Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Experto Credite

"Istnieje teoria, że jeśli kiedyś ktoś się dowie, dlaczego powstał i czemu służy wszechświat,
to cały kosmos zniknie i zostanie zastąpiony czymś znacznie dziwaczniejszym i jeszcze bardziej pozbawionym sensu.
Istnieje także teoria, że dawno już tak się stało."

Douglas Adams

EXPERTO CREDITE

Część 1.


Profesor wszedł do łazienki, żeby umyć ręce. Na wprost drzwi, na brudnawych kafelkach wyskrobany był grażdanką cytat z "Idioty" Dostojewskiego. "Mniej literatury, a więcej sztuki... czyszczenia – przydałoby się temu Instytutowi" – pomyślał Bandee.
Za jakieś pięć minut miał wygłosić wykład przed kilkoma setkami ludzi. Co prawda miał mówić na swój ulubiony temat – literatura mniejszości narodowych, ale mimo to miał niezłą tremę. Nie pomagał mu także fakt przeżycia przed kilku dniami czegoś, co zmieniło jego pogląd na wiele spraw.
No i był jeszcze pergamin Jedogora. Kiedy próbował go otworzyć, dostrzegł, że jest zamknięty na pięć pieczęci. Obok nich znajdował się napis: "Otworzysz to dopiero w obecności tego, który podejdzie do ciebie i zapyta o twój pobyt w zaświatach". Kim będzie ten ktoś?

***

Sasza siedział na sali, na której za chwilę miał odbyć się wykład. W ręku trzymał kopertę z Instytutu i wszystko, co w niej było: list gratulacyjny, bilet, pozwolenie od rodziców i ulotkę o profesorze. Ta informowała, że Albert Bandee wykładał już w wielu miastach na całym świecie i za każdym razem był entuzjastycznie przyjmowany. "Jego wielka erudycja i zdolność nawiązywania kontaktu ze słuchaczami sprawia, że w rankingu przeprowadzonym wśród studentów jego macierzystej uczelni – Uniwersytetu w Cincinnati – zdobył pierwsze miejsce".

***

Bandee wszedł na salę, gdzie powitały go gromkie brawa. Za nim wsunął się prezes Instytutu, Dymitr Dymitrowicz Upint.
– Witamy pana, profesorze. Cieszymy się, że zechciał pan przyjąć nasze zaproszenie.
– Witam, Dymitrze Dymitrowiczu. Ja także cieszę się, że tu jestem, i że tyle osób interesuje to o czym mówię.
Na sali rozległ się śmiech i znów zabrzmiały brawa.
– Na początku... – profesor nie próbował przekrzyczeć braw – na początku chciałbym wszystkich przeprosić, gdybyście dostrzegli w moim wykładzie jakieś nieścisłości. Prawdę mówiąc, nie doszedłem jeszcze do siebie po tym, co przeżyłem kilka dni temu...
– Proszę opowiedzieć – wtrącił Dymitr Dymitrowicz – prasa chętnie to opisze. – Wskazał kilku reporterów z "Rossijskiej Gaziety".
– A, jest i prasa. Wolałbym o tym nie opowiadać, bo to raczej...
– Dobrze, nie męczmy profesora – odezwał się jeden z dziennikarzy. – To, co mówi o literaturze, jest wystarczająco ciekawe.

***

W Saszę jakby piorun strzelił. Siedział nieruchomo, podczas gdy profesor rozłożył swoje notatki i rozpoczął wykład. Pamiętał słowa, które przeczytał mu Leśnik: "Do Saszy Stiepanowicza Sajedzinieniewicza. Wracaj tam, skąd przybyłeś. O swych przeżyciach nie mów nikomu, oprócz osoby, która w twojej obecności zacznie opowiadać pewną historię, ale jej nie skończy, mimo próśb innych osób". Profesor jest rozwiązaniem! To do profesora może podejść i opowiedzieć mu o swoich przeżyciach!

***

Po wykładzie, bardzo dla Saszy interesującym, do profesora ustawiła się dość spora kolejka ludzi. Chłopak znalazł się na szarym końcu. Postanowił poprosić profesora o autograf i wtedy zapytać go: "Czy przebywał pan w zaświatach?". Nie... jak to brzmi. Gdyby miesiąc temu ktoś podszedł do Saszy i go o to zapytał, ten wyśmiałby takiego kogoś. Jak zacząć?

