Czas wspiąć się na Wyżyny Pisarstwa – czas rozpocząć Warsztaty!
Pisz fantasy – weź udział w Warsztatach
Będzie, tym razem, krótko a treściwie.Zacznę od okrzyku; okrzyk ów zabrzmi niepoważnie, zamierzam bowiem ryknąć: Wolno ci wszystko, pisarzu!" By udowodnić, że mam rację, przedstawiam wam niniejszym historię o Boskiej Polewce. Na jej przykładzie pragnę zbudować pierwszą część Warsztatów, które mają uświadomić wszystkich tych, którzy chcieliby się spełniać w pisarstwie.
Faza przedwstępna: łapiemy natchnienie, szukamy, odnajdujemy wenę.
Fantazja człowieka nie jest poznana przez naukę. Nie wiemy, gdzie się gnieździ, gdzie bytuje. Nie wiemy, jakie prawa rządzą tym, że człowiek potrafi wyobrażać sobie rzeczy nie istniejące w naszym świecie; w jaki sposób niebyt za sprawą naszej myśli staje się czymś na kształt bytu.
Osoby piszące fantastykę zwykle nie potrafią jednoznacznie stwierdzić, skąd się wziął pomysł jakiejś książki czy opowiadania. Zazwyczaj jest to proces tak złożony, że trudno określić, gdzie jest jego początek, lub w ogóle wyróżnić jakieś etapy powstawania kolejnych wątków.
Jedni główkują, wytężają swój umysł. Nie łapią "natchnienia", pomysł nie "przychodzi" sam do głowy. Wymyślają, zastanawiają się, co by mogło się przydarzyć. Jest to sposób raczej męczący, ale skutki są nie najgorsze – powstaje (jeśli wszystko poszło dobrze) historia bardzo spójna, logiczna, przyczynowo–skutkowa.
Inni z kolei nagle uświadamiają sobie, że chodzi im po głowie myśl; i ta właśnie myśl staje się zalążkiem większej historii. Często, gdy ma się już jeden solidny element – fundament, kolejne dołączają się nadspodziewanie łatwo, kształtując się samoistnie. Naszą rolą jest tylko przydzielenie im miejsca, niczym w wielkiej układance.
W jakikolwiek sposób następowałoby to, co nazwałem Fazą Przedwstępną, jest to jedynie znikoma część powstawania opowiadania czy, jeśli kto woli, powieści.
1. Zapada decyzja, oto już wiemy – tym, co się kluje, co przybliża się nieuchronnie, jest Opowieść.
Pierwszą rzeczą, którą powinien uświadomić sobie każdy chcący pisać Fantasy, jest to, że to on właśnie jest Panem i Władcą. Że, niezależnie od swych dotychczasowych pisarskich doświadczeń bądź ich braku, jest w tym właśnie swoim dziele Mistrzem, jedynym Stworzycielem. Czymś na kształt wielkiego Szachisty, który swym paluszkiem rozstawia pionki na szachownicy, decydując o ich losie. Pisarz nie musi słuchać rad, nie musi postępować według schematów. Rządzi, włada w zakresie swego własnego dzieła, dzierży jedyną pałeczkę Decyzji i Dalszego Losu.
Początkujący często zapominają o tym, że w tej Zabawie można Wszystko. Zaśmiałeś się, czytelniku? Zatem na twoich oczach udowodnię, że – jako pisarzowi, temu, który tworzy opowieść – wolno mi wszystko.
Oto zaczynam. Wolna improwizacja.
Podczas gotowania zupy z kartofli zebranych z pola Nekromancera podczas letniego przesilenia otworzyło się niebo, a spłynęły zeń ogniste rydwany anielskie, ogłaszając, że sam Bóg chciałby skosztować tejże zupy i żąda czym prędzej przyniesienia Widelca.
Niektórzy boją się opisać coś, co jest absolutnie absurdalne. Lecz któż powiedział, że absurdalność nie ma prawa bytu?
A ten, który zajmował się Pichceniem Zupy z Kartofli uląkł się gniewu bożego, bowiem postała w jego umyśle myśl, iżby mógł przesolić, a delikatny brzuszek Jedynego Boga mógłby odmówić współpracy, powodując tym samym Wielkie Rozwolnienie.
Plagą są opowiadania, w których nie dzieje się nic. Opowiadają one o losach człowieka – cóż to za brak oryginalności, człowiek! – który zajmuje się życiem – cóż za brak fanaberii, życie! – i przydarzają mu się różne perypetie – cóż za brak pomyślunku, zwykłe problemy!
