Opowiadania na Halloween
Straaaasznnne opowiadania...
Aibhill Dreamstoher: Chciałabym podziękować za te opowiadania dziewczynom i życzyć Wam miłej lektury...19:52 - i jeszcze opowiadanie SweetSonji...
Znudzeni uczniowie opierali się na łokciach, lub spoczywali na ławkach. Był już 30 październik, mimo to pogoda była ładna, a słońce, ledwo już świecące, zachęcało do wyjścia na zewnątrz. Wtedy zadzwonił dzwonek. Drzwi otworzyły się błyskawicznie. Niezbyt wilka klasa wbiegła przez drzwi. Zostały tam tylko dwie dziewczyny. Jedna z nich, była spakowana, czekała na koleżankę, która wciskała do torby zeszyt od matematyki. Bez słowa wyszła z klasy.
-Zupełnie nie rozumiem starych, zarozumiałych matematyczek!- krzyknęła jedna, wysoka, niezmiernie szczupła. Długie, lśniące, czarne włosy, spływały po jej plecach. Patrzyła na milczącą koleżankę swoimi niebieskimi oczami. Kiedy, ta zauważyła wzrok przyjaciółki odezwała się:
-No co?
-Nic, po prostu mam wrażenie, że mnie nie słuchasz. – Jej koleżanka tylko się uśmiechnęła.
Miała ciemną cerę i krótkie ciemne włosy. Kolor oczu, był trudny do ustalenia. Coś pomiędzy czernią a brązem. miała długie rzęsy. Była nieco gruba i niska.
-Poczekaj.-Jedna z nich popatrzyła na zegarek.-my skończyłyśmy lekcje?
-Zgadza się Izda.- Uśmiechnęła się ciemnoskóra dziewczyna.
-Ile razy mam Ci powtarzać, że mam na imię Izydora?- spytała poirytowana
-Tyle ile ja Ci, że mam na imię Marcelina, nie Marcelino chleb i wino!- powiedziała tamta śmiejąc się mściwie. Tamta popatrzyła na nią i ruszyły w kierunku szatni. Nie była to bynajmniej łatwa droga, gdyż mnóstwo maluchów z pierwszej klasy biło się i podstawiało nogi. Same dziewczyny mimo iż były dopiero w szóstej klasie uważały takie zachowanie za dziecinne. Kiedy znalazły się w szatni nałożyły szybko krótki i ruszyły do domów.
-Ej, zaoszczędziłam trochę kasy i....-zaczęła Marcelina.
-Postanowiłaś oszczędzać ją dalej, aby móc pojechać na wakacje na kolonie. – dokończyła za nią Izydora.
-Daj spokój! Ty też mi fundujesz różne rzeczy.- powiedziała Marcelina.
-Ok., poddaje się. To gdzie idziemy?- Izydora podkuszona przez koleżankę zrezygnowała niezmiernie szybko.
-Wiesz, to co każdy człowiek lubi najbardziej. – powiedziała zagadkowo Marcelina.
-Do księgarni?- spytała Izydora.
-DO bardziej magicznego miejsca...-powiedziała Marcelina- do Antykwariatu.
-Gdzie?- spytała Izydora, jakby jej przyjaciółka posługiwała się jakimś dziwnym językiem. Zastanawiała, co miały tam robić. – Ok., po co nam stare, śmierdzące książki?
-Ok., ze wzgląd na naszą przyjaźń powiem Ci prawdę. Chodzi o to, że nie mam więcej kasy.- Marcelina uśmiechnęła się głupio.
-No to moż....- zaczęła Izydora.
-Daj spokój! Powiedziałam, że kupimy książki, to je kupimy!- przerwała jej Marcela.
-Nie mówiłaś tego.-zauważyła słusznie długowłosa koleżanka.
-Mniejsza o większość!- stwierdziła, poczym bez słowa ruszyła w stronę antykwariatu. Niestety Izydora, nie miała ochoty wybierać się z nią na zakupy, zwłaszcza, że jej budżet wynosił –12zł. Pożyczyła je na błyszczyk od mamy. Oczywiście Marcelina miała swoje sposoby. Niestety, tym razem musiała posunąć się do tak drastycznych środków jak ciągniecie koleżanki za rękaw od kurtki.