***

– Dla kogo?
– Dla Aloszy Afansiejewicza!
Profesor otworzył egzemplarz swojej książki i podpisał ją. Jeszcze jedna. Kiedy to się skończy? Kiedy będzie mógł pójść do swojego pokoju w hotelu?
Nie pojawił się nikt. Nikt nie podszedł i nie zapytał o zaświaty. Nikt nie spełnił warunku olbrzyma...
– Panie profesorze?
Bandee podniósł głowę. Stał przed nim niewysoki blondynek w grubych okularach. W ręku trzymał jakąś kopertę.
– Co mam podpisać? Tę kopertę?
– Nie... panie profesorze? Czy pan...
– Tak? – Bandee podniósł wzrok. Wyczuł, że chłopak ma mu do powiedzenia coś więcej ponad standardowe formułki i pochwały.
– Panie profesorze... Czy pan przebywał poza naszym światem? W zaświatach, wieczności albo czymś takim?
W profesora jakby piorun strzelił. Sięgnął drżącą ręką po szklankę z wodą i wypił nieco. Potem wstał i powiedział do osób stojących za chłopakiem:
– Bardzo państwa przepraszam, ale muszę porozmawiać przez chwilę z tym chłopcem.
Chwycił go za rękę i pociągnął do łazienki.

***

– Czy ty jesteś tym, któremu mogę pokazać pergamin Jedogora?
Saszę zaskoczyło to, ale szybko odpowiedział pytaniem:
– A czy pan jest tym, z którym mogę porozmawiać o tym, co przeżyłem w wieczności?
Profesor zrozumiał w tym momencie, że obaj musieli się kiedyś spotkać. On nie mógłby odczytać pergaminu, a chłopak nie mógłby opowiedzieć o czymś– najprawdopodobniej bardzo ważnym– co przeżył w zaświatach.
– Jak się nazywasz, chłopcze?
– Sasza Stiepanowicz Sajedzinieniewicz.
Profesor podał mu rękę i rzekł:
– Musimy się spotkać. Jeżeli ty także byłeś w zaświatach, to może wspólnie uda nam się dojść do tego, jak właściwie zbudowane jest pozawszechświecie.
– Pozaco?
– Wszystkie obszary, leżące poza naszym wszechświatem. Poza tym, dostałem od jednego z mieszkańców zaświatów pergamin z zapisem losów Ziemi. I mogę go otworzyć tylko w twojej obecności. Ale ty pewnie także spotkałeś olbrzymy?
– Nie...
– A gdzie byłeś? Co ci pokazano?
– Władca Wieczności pokazał mi Ziemię. Tkwiła w takich ośmiościanach, te w orłach, potem w większych ośmiościanach, w słupach prowadzących do miasta, a miasto zamknięte było w lwie, a lew w pudełku, a pudełko w beczce, a beczka w budce, w której się znalazłem.
– Zaraz, zaraz, zaraz. Powoli. Pogubiłem się. Zresztą... Teraz nie mamy czasu, żeby szerzej porozmawiać. Daj mi swój numer telefonu. Zadzwonię do ciebie za jakiś czas, bo mam cykl wykładów w Polsce i Niemczech. Musimy się spotkać w miejscu, gdzie można spokojnie porozmawiać. Powiedz mi tylko jeszcze, gdzie mieszkasz.
– W Krasnoarmiejsku koło Lenińska Kuźnieckiego. Nie wiem, czy pan tam dotrze, to dość daleko od Moskwy...
– Trafię. Do jedynego człowieka, który oprócz mnie był w zaświatach– trafię.
A teraz wybacz, muszę wrócić do autografów. Masz ten numer?
Sasza podał profesorowi ulotkę z wypisanym numerem, a ten schował ją do kieszeni.

***

Minął miesiąc. Sasza codziennie czekał na telefon od profesora. Jednak aparat milczał. Chłopak pocieszał się: "On na pewno ma dużo pracy... Te wszystkie wykłady. Przecież obiecał, że się odezwie. Nie mógłby mi tego zrobić".
Za wygraną w konkursie otrzymał dodatkowe oceny z kilku przedmiotów. Jego nazwisko zostało także odczytane na szkolnym apelu– sam dyrektor podał mu rękę. Nie przysporzyło mu to sympatii w klasie– i teraz, i przedtem był ignorowany ze względu na swoje nietypowe zainteresowania i przemądrzałość. Sasza porównywał siebie w w myślach do wielkich ludzi, niedocenionych za życia.