Lecz wówczas Piecyk Gazowy, na którym gotowała się strawa mająca stać się pożywieniem samego Stworzyciela, wybuchł był, a nieszczęsny garnek z zupą wyrzucony został wysoko w powietrze, napotykając na swej drodze na Sufit. Niewiele czasu upłynęło, nim pożywienie, którego ongiś zapragnął Bóg, stało się parującą plamą na parkiecie ułożonym przez pijanego majstra, który stracił cnotę w wieku lat dwudziestu siedmiu.
Wielu sądzi, że Fantasy winna opowiadać o Magii. To nie problem.
Wówczas jednak, najniespodziewaniej, objawił się ów Pijany Majster, który zaczarowywał kładziony przez siebie parkiet. Skutkiem tego zaklęcia ten, który gotował zupę (będącą obecnie plamą), zobaczył przed sobą wysokiego staruszka o białych włosach i długiej brodzie, ubranego w czarną szatę sięgającą do ziemi. I uświadomił sobie, że legenda o Majstrze i jego cnocie nieprawdziwą być musiała.
– Nic nie jest jeszcze stracone, synu – rzekł zjawiony osobnik do oniemiałego nieszczęśnika. Nieszczęśnikowi temu było na imię Bastarolomeo.
Często spotykamy opinię, że Fantasy winna być poetycką opowieścią o pięknie.
I rzekł ów staruszek, z ócz którego ziała mądrość i doświadczenie, i nie pojęta potęga: – Przybywam z dalekiego kraju, w którym drzewa figowe zielenią się przez cały rok. W kraju tym króluje piękno i szczęście, a każdy, kto tam mieszka, wiedzie żywot poczciwy a dostatni. Nie ma tam stonki, która pastwiłaby się nad ziemniakami, a krowy nie są dręczone przez złośliwe gzy.
Wówczas zakrzyknął Bastarolomeo, oczarowany:
– Och weź mnie, och weź, szlachetny starcze, do owego kraju, w którym figowce oblekają się różnokolorowymi kwiatami i srebrzą w słońcu, a zima, gzy i stonka nie mają wstępu!
Jest też niechlubny zwyczaj, że w Fantasy spotyka się nagminnie wojny i walki, a całość opływa krwią i spermą. Nierzadko napotykamy na motyw Wielkiej Wyprawy.
– Uczyniłbym to z dziką rozkoszą – orzekł sędziwy czarodziej, któremu na imię było Staryzgrediusz – lecz tyś rozlał Królewską Polewkę, która ugotowała się na kartoflu pochodzącym z tego kraju. Twój Bóg żąda od ciebie tej zupy, a póki jej nie otrzyma, nie zaznasz spokoju.
Zasmucił się wielce Bastarolomeo, a serce jego przepełniło żalem.
– Czyliż nie ma dla mnie ratunku? Skazany jestem na wieczną tęsknotę? – zakwilił.
Starzec zasępił się.
– W dalekim kraju jest furtka do tajemniczej krainy Dalekostanu. Mówi się, że kto zabije czającego się tam Stworapotwora, pokochany zostanie przez ziemię tej cudnej krainy. Ta żyzna gleba zrodziłaby dla cię Kartofla, gdybyś tego zapragnął.
– I ugotowałbym zeń Polewkę, i nakarmił Stworzyciela, Boga mego, i zabrałbyś mnie do swego czarownego kraju! – zakrzyknął Bastarolomeo namiętnie, wyobrażając sobie figowce pokryte kwieciem.
– Nie podniecajta się, chłopczyno prymitywna! Aliści czeka cię wiele trudów i znojów w podróży do Dalekostanu, a Stwórpotwór to przebiegła bestia mająca wielu popleczników. Nie sądź, że to, co ci opowiadam, to pogróżki czcze! Oto nadeszły dni, gdy okaże się, ile warta jest twoja dusza. Tymczasem przyjmij ode mnie podarek na dalszą drogę.
Gdy tylko starzec wypowiedział te słowa, oderwały się te klepki parkietu, które zroszone zostały Zupą, i zaczęły wirować, niczym rozognione w mistycznym tańcu. Osiągnęły tak wielką prędkość, że nie można było na nie patrzeć; z wichury, jaka się zerwała w kuchni w tym życiowym momencie, narodził się Miecz. Wypadł z wiru utworzonego przez klepki i z głośnym brzdękiem upadł na posadzkę.