Miasto, w którym mieszkały, nie było zbyt wielkie. Dlatego też, po około 5minutkach znalazły się przed niskim budynkiem. Jego wygląd nie był zachęcający. Omszony dach, był na pewno starszy niż one obie, a całość jedynym słowem można określić jako rudera. Izydora, była stanowczo przeciw odwiedzeniu tego miejsca. Bała się panicznie starych domów, bo miała uczucie, że zaraz się zawalą. Przełknęła ślinę i oddaliła się parę kroków od budynku.
-Daj spokój Izda!- powiedziała Marcelina.
-Po pierwsze: jestem Izydora. Po drugie: boję się starych ruderek.-powiedziała urażona.
-Nie, to nie! Sama pójdę i wybiorę CI książkę.- usłyszała Izydora.
-Nie ma sprawy, ale wiedz, że się stąd nie ruszę!- wypowiedziała, ale jej koleżanka była już w środku starego budynku. Kiedy tylko otworzyła stare drzwi, zadzwonił dzwoneczek. Mnóstwo starych książek spoczywało na starych jak one regałach. Kiedy tylko Marcelina dostrzegła ciekawy tytuł wyjęła pozycję z półki. Brzmiał on „Pamiętnik ducha”. Początkowo wahała się, czy kupić ją dla siebie, czy koleżanki. Ostatecznie zdecydowała, ze Izydorze książka ta spodoba się na pewno bardziej. Potem chwyciła dla siebie książkę i zaczęła szukać książki dla siebie. Postanowiła wziąć pierwszą z brzegu z powodu uczulenia na kurz, który zostało wywołane zakurzonymi książkami. Podeszła do biurka.
-Yh?- Spytała młoda ekspedientka wskazując głową w stronę książek. Była to młoda dziewczyna. Miała czarne włosy, związane w wysoki kucyk. Na oczach miała okulary i piłowała sobie paznokcie pilniczkiem. Popatrzyła na książki. Podała cenę jaka im odpowiada i po zapłaceniu , wyłożyła resztę. Dziewczyna ruszyła W stronę wyjścia. Tam czekała na nią Izydora.
-Co?- Spytała, gdy zobaczyła uszczęśliwioną koleżankę. Ta uśmiechnęła się tajemniczo i wręczyła jej książkę.
-Myślałam, że Ci się spodoba.
-„Pamiętnik ducha”. Jak ja kocham duchy.-Powiedział Izydora.
-Coś bez przekonania.- droczyła się z nią Marcelina.
-Daj spokój!- krzyknęła, po czym spojrzała na zegarek.-o matko! Matka mnie zabije! Jadę o 15:00 do ortodonty, a jest już 14:50!
-No to cześć.-Pożegnała koleżankę Marcelina. Izydora ruszyła z kopyta w stronę swojego domu, zaś Marcelina powoli zmierzała do bloków.
Izydora wróciła od ortodonty. Sama myśl, że ma nosić aparat na zębach, przerażała ją. Zrezygnowana ruszyła do swojego pokoju. Był to mały pokój na piętrze, z niewielkim balkonem. Stało w nim łóżko, obok półki z książkami, szafa i biurko. Panował tu niezwykły porządek, a wszystko było poukładane, niemal że alfabetycznie. Rzuciła się na łóżko. Wydala z siebie dziwne jęknięcie i usiadła na łóżko. Zobaczyła książkę, kupioną dal niej przez koleżankę. „Taa, niezły tytuł! Tak, tak pamiętnik ducha... Tak, tak krowa to piękny ptak! ” pomyślała. Otworzyła książkę.
-Pamiętnik ducha.-Odczytała tytuł.-Nie ma autora? -zdziwiła się, a lęk zaczął w niej kiełkować. Przekartkowała książkę. Zdziwiła się, że kartki były puściutkie. „Głupi żart. Podejrzane to... jakiś idiotyzm”. Biła się z myślami. Zastawiała się czy to co czyta, to tylko głupi dowcip, a może jakaś...magia? „nie! Magia nie istnieje! Wybij to sobie z głowy raz na zawsze! Przecież wiesz, że duchy to kacperki i inne takie maluszki ”. Mimo to niezmierna ciekawość była silniejsza od jakiegokolwiek innego uczucia. Otworzyła ponownie książkę i przeczytała stronę tytułową. Otworzyła kolejną stronę. Lekko żółta kartka była pusta. Jeszcze raz dokładnie się jej przyjrzała. Zobaczyła, jak pojawiają się na niej wykaligrafowane, równe litery, pisane czarnym atramentem. Ich treść była zrozumiała: „odłóż tą książkę!”. Przeczytała kilka razy te zdanie. Zamarła w bezruchu patrząc w książkę. Ten sam atrament pojawił się na stronie. Tym razem głosił on: „Odłóż tą książkę, chyba, ze chcesz mieć kłopoty!”. Dziewczyna gapiła się na książkę. Zatrzasnęła ją, a kurz obficie wyleciał spomiędzy kartek. Odstawiła książkę na miejsce. Bała się poruszać, gdyż miała wrażenie, ze ktoś a nią stoi. Była już późna godzina. Przebrała się w piżamę, oraz wykonała wszystkie podobne czynności. Położyła się spać.