***

Minęły dwa tygodnie. Sasza coraz mniej myślał o telefonie od profesora. W szkole było teraz dużo ważnych sprawdzianów, których nie chciał zawalić. Całe dnie spędzał na strychu, ucząc się.
Dlatego też nie był w stanie dostrzec zielonego moskiwcza, który zaparkował przed domem. Nie widział także, jak wysiada z niego profesor Bandee i wita się z matką Saszy.
– Sasza! – krzyknęła Alona Iwanowa, aż sąsiedzi wyjrzeli przez okno.
Chłopak zbiegł bardzo szybko, zastanawiając się, o co chodzi.
– Panie profesorze? Pan tutaj?! Miał pan zadzwonić...
– Przepraszam bardzo– wtrąciła się Alona Iwanowa– ale ty mi chyba Sasza o czymś nie powiedziałeś.
– A faktycznie. To jest profesor Albert Bandee, na którego wykładzie byłem półtora miesiąca temu. To moja mama, Alona Iwanowa. Pan profesor miał przywieźć mi kilka rękopisów, które przydadzą mi się na rosyjskim.
– Kłopot w tym, Sasza, że ja te rękopisy zostawiłem w hotelu. Będziemy musieli po nie jechać.
– A dlaczego pan nie może ich przywieźć tutaj? – zapytała matka Saszy. Prawdę mówiąc, niezbyt ufała obcym mężczyznom.
– Chciałbym jeszcze po drodze porozmawiać o czymś z Saszą...
– Mogę jechać z profesorem, mamo?
Matka zacisnęła usta i zmarszczyła czoło.
– Dobrze, jedź. Ale niech go pan zaraz potem odwiezie.
– Oczywiście, Alono Iwanowo. Chodź, Sasza.
Otworzył drzwi wiekowej maszyny i zasiadł za kierownicą. Chłopak usiadł z przodu. Po chwili profesor wykręcił (miał z tym trochę kłopotu, bo Komsomolskaja była wąska jak horyzonty Bandy Czworga) i odjechał, wzniecając kłęby kurzu. Sąsiedzi Sajedzinieniewiczów zamknęli okna i wszystko wróciło do normy. Przynajmniej dla krasnoarmiejczan.

***

Maszyna profesora zatrzymała się przed hotelem "Lenin". Szybko weszli do budynku, bo wiał silny wiatr i nawiewał pył z nieodległej kopalni węgla. Recepcjonista, przypominający, jak sobie pomyślał Sasza, Łomonosowa potraktowanego łomem, wręczył klucz profesorowi. Ten odwdzięczył się dziesięciorublówką.
Gdy znaleźli się w pokoju, Bandee wyciągnął z szafy kilka papierów. Saszy przypomniały się papiery Rogmenta. Co też mogło się z nim stać? Czy podzielił losy lorda Cumbela, którego zabiła świadomość istnienia czegoś poza pustką?
– Spójrz, Aleksandrze.
Profesor trzymał w ręku pergamin zamknięty pięcioma pieczęciami.
– To pergamin olbrzyma Jedogora. Na nim zapisane są losy naszej planety. Mogłem go otworzyć dopiero wtedy, gdy spotkam kogoś, kto zapyta mnie o pobyt w zaświatach. Ty byłeś, jesteś, kimś takim. Dlatego teraz możemy wspólnie rozłamać pieczęcie.
Bandee zaczął ostrożnie przełamywać pieczęcie. Ostatnia najdłużej opierała się jego dłoniom. W końcu udało się. Profesor powoli rozwinął pergamin i odczytał:
"Do tych, którzy widzieli.
W życiu Waszym i Waszych współplemieńców szykuje się wielka zmiana. Dotknie ona zarówno Wasz wszechświat, jak i wszystkie systemy podległe Nienazwanej Potędze. Musicie uprzedzić mieszkańców Waszej planety, aby zmiana nie wydała się im czymś groźnym. Dopomożemy Wam poprzez znaki, które nazywacie cudami. Uprzedźcie o nich największych Waszego świata, aby uwierzyli Wam. Oni dopomogą Wam rozgłosić zmianę po świecie.
W czym przejawiać się będzie zmiana, zapytacie? Otóż polegać ona będzie na tym, że uświadomimy wszystkim elementom Systemu, iż nimi są. Skutki tego czyny zna tylko Nienazwana Potęga, gdyż i ona zaleciła nam rozpoczęcie zmiany.
Wkrótce przybędą do Was ci, których poznaliście w zaświatach. Oni służyć Wam będą pomocą i doświadczeniem.
Zmiana Systemu rozpocznie się od Waszego wszechświata. Jeśli przyjmiecie ją entuzjastycznie, narody niezliczonych systemów uwierzą w jej słuszność. Imiona Wasze pamiętane będą dopóty, dopóki istnieje Nienazwana Potęga. Czekajcie i bądźcie pełni ufności. Jedogor, dyrektor instytutu hodowli systemów życiogennych."