– Weź ten Nóż do Befsztyków i niechaj służy ci dobrze, dzielny chłopcze – powiedział podniosłym głosem Staryzgrediusz. – Przyjmij także radę: strzeż się widelców podczas swej drogi.
To usłyszawszy, Bastarolomeo ukląkł, a Staryzgrediusz położył ręce na jego głowie i szepnął: "Niech cię wszystkie kulinaria strzegą, synu..."
Pozwolę sobie nie kontynuować tej historii, bowiembym pragnął zachować resztki dobrego imienia. Gdybym jednakowoż zmuszonym był do dalszego tworzenia absurdu, uczyniłbym to najpewniej według następującego planu:
– Bastarolomeo udałby się w poszukiwaniu Dalekostanu tam, gdzie jego zdaniem jest siedlisko Zła, a to, jak wiadomo, znajduje się w każdym supermarkecie Biedronka;
– Gdy tylko dotarłby do Biedronki, powstałyby przeciwko niemu wszystkie widelce sprzedawane w tym sklepie;
– Despotyczna, dręcząca swoje pracownice Szefuniowa Leokadia okazałaby się dziecięciem Stworapotwora;
– Bastarolomeo odpędziłby chmarę Widelców, aliści wówczas Stwórca upomniałby się o to, czego zażądał. Niespostrzegawczych informuję, że zażądał WIDELCA, a go nie dostał;
– W tym czaiłby się podstęp, okazałoby się, że anielskie rydwany Boga są sprzymierzone ze Stworempotworem...
Brakuje jeszcze motywu jakiejś Pięknejksiężniczki... W związku z tym myślę, że anielskimi rydwanami dowodzi apodyktyczny a obleśny Zniwecjusz, który w cudzołożnym związku spłodził Cudnądzieweczkę i który jest w zmowie ze Stworempotworem. Cudnadzieweczka zakocha się w Bastarolomeu, gdy ten zostanie porwany przez złośliwego Zniwecjusza do jego podniebnej krainy. Tymczasem mogłoby się okazać, że Pan Bóg jest oszukiwany przez Zniwecjusza za pomocą zatrutych Bulw, które są hodowane w chmurkach i czynią umysł Boga otępiałym. W tym otępieniu Bóg stworzył ongiś człowieka. I tak dalej, i tak dalej.
Historia absurdalna, ale wystarczyłoby ją nieco rozwinąć, dodać więcej epitatów i opisów, by urosła do rozmiarów niedużej powieści. Z pewnością brak w niej jeszcze opisów pogody, kuchni, otoczenia...
Do czego prowadzę?
Na pierwszym etapie – w pierwszej części Warsztatów, jakie tutaj niniejszym prowadzę – chciałbym zwrócić waszą uwagę na fakt, iż wymyślenie fabuły jest niekoniecznie rzeczą trudną. Wystarczy uświadomić sobie, że wolno – powtórzę to z jeszcze większym naciskiem – wszystko!
Wszystko! Wszystko! I to, i tamto, i owamto, i to, co wstyd nazwać "tym", i tamte wszystkie cusie, które się kryją za rogiem, bojąc się być nazwanym Czymś!
Jest to tak istotne, że w tym momencie zakończę ten artykuł. Tak, już koniec, następny kiedyś w przyszłości. Lecz aby tak dobrze nie było, byście nie zgnuśnieli w tak zwanym międzyczasie...
Zadanie domowe polega na napisaniu trzech fabuł, z których każda zawierać będzie Wprowadzenie, Magię, Miecz, motyw Wyprawy i Miłości. Możecie sobie wypunktować, minimum 10 punktów. Koniecznie dajcie każdy narzucony przeze mnie element (Wprowadzenie, Magię...) – możecie za to dorzucić inne, jakie wam postaną w umyśle. Absurd wskazany.
Jeśli zechcecie, możecie rezultaty przedstawić do dyskusji w Myśloodsiewni. Komu się nie chce, niech zadania nie robi, po prostu niczego się nie nauczy.