Kiedy rano wstała poczuła, że trzęsie się ze strachu. Śnił jej się koszmar. Weszła do domu i zobaczyła porozrzucane ciała, krew, a kostucha popatrzyła na nią, złapała się za kaptur i miała go odchylić, kiedy właśnie się budziła. To było okropne, realistyczne. Zeszła na dół. Otworzyła szafkę z naczyniami. Zaczęły trząść się, wypadać i rozbijać. Jeden z odłamków skaleczył jej nogę. Uchyliła nogawkę i płacząc wzywała domowników. Mama przerażona sytuacją wpadła do kuchni i brakowało jej słów. Opatrzyła nogę dziewczyny i zawiozła na pogotowie. Tam zszyli jej ranę. Kiedy wróciły, Izydora, pobiegła do swojego pokoju. Chwyciła komórkę i zadzwoniła do Marceliny.
-H, halo?- powiedziała niepewnie, cicho, jąkając się.
-Kto to?- odezwał się głos przyjaciółki.
-Marcelina, to ja, Izydora.-odpowiedziała.
-Izydora? Co się stało?- pytała Marcelina.
-Przyjdź do mnie, wszystko Ci powiem.- mówiła cicho Izydora.
-Zaraz wpadnę- powiedziała nieco zaniepokojona kumpelka.
Izydora zwinęła się okryta kocem. Nagle, długopisy z pojemnika zaczęły wylatywać. Ustawiły się w pozycji poziomej i poleciały w kierunku Izydory Dziewczyna schowała się pod kołdrą, chwilę potem w drzwiach pokoju pojawiła się Marcelina. Kiedy zobaczyła długopisy, krzyknęła. W pokoju zjawiła się mama Izydory. Zastała w pokoju dwie przerażone dziewczyny, siedzące na łóżku, ogromnie zapłakane.
-Co jest Izydora? Marcelina?- Spytała.
-Te długopisy, one....one latały.- powiedziała niepewnie Izydora. Była mimo wszystko mniej przestraszona niż Marcelina.
-Nie opowiadaj głupot!- karciła ją mama.
-Ale naprawdę, te wszystkie kubki rano, też same.- wyjaśniała Izydora.
-Nie wiem córeczko jak ty to robisz, ale to co opowiadasz ma ręce i nogi, ale jak to? tak samo?- zastanawiała się matka. Wyszła w pokoju i kazała dziewczynkom uspokoić się.
Izydora i Marcelina, uspokoiły się, do tego stopnia, ze mogły rozmawiać. Rozmowa ich, nie kleiła się za bardzo. Jedna jej część, miała jednak sens.
-A co z halloween?- pytała Izydora.
-Ustalałyśmy, ze będzie u Ciebie.- powiedziała zgodnie z prawdą Marcelina.
-Tak. Nie wiem tylko, czy to dobry pomysł.- zastanowiła się Izydora, choć stan w jakim obecnie się znajdowała, nie był zbyt odpowiedni do myślenia.
-Od kiedy zaczęło się to dziać?- Spytała znienacka Marcelina.
-Ta książka.- wskazała na opasły tom na półce.-Ja nie chce jej dotykać! Nie chce je wiedzieć! – krzyczała.
-Uspokój się. Ja myślę, że trzeba to obejrzeć.- powiedziała Marcelina. Zdawało się, ze sama nie wie co robi. Podeszła do regału i wyjęła starą książkę. Usiadła obok Izydory. Jedną jej część położyła na swoje kolano, druga na Izydory, aby obie mogły ją czytać.
-Zabierz ją-powiedziała spokojnie Izydora.