***

– Czy pan coś z tego rozumie? – spytał Sasza.
Profesor otarł czoło, zwinął pergamin i odłożył go na półkę. Może mu się wydawało, ale miał wrażenie, że anioł, który dał mu pergamin, mówił coś o zakłóceniach grożących Ziemi. A może ta zmiana to po prostu eufemistyczne określenie zbliżającego się końca świata?
– Nie bardzo. Nie wiem, czym może być ta zmiana? Być może to po prostu...
Zadzwonił telefon stojący na stoliku. Bandee podniósł słuchawkę. W tym momencie Sasza ujrzał scenę jak z "Matrixa": profesor zamienił się w grupę mglistych kuleczek i zniknął.
– Jasna cholera! A to co?
Chwycił za słuchawkę, odłożył ją na widełki i wykręcił numer milicji. Po chwili zreflektował się i znów nacisnął widełki. Co mu pomoże milicja? Co im powie? Co
...
...
...

***

– Chyba jesteśmy w komplecie– ocenił opiekun skupiska wszechświatów, nalewając herbatę.
– Ja myślę– powiedział człowiek, którego nie widział przedtem ani Sasza, ani profesor. – Jak się zdaje, parę osób mnie tutaj nie zna, więc się przedstawię. Jestem Nejjasz, Władca Wieczności, następca Rogmenta.
– Co stało się z Rogmentem? – zapytał chłopak.
– Zrobił coś, czego nikt się po nim nie spodziewał. Wyszedł przez drzwi, które sam wywalił, do Zaśnieżonego Lasu, zabił Leśnika, zabrał mu klucze i zniknął. Nikt nie ma pojęcia, gdzie jest. Ale przynajmniej wiemy, dlaczego tak się stało. Dowiedział się, że Pustka nie jest kresem. Że jest coś poza nią. To doprowadziło go do szaleństwa.
– A mógł mieć jakiś inny powód? – wtrącił profesor.
– Tak. Za mojego życia jeden z Pianistów nogą od swojego fortepianu przedostał się wyżej. Dlaczego? Bo jeden klawisz obluzował się i miał problemy z graniem jakiegoś nokturnu. Wszedł wyżej, bo sądził, że gdzieś tam znajdzie kogoś, kto mu pomoże.
– Kim są ci Pianiści? – strażnik skupiska położył na stole torebkę z cukrem.
– To wysoko postawieni strażnicy Systemu. Jeden z nich był moim dziadkiem.
Pociągnął łyk herbaty i kontynuował:
– Ale nie jesteśmy tutaj, by dyskutować o zawiłościach Systemu. Mamy uzgodnić, jak poinformować ich wszechświat o nadejściu zmiany.
– Chwileczkę– znów wtrącił się profesor. – Na czym będzie polegać ta zmiana? Chyba mamy prawo to wiedzieć? Anioł wspominał coś o niebezpieczeństwie, grożącym Ziemi.
– Anioł, anioł... przekręcił słowa Jedogora. Olbrzym miał co innego na myśli.
– Co? – zapytał Sasza, mieszając herbatę.
– Zmianę, rzecz jasna. Miejcie trochę zaufania do Nienazwanej Potęgi. Nie wymyśli niczego, co mogłoby Wam zaszkodzić.
– Właśnie – mruknął opiekun skupiska między jednym a drugim łykiem naparu. – Słuchajcie go, bo dobrze mówi.
– Plan jest taki: wy ogłaszacie, że stanie się, dajmy na to, trzydniowe zaćmienie Księżyca. Na tydzień przed tym piszecie do jakiegoś prezydenta i mówicie, mu, że stanie się to i to. Post factum on wam wierzy i umożliwi opowiedzenie Ziemianom o zmianie. Wtedy my znowu was tutaj wezwiemy i wytłumaczymy zawiłości zmiany. Co wy na to?
– Ja nie mam żadnego pomysłu, więc jestem za – zgodził się profesor.
– Ja też – udzielił się Sasza.
– Chcecie jakiś konkretny cud?
– Ja mam pomysł – powiedział Sasza. – Niech na Księżycu pojawią się jakieś słowa. Ale takie, że jak je przeczyta Anglik, to będą po angielsku, jak Rosjanin, to po rosyjsku. Takie coś.
– Może być– uśmiechnął się Najjasz. – Macie... no, miesiąc na poinformowanie wielkich waszego świata o tym cudzie. Jaki był dzień, zanim was tutaj zaprosiliśmy?
– Środa, dwudziesty czwarty października.
– Dobrze. To 25 listopada, o pierwszej w nocy czasu Greenwich na Księżycu pojawią się słowa, które każdy będzie mógł odczytać w swoim języku.
– Pierwsza w nocy... to będzie ósma wieczorem 24 listopada mojego czasu – szybko przeliczył różnicę czasu profesor. – A u ciebie, Sasza... to będzie... 9 rano 25 listopada. Będziesz musiał poczekać do nocy, żeby zobaczyć te słowa. Ja będę czuwał przy komputerze.
– Czyli sprawa załatwiona. Możecie wracać do siebie – powiedział Władca Wieczności.
Dopili herbatę i pożegnali się.