Valaraukar
6.12.2005, 20:29
Myślodsiewnia
zgodnie z życzeniem. Zirael,jeszcze raz proszę o wybaczenie ^^'
31.12.2005, 23:02Co do streszczenia... Propozycją, która tak święcie oburzyła Kanalaith, był pomysł zawarcia fikcyjnego małżeństwa pomiędzy Hrabią a nią samą. Pozwoliłoby to temu pierwszemu na spokojne rządzenie w całym majestacie prawa, księżniczka natomiast mogłaby robić z Księciem, co jej się żywnie podoba. Niestety, Kanalaith miała tę drobną wadę, że zawsze dążyła do uczynienia ze swojego życia prawdziwej baśni. Nie uznawała przy tym żadnych kompromisów ani półcieni, które, jak wiadomo, w baśniach nie mają racji bytu. Sięgając po stare, sprawdzone przepisy z „Żywotów Księżniczek”, cicho pozbyła się Hrabiego za pomocą zatrutego jabłka; służącą, która jabłko podała, ubrała w koronę i, z braku smoków, nakarmiła nią pierwszego lepszego demona przywołanego z ... Skądś. Doprowadziła potem do wymarzonego ślubu z Księciem, a na weselu tańczyła w szklanych pantofelkach. Po dniach uczt i tańców, ostatniej nocy, kiedy goście zasnęli, wsypała brzydkim dziewczętom zatruty groch w pościel. Następnego dnia już się nie obudziły: Kanalaith udało się skrócić im męki życia w nieatrakcyjnych ciałach. A ponieważ lubiła dobre uczynki, zasługujące jej zdaniem na szczęśliwe życie szlachcianki na wydaniu otrząsnęły się porankiem z błogiego snu u boków skacowanych i niczego nie pamiętających młodych rycerzy. W odpowiednim czasie do komnat powpadali rodzice, a tego samego dnia urządzono jeszcze kilkanaście skromnych, pospiesznych ślubów. Kanalaith na nich już nie gościła: ponieważ w „Żywotach...” nie jest jasno napisane, co właściwie robi księżniczka po ślubie, postanowiła w tym miejscu zakończyć baśń swojego życia, przebijając swe czyste serce wrzecionem i zapadając w wieczny sen. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Koniec.
31.12.2005, 22:59ahaa... wiem, okropna jestem i tak dalej... przyrzekam że już więcej takiego numeru nie zrobię --'
31.12.2005, 22:09Jednakoż coś mi się zdaje, że pisanie opowiadania w myślodsiewni nie jest najlepszym pomysłem, ani tym, o co chodziło Valaraukarowi, kiedy zachęcał do wysławiania się w myślodsiewniach... W każdym razie wolałabym poznać raczej ogólny zarys tego tworu, tak na początek...
27.12.2005, 18:19HA! ktoś to przeczyyytał! ^________^ heh, Hermiona to taki osobisty żart... to było bardziej subtelne niż napisanie "Emma Watson"
22.12.2005, 09:38Ciekawe, ciekawe... Hermiona jako księżniczka takoż. Mnie się, jak na razie, podoba.
20.12.2005, 16:13heh, no tak, troche późno się zrobiło i w ogóle... na dzisiaj chyba... tiaa... to moze... to mnie juz nie ma, jako i tych akapitów nieszczęsnych. Nie bijcie za mocno. Wiem, miał być szkic i tak dalej, ale samo wyszło. przykro mi. Dobranoc.
18.12.2005, 21:18- No czego? – słodki głos Kanalaith wyrwał go z zadumy. Otrzepał płaszcz z resztek kurzu, wyprostował się i zaczął mówić. Trzy minuty później usiłował zebrać potłuczone kości ze spiralnych schodów wieży. Nawet przy tym nie jęknął. Domyślał się, że tak się to skończy, nie wiedział tylko, że aż tak boleśnie. Było zatem już bardzo późno.
18.12.2005, 21:12Tak, Hrabia je dostrzegał. Oddzielał od wydumanego wystroju, odsuwał na bok infantylne kucyki ze złotymi kopytkami, i widział je w całej krasie. Znał ich moc. Po karku pociekła mu wąska, zimna jak sztylet w ciemności strużka potu. Znał ich władzę, ich potęgę, sekret nieśmiertelności. I właśnie dlatego tu teraz stał.
18.12.2005, 21:11Kopciuszek, Śpiąca i Złotowłosa, Śnieżka, Czerwony Kapturek oraz Piękna, Raspunzell, Amanda, Izolda, Anastazja, Odetta, Ariel, Hermiona i Mia... Tańczące w szklanych pantofelkach, lekkie jak mgła, jak morska piana. Śnieżnolice, białorękie, mdlejące w objęciach dzielnych, młodych, szlachetnych... ratowane od smoków, jabłek, wilków, zaklęć... wiecznie śniące, zaklęte, niedosiężne na szczytach szklanych gór... Księżniczki! Ich cienie w półmrokach kątów...
18.12.2005, 21:08