-Ona kryje coś, co musimy zbadać.... - Izydora przyglądała się książce jak Golum pierścieniowi.
-Powiedziałam zabierz!- krzyknęła na przyjaciółkę. Ta popatrzyła na nią z odrazą. Odsunęła się od niej kawałek i z tą samą zachłannością przyglądała się książce. Otworzyła ją, a niewidzialne białe ręce wyrosły z książki. Złapały Marcelinę za szyję i ciągnęły do siebie. Izydora przybyła jej z odsieczą. Zaczęła od zdejmowania rąk z szyi koleżanki. Miała z tym niezmierne trudności. Ręce były doskonale zaciśnięte, a Marcelina szarpała się i miotała na wszystkie strony. Kiedy jej się to udało, zatrzasnęła księgę. Chwyciła ją i rzuciła w kąt.
-Nie wiem co mnie opętało!- Krzyknęła Marcelina.
-CO gorsza ja też nie wiem!- odpowiedziała jej Izydora. Przytuliła przyjaciółkę.- zostaniesz tu na noc. Prawda? I jutro też.- zaproponowała. chwyciła telefon i przyłożyła słuchawkę do ucha Marceliny.
-Halo-odezwał się wysoki, damski głos.
-To ja mamo.-oznajmiła Marcelina-czy mogłabym zostać u Izydory do poniedziałku?
-Właściwie, czemu nie? Przecież masz odrobione lekcje, a i do szkoły macie dopiero we wtorek.-powiedziała mama dziewczyny.-Mama Izydory się zgadza?
-Tak-oznajmiła po znakach nadawanych prze wspomnianą wyżej Izydorę.
-Zaraz przywiozę Ci rzeczy. Chcesz coś więcej prócz ubrań i szczoteczki?
-Raczej nie.-powiedziała Marcelina
-To za pół godziny będę.
-Pa.
-Pa.
Marcelina uśmiechnęła się i odłożyła słuchawkę. Izydora odwdzięczyła się równie pięknym uśmiechem. Nie było jeszcze późno, a na dodatek była sobota. Mimo to dziewczyny nie mogły doczekać się kiedy zasną.
Po obiecywanym „półgodziny” zjawiła się matka Marceliny. Zostawiła córce rzeczy i ruszyła do matki Izydory. Były bardzo dobrymi przyjaciółkami.
-połóż swoje rzeczy. Wiesz gdzie?- pytała Izydora.
-Tam gdzie zawsze.- uśmiechnęła się i odłożyła bagaż.-Idziemy spać-spytała.
-jak dal mnie, to możemy.- odpowiedziała dziewczyna i bez słowa ruszyła, aby się przebrać. Po jakimś upływie czasu, to samo zrobiła jej koleżanka.
W nocy z soboty na niedzielę, dla Izydory śnił się ten sam koszmar. Tym razem, przyśnił się on także Marcelinie. Dzień o dziwo nie miną tak jak ten poprzedni. Była to zwykła, całkowicie normalna niedziela, do czasu. Wieczorem dziewczyny mimo wszystko chciały świętować noc duchów. Nie przebierał się, gdyż było to przejawem dziecinności. Dziewczyny wolały powróżyć i słuchać, oraz opowiadać historie o duchach. Zaczęły więc od historii o duchach. Opowiadała ją Marcelina. Była przerażająca....nudna. Izydora, postanowiła, że przestraszy koleżanki. Zjawiła się u nich jeszcze niska kuzynka Marceliny. Miała na imię Dominika. Ruszyła więc do regału z książkami i wyjęła jedną książkę. Marcelina od razu rozpoznała w niej tą przerażającą książkę. Głośno przełknęła ślinę. Chętnie by zaprotestowała, lecz nie była w stanie tego robić. Izydora zbliżyła się do nich. Położyła księgę na stole. Otworzyła ją. Znowu pojawiły się tam przezroczyste ręce. Teraz nie wciągały ich do środka. Po dłoniach pokazały się nadgarstki, potem dalsza część ręki do łokcia. W końcu wyłoniła się postać. To był duch. Przeraźliwy. Zaczął je gonić. Złapał Izydorę za szyję. Dziewczyna straciła przytomność.
-Witamy z powrotem.- uśmiechnęła się Marcelina.
-Gdzie ja jestem?- spytała
-W szpitalu.-odpowiedział jej matka.
-Co się stało?- spytała.
-Duchy.- odpowiedziała krótko mama.