***

...
...
...
oC ?eiwop mi oC ?ajcilim eżomop um oC
Sasza odłożył słuchawkę na widełki. O ile mógł się zorientować, znajdował się wraz z profesorem w tym samym czasie, z którego wyszli. Należało zabrać się do roboty.
Bandee wyjął czysty arkusz papieru i zanotował osoby, którym należałoby wysłać listy z zapowiedzią cudu. Kilkoro z nich narzucało się od razu– papież, prezydent USA, Dalajlama. A reszta?
Sasza wymyślił patriarchę Aleksego, prezydenta Rosji, Billa Gatesa, Bono, Blaira i Wałęsę. Profesor dodał jeszcze sekretarza generalnego ONZ.
– Chyba wystarczy 10 osób, prawda? – spytał Sasza.
– Taak. To słuchaj... ja ci dam te "rękopisy" i odwiozę cię do domu.

***

Minął miesiąc. Na żaden z wysłanych listów nie otrzymali odpowiedzi. Spodziewali się tego. Czekali na moment, w którym na tarczy Księżyca pojawią się słowa, ustalone przez Władcę Wieczności.
Nadszedł 24 listopada. O siódmej wieczorem Bandee zasiadł przy swoim komputerze i zaczął sprawdzać pocztę. Przejrzał też szybko serwis Yahoo, ABC i BBC. Potem włączył Leonarda Cohena i czekał.

***

Wybiła ósma. Profesor wyjrzał przez okno. Zgodnie z obietnicą Władcy Wieczności na Księżycu pojawiły się krwawoczerwone litery. Wziął z gabinetu lornetkę i przyjrzał się dokładniej:

"S Ł U C H A J C I E , M Ó W I Ę R Z E C Z Y W Z N I O S Ł E , Z W A R G M O I C H P O C H O D Z I P R A W O Ś Ć"

"Ciekawe, kiedy pojawią się o tym pierwsze informacje?" – pomyślał, wracając do komputera. Otworzył zakładkę z BBC. Nic. ABC. Nic. Yahoo. Nic. AFP...
– Albercie! Chodź szybko, wyjrzyj przez okno! Czegoś takiego jeszcze nie widziałeś! – krzyknęła jego żona Patrice.

***

Wyszli na ulicę. Gdy minęli śmietnik, w którym przez jakiś czas spoczywało ciało profesora, wzdrygnął się. Jak zresztą zawsze, gdy tędy przechodził. Za nimi szło sporo ludzi, w większości ich znajomi. Słychać było dzwonki komórek tych, którzy nie mogli uwierzyć w to, co widzą.
Poszli do parku Eden, bo tam było najbliżej. Tutaj, między drzewami, było bardzo cicho– słychać było tylko szum rzeki Ohio, szelest trawy poruszanej wiatrem i kilkaset stóp wędrujących naokoło. Albert i Patrice podnieśli oczy na Księżyc. "Słuchajcie, mówię rzeczy wzniosłe, z warg moich pochodzi prawość". Profesorowi te słowa coś przypominały, gdzieś je czytał, ale nie był pewien gdzie.
Nagle ogranął go strach. Do tej pory był tylko profesorem uniwersytetu, co jakiś czas wygłaszającym wykłady w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Polsce, Rosji i innych krajach Europy i Ameryki. Napisał kilka książek (jedna z nich była w pewnym momencie na 5 miejscu w rankingu książek o literaturze), poznał kilku sławnych ludzi. I to wszystko. A teraz na jego barkach spoczął obowiązek poinformowania sześciu miliardów ludzi o zmianie dotyczącej czegoś większego niż nieskończony– zdawałoby się– wszechświat. On i rosyjski nastolatek, któremu pewnie też nie jest łatwo. Obaj teraz zapewne czują się jak Neo, gdy poznał prawdę o Matrixie.
A co ze wszystkimi ludźmi na świecie? Czy uwierzą w to, co im powie? Czy autorytet prezydenta, papieża, patriarchy, Dalajlamy i innych wystarczy? Myśląc o tym wszystkim, mocniej ścisnął dłoń żony. Ta oparła mu głowę na ramieniu, czytając bezgłośnie raz jeszcze tajemniczy napis.

