
28.12.2005, 17:34To jest na pewno moja wina, ale nic nie poradzę na to, że proces hateemelizacji czyjegoś opowiadania wg pierwowzoru jest raczej eee... zbyt skomplikowany dla mnie.
27.12.2005, 09:25Najbardziej z tego wszystkiego podoba mi się Dumbledore. No i z tego fragmentu można było się dowiedzieć, dlaczego w następnym AD kupował "Rozmowy trumienne". Aha, w akapicie zaczynającym się od "Szóstka wyraża" jest za dużo kursywy. Powinna się kończyć wcześniej, niż się kończy.
26.12.2005, 13:18Ach, więc mój komentarz nie pozostał bez odpowiedzi. Zaraz zabieram się za czytanie. A zaniedbanie chyba nie takie znowu duże. Myślę, że do wybaczenia. Zwłaszcza, że są święta. Nawet ja mówię ludzkim głosem ;)
25.12.2005, 13:18Jak zwykle extra. A co do tej pomyłki to nie przejmuj się :) Każdemy się zdaża. Ale to w sumie ciekawe. Przeczytać najpierw późniejsze części...
25.12.2005, 11:13