-Nie rozumiem.-powiedziała Izydora.
-PO prostu niepotrzebnie z nimi zadarłaś. Nawet przez chwile Cię tu nie było. Nastraszyłaś nas!- powiedziała Marcelina.
-Czy to kostucha?- krzyknęła przerażona Izydora wskazując palcem postać w długiej, czarnej sukni. Wszystko naokoło niej, było jeszcze rozmazane.
-To ksiądz egzorcysta.- wyjaśniła jej mama.
-A kto to?- spytała Izydora.
-Sprawdź w encyklopedii powszechnej pod „e”.- odpowiedział jej ktoś. Nie mogła jednak zidentyfikować kto.
Kelebi Ithildin
Świeczka robiła się coraz krótsza, płomień na niej tańczył, cień na ścianie to malał, to powiększał się. Pomyślałam, że większość moich szkolnych koleżanek nie miałaby ochoty na siedzenie w ciemnym, zupełnie pustym domu, który w dodatku stał samotnie w polu. Gałęzie rozłożystych drzew ocierały się o szyby, tworząc dziwne dźwięki... Ja nie bałam się ciemności, Tim nauczył mnie, że ciemność tylko stwarza pozory czegoś groźnego. Zawsze mówił, że w ciemności czuje się najlepiej. Potem śmialiśmy się, że jego czarna skóra w zestawianiu z nocą daje całkiem niezły kamuflaż. Umysł za to miał tak jasny, że "rozjaśniał blaskiem swoją czarną gębę". Ludzie z miasteczka bardzo go lubili. Gdziekolwiek się pojawialiśmy, wszystkie twarze, uśmiechnięte zwracały się ku nam, bynajmniej nie dzięki mnie. Wiem, że w porównaniu z Timem sprawiałam wrażenie zamkniętej, nudnej panienki z bogatego domu. Może zresztą byłam taka - dopóki nie nauczyłam się patrzeć na świat jego oczami. On dostrzegał każdy kawałek nieba, biedronkę, rybki płynące strumykiem i inne "cholerstwo", jak na początku mówiłam o przedmiotach jego zachwytu. Nie wiem, kiedy nastąpiła zmiana. Wiem jedynie, że Tim to osoba, bez której nie byłoby dzisiejszej Megan. Nie rozumiem, w jaki sposób ukształtował mój światopogląd, poczucie humoru, wrażliwość, wszystko... Zrobił to tak dyskretnie, że niczego nie zauważyłam. Razem słuchaliśmy jazzu, razem łowiliśmy ryby, razem... razem poszliśmy do szkoły.
Mój przyjaciel miał parę cech, które dyskwalifikowały go w naszej szkole, szkole pełnej złośliwych dziewcząt i wyrośniętych chłopaków z rodzin farmerskich, którzy wolny czas spędzali na polu, ciężko pracując. Ujmując krótko, mięśnie rozbudowane mieli dwa razy bardziej, niż umysł. Moi koledzy, popychający się na przerwach i plujący na ziemię, w mniemaniu, że jest to coś bardzo luzackiego, nie mogli znieść myśli, że oto przyszedł nowy, czarnuch, w dodatku czarnuch zdolny, czarnuch o ciętym języku i czarnuch (tak, to słowo powtarzało się często), który nie obawiał się mówić, co myśli.
A o nich myślał również.
- Koleś, ja czarnuchem jestem od urodzenia, a ty niedługo zostaniesz przez unikanie wody... - odparował na zaczepki dwumetrowego (i rzeczywiście, niezbyt czystego) osiłka imieniem Malcolm.
Tim wykazywał zadziwiającą odporność psychiczną, ja na jego miejscu załamałabym się natychmiast. Ale nie znosił zachowania tej hołoty z pokorą. Dzisiaj wiem, że to był jego błąd. I jednocześnie postawa życiowa, którą prezentował zawsze, w każdej sytuacji. Gdyby mógł to wszystko powtórzyć, myślę... Gdy o tym myślę, płaczę. To boli najbardziej... Myślę...wiem...ze zachowałby się tak samo. Nigdy nie słuchał , kiedy ostrzegałam go przed chłopakami z klasy. Historia o tym, jak zamordowali kocięta, jak cięli je nożem... utkwiła mi dobrze w pamięci. Miałam wtedy dziesięć lat, małe kotki były dla mnie kwintesencją wszystkiego co malutkie, śliczne i bezbronne... Od tamtej pory bałam się tej bandy, bałam się nienawidziłam ich. Opowiedziałam o tym Timowi.