***

Kiedy wrócili (przez całą drogę rzucając się znalezionymi kasztanami), Bandee znów uruchomił komputer. Tuż po załadowaniu systemu włączył program pocztowy. Było kilka nowych wiadomości. Jedna od menedżera Bono z propozycją, by profesor opowiedział o zmianie w czasie koncertu "PRO AFRICO BONO", który Hewson będzie grał wkrótce w Kairze.
Drugi od sekretarki prezydenta Busha. Proponował spotkanie 22 grudnia, nocleg w Białym Domu i konferencję prasową w Gabinecie Owalnym.
Profesor postanowił poczekać na odpowiedzi od innych adresatów.

***

Było może dziesięć po pierwszej, gdy wychowawczyni Saszy wpadła do sali jak burza:
– Widzieliście to? – krzyknęła, potrząsając płachtą popołudniówki. Pokazała klasie stronę tytułową: wielka tarcza Księżyca, a na niej wypisane grażdanką czerwone słowa. Wszyscy rzucili się oglądać.
Tylko Sasza został na miejscu. On przecież wiedział o tym miesiąc wcześniej. Myślał o tym, co papież, prezydent USA i wszyscy inni adresaci listów profesora sądzą o tym wszystkim. I kiedy odpowiedzą profesorowi na listy?

***

Od tamtego dnia na całym świecie trwała zażarta debata, która miała na celu ustalić, skąd wzięły się księżycowe słowa. Wzrosło– jak zwykle zresztą przy okazji niezwykłych zjawisk– zainteresowanie astrologią, numerologią, wróżbiarstwem, apokalipsą, Nostradamusem, Sybillą i tymi podobnymi. Podnieśli głowy ci, którzy wierzyli w kosmitów. Księża, popowie, mułłowie, rabini– widzieli w tym znak od Boga, który przygląda się temu światu i poprzez cud pragnie nawrócenia ludzi.

***

W ciągu kolejnego tygodnia nadeszły odpowiedzi na wszystkie listy profesora. Nie omieszkał on poinformować o tym Saszy, który ucieszył się, że wszyscy– jak wynikało z treści– ostatecznie uwierzyli profesorowi, ale i zasmucił– bo oznaczało to konieczność wyjazdu i wygłaszania rozmaitych przemówień . Tymczasem jego garnitur miał już 4 lata i za krótkie rękawy. Trzeba będzie też powiedzieć matce o wszystkim. Czy zrozumie? Czy uwierzy?

***

Czy zrozumie? Czy uwierzy?
Profesor pozbył się tych wątpliwości w czasie długiej, czterogodzinnej rozmowy z żoną. Opowiedział jej to, co widział w zaświatach. Przekazał treść rozmów z Saszą. Pokazał listy zwykłe i elektroniczne. Przez trzy godziny mówił tylko on. Pół godziny trwało milczenie jego żony. Drugie pół godziny Patrice poświęciła na:
a) głośny wrzask (Bandee nie zrozumiał i do dziś nie rozumie, czemu wrzasnęła)
b) przeraźliwy płacz (jak wyżej)
c) ciągłe powtarzanie, że nigdzie go nie puści (jak wyżej...)
Ostatecznie jednak przyjęła wszystko do wiadomości i obiecała zachować tajemnicę. Gdy wyszła, Albert starł pot z czoła i rzucił się na kanapę.

***

Alona Iwanowa najpierw zemdlała. Potem, gdy Sasza ocucił ją szklanką wody, długo powtarzała: "Wybij to sobie z głowy, malczik". Zdesperowany chłopak zadzwonił do profesora. Ten obiecał przyjechać jak najszybciej. Wspomniał też, że z żoną miał ten sam problem.

***

Profesor przyjechał po czterech dniach. Razem z Saszą zdołał przekonać jego matkę, że po pierwsze nic się Saszy nie stanie, bo będzie pod stałą opieką. Po drugie, że za nic nie trzeba będzie płacić, bo koszta pokryją zapraszający. Po trzecie, że jest profesorem, a nie hochsztaplerem (musiał pokazać dowód osobisty).
Po czułym pożegnaniu i spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy chłopak wsiadł z profesorem do moskwicza i odjechali do tego samego hotelu, co ostatnio, nakazując matce Saszy zachować tajemnicę. I napisać synowi zwolnienie ze szkoły.

***

Profesor jeszcze raz przeczytał Saszy wszystkie listy i wypisał z nich terminy zaproszeń.
Przemówienie w sali posiedzeń Zgromadzenia Ogólnego ONZ– 6 grudnia.
Spotkanie z Dalajlamą w Dharamsali– 9 grudnia.
Koncert "PRO AFRICO BONO" w Kairze– 13 grudnia.
Przemówienie w Parlamencie Europejskim w Strasburgu– 20 grudnia.
Konferencja prasowa w Białym Domu– 23 grudnia.
Spotkanie z papieżem i przemówienie do zgromadzonych na placu Bazyliki św. Piotra w Rzymie– 27 grudnia.
Spotkanie z patriarchą Wszechrusi i prezydentem Rosji– 29 grudnia.
"To oznacza, że w Sylwestra cały świat będzie świętować nie tylko koniec starego i nowego roku, ale także początek starej i nowej epoki" – pomyślał profesor, odkładając listy na półkę. – "Pierwsze spotkanie już za kilka dni, a ja... my" – poprawił się spoglądając na zamyślonego Saszę – "wciąż nic nie wiemy o zmianie".
Sasza wstał z krzesła i podszedł do telefonu. Nie wykręcił żadnego numeru, tylko czekał. Profesor chwilę patrzył na niego ze zdziwieniem, ale potem zrozumiał. Również wstał, trzymając w ręku listę terminów.
Zaczęło się. Sasza zamienił się w wirujące kulki i zniknął. Profesor przechwycił słuchawkę i nasłuchiwał. Jeden, drugi, trzeci sygn
...
...
...

***

– O zmianie – powiedział Nejjasz, gdy przełknął pierwszy łyk herbaty – możemy wam powiedzieć tyle: obejmować ma ona cały System, a więc jest to przedsięwzięcie o niewyobrażalnej nawet dla nas skali. Nie możemy sobie pozwolić na żaden błąd, a już szczególnie przy poziomie podstawowym, czyli tym, na którym wy się znajdujecie. Mimo tego mogą mieć miejsce dziwne zjawiska, które– choć z zewnątrz pozornie niegroźne– dla mieszkańców wszechświatów zdawać się będą zwiastunami końca wszystkiego. Dlatego tak ważne było, by ostrzec wszystkich mieszkańców Ziemi– a zarazem i wszechświata, bo w waszym wszechświecie nie ma życia pozaziemskiego.
Wasz przypadek jest nieco inny niż każdego innego wszechświata. Chodzi o to, że jeżeli zmiana nie spowoduje zniszczeń w waszym świecie, przedstawiciele innych światów wyrażą na nią zgodę. Jeśli u was się uda– zmiana ruszy z miejsca.
– Co spowoduje zmiana? Co się zmieni? Ludzie będą nas pytali przede wszystkim, a może wyłącznie, o to – zauważył profesor.
– Zmiana spowoduje pewien długofalowy proces. Jego zwieńczeniem będzie ulepszenie struktury Systemu; łatwiej będzie nim administrować; szybciej będzie można dokonać interwencji w razie kłopotów.
– Co pan ma na myśli? – spytał Sasza.
– Cóż... o ile dobrze pamiętam, jakiś czas temu jedno z Mórz Wyobraźni przelało się przez wyznaczone mu granice; wszechświaty zostały zalane.
– Co się stało z zalanymi wszechświatami?
– Woda zdelogicyzowała je.
– Zdeloco?
– Pozbawiła je wewnętrznej logiki. Niewielkie ilości wody powodują powstawanie takich zjawisk jak duchy, demony, UFO, tak zwane "cuda" i tym podobne. Większe– prowadzą do nagięcia i łamania praw fizyki. Takie ilości, które otrzymały tamte wszechświaty, doprowadziły do ich całkowitego obumarcia. W ich wnętrzy kryje się pusta przestrzeń, gdzie można poruszać się z prędkością większą od światła, i gdzie nie płynie czas. To trudne do wyobrażenia, wiem.
Sądzę, że gdyby zmiana dokonała się wcześniej, udałoby się uniknąć tej tragedii. Zginęło wtedy wiele wybitnych istot.
Widzicie więc, jak ważna jest zmiana. Powiedzcie to samo tym osobom. – Wskazał na listę opartą o dzbanek.
Przez chwilę jeszcze rozmawiali z Nejjaszem i opiekunem skupiska, ustalając szczegóły przemówień profesora i Saszy. Po czym dopili herbatę i pożegnali się.