- Właśnie za to nie możemy im się poddać. - powiedział z powagą. - Popatrz, Meg, kocięta zabili bez skrupułów, z ludźmi
mogą zrobić to samo. Dla nich nie liczy się nikt. Musimy z tym walczyć!
Tak, on zawsze walczył. O sprawiedliwość, o równość, o wszystkie te idee, w które wierzę teraz ze względu na niego. Przecież odszedł w imię wszystkich tych wielkich słów, które chciał uczynić żywymi.
Jesienią wybraliśmy się na codzienny spacer ulicami miasteczka. Było późne popołudnie, ludzie wracali do domów po ciężkim dniu pracy. Słońce, jak zauważył Tim, miało kolor pomarańczy. Ale w pewnym momencie - momencie, którego nie zapomnę już nigdy - to słońce zasłonił nam Malcolm. Za nim stali jego kumple. Moim odruchem warunkowym była ucieczka, ale Tim stał nieruchomo, wyprostowany, ze wzrokiem utkwionym w chłopaków. Wtedy jeden z nich zaczął tę rozmowę, w najgłupszy z możliwych
sposobów.
- Cześć, czarnuchu. - mruknął, a inni zaczęli się śmiać. Podchodzili coraz bliżej, nie śpiesząc się, niby gangsterzy z kiepskich filmów, których tyle obejrzeli... Malcolm trzymał w ręku nóż. Pozostali kije.
- Meg. - powiedział cicho i stanowczo Tim. - Idź do domu. Teraz.
- Tim...
- Idziesz.
- Idziemy razem! - Krzyknęłam, przerażona, bo powoli zaczynałam rozumieć, co on chciał zrobić.
- Posłuchaj - syknął, zniecierpliwiony - spadaj stąd, stara, bo niedługo będzie za późno. Co robi motyl, jeśli widzi sieć?
Omija ją, nie? Cholera, Megan, później będziesz szamotać się, tak jak ten motyl, uciekaj! Proszę, uciekaj!
Zrobiłam wtedy tak, jak prosił. jego prośba...ja nigdy mu niczego nie odmówiłam.
Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam tak szybko, jak tylko potrafiłam. Nie myślałam o niczym innym, tylko, żeby jak
najszybciej dobiedz do drzwi pana Taylora.
Kiedy dotarłam, poczułam, że serce wali mi jakby zamierzało przebić się na zewnątrz. Zacisnęłam pięści, i biłam nimi w drzwi, jakbym oszalała. Taylor otworzył po dłuższej chwili, w rękach miał strzelbę. Bardzo zdziwił się, ujrzawszy córkę swego przyjaciela. Zapewne myślał, że jestem złodziejem. Wtedy jednak było mi obojętne, co on myślał. Ledwie łapiąc
oddech, wychrypiałam:
- Proszę pana... khe.... potrzebuje pomocy... Tim. Szybko! - krzyknęłam szeptem. Taylor chyba nie rozumiał, więc złapałam go
za rękę, i pociągnęłam. Po chwili zorientował się, o co mi chodzi, pobiegł w dół ulicy. Nie dałam rady dalej podążać za nim. Po dziesięciu minutach szybkiego kroku dotarłam do tego miejsca. Słońce już zaszło, jednak wciąż mogłam dostrzec ludzi.
Było ich coraz więcej. Wciąż nadchodzili nowi. W środku kłębiły się jakieś postacie, ktoś krzyczał. Jednak, kiedy podeszłam już bardzo blisko, nagle zapadła cisza. Po chwili jakaś kobieta zaniosła się zdławionym szlochem. Przepychałam się między ludźmi. Bardzo chciałam zobaczyć, jak Tim wstaje, otrzepuje się z kurzu, i mówi: "Patrz, Megan, nie było tak źle" lub coś innego, cokolwiek. Dotarłam do środka...
Mój przyjaciel leżał twarzą do ziemi. mój przyjaciel, w pokrwawionym ubraniu, nieruchomo, mój pełen życia przyjaciel, nieruchomo...
Cisza. Rozpaczliwa, niema cisza.
Wtedy zrozumiałam... że Tim jest już gdzieś indziej.
Wiele rozmawialiśmy o tym miejscu. Nigdy nie byłam przekonana o