***

...
...
...
ngys icezrt ,igurd ,nedeJ .ławihcułsan i ękwahcułs łicywhcezrp roseforP .łąnkinz i ikluk ecąjuriw w ęis łineimaz azsaS
Wszystko wróciło do normy. Profesor wziął pióro do ręki i zaczął pisać szkic pierwszego przemówienia. Sasza zagłębił się w lekturze jednej z książek profesora.
A przynajmniej tak się wydawało. W rzeczywistości przerzucał tylko kartki, by jakoś się uspokoić. Myślał o tym, jak zmieni się jego życie. Dotychczas był tylko jednym z uczniów Gimnazjum nr 1 im. Nikołaja Gogola w Krasnoarmiejsku (30 km na zachód od Lenińska Kuźnieckiego), miłośnikiem literatury i zwycięzcą konkursu w tejże dziedzinie.
Ale już wkrótce stanie się jednym z najlepiej rozpoznawanych ludzi świata. "Jak ja sobie z tym poradzę?" – myślał. Spojrzał na profesora. "Jemu też pewnie nie jest łatwo. Ale on przecież wygłasza wykłady, podobno pisze książki... Będzie mu łatwiej to przeżyć...
Nie. Nawet gdyby był najpotężniejszym z ludzi, nie byłoby mu łatwiej. Zadanie, które przed nami stoi, jest największe ze wszystkich postawionych kiedykolwiek przed ludźmi. Tak wiele od nas zależy. Zmiana wpłynie na cały System, ale przede wszystkim na nas.
Wpłynie? Już ma na nas wpływ. Gdyby nie ona, siedziałbym w swoim Krasnoarmiejsku, a profesor– w Cincinnati. Nie spoglądalibyśmy tak często na tarczę Księżyca, gdybyśmy nie wiedzieli, że zwiastuje zmianę.
Zwiastuje zmianę? Ona już tu jest".

Adam Klimowski
9.11.2005, 20:08

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Heidi

Wen był w książkach o Świecie Dysku (Wen Wiecznie Zaskoczony), założył stowarzyszenie Mnichów Czasu, był wielkim filozofem Dysku. Głosił, że jest tylko "teraz", że nie ma nic poza tym; przeszłość to wspomnienie, ale które pokazuje coś co się stało, ale tak naprawdę nic nie miało miejsca, bo milionową sekundy później było coś innego. Tak, pogmatwane, wiem ;D Tak na marginesie, dowiedział sie tego od Czasu, jego kochanki, z którą miał dwóch (albo jednego! sprawo poniekąd nigdy niewyjaśniona) synów. Źródło: "Złodziej czasu" Terry'ego Prattchetta. Panie Adamie, tylko tak dalej i będziemy mieć własnego, polskiego Pratchetta!

31.12.2007, 23:32
3mcpedv2uj

1f0uewcu5guyx wsl0ysoe sfc6y11buwip6a

5.05.2007, 21:55
Gwen

Orginalne... bardzo nowatorskie, widze (chyba tylko ja, ale...) tak, więc DOŚĆ TYCH WYRAFINOWANYCH FORMUŁEK, PO PROSTU: czuje tchnienie Bułhakowa ("Mistrz i Małgorzata").

12.12.2006, 17:07
Dae

O, widzę tu zwolenników Wena tudzież mirrielowców... Pozdrówki dla wymienionych:) Opowiadanko... Hm. Nieźle się zaczyna, jak na razie.

17.11.2005, 18:31
Vanessa Samento

Ja też wiedziałam o co chodzi. "Wen" jest często używany na Mirriel:D. Sama już nigdy nie życzę "weny" tylko zawsze "Wena". Bo fajniej brzmi:D.

14.11.2005, 08:56
Zireael

Ja wiedziałam, o co Ci chodzi! :D (Latinae mnie uświadomiła tydzień wcześniej) :)

13.11.2005, 10:14
Tikula

"Wen" - jest swego rodzaju neologizmem, utworzonym od słowa "wena". Nieświadomie napisałam to słowo tutaj, zapominając, że używane jest gdzie indziej i, prawdopodobnie, nikt nie będzie wiedział, o co mi chodzi. Rozwiewam więc wasze wątpliwości - TAK, CHODZI O WENĘ :).

12.11.2005, 16:43
wredna strzyga

( a propos "wen" tudzież "ven")... czy tu nie chodzi po prostu o "wenę" (vena, jeżeli już upieramy sie przy łacinskich formach)? O ile sobie przypominam, jest to ponadto wyraz rodzaju żeńskiego. Chyba że p. Tikula chciała użyć słowa "fen", skądinąd oznaczającego rodzaj wiatru, w Polsce zwanego "halnym". Zatem niech wiatr przygna do ciebie Muzy, Cathe ^^

11.11.2005, 17:17
wredna strzyga

No, to już jest coś. Gdyby potraktować to jako szkic, mogłaby wyjść z tego obiecująca powieść. ...a co ja tam wiem...

11.11.2005, 17:06
s.

P.S. myśle że "wen" zawiał jest od Ventus ( łac=wiatr) wiec psize się przez "v" :P

11.11.2005, 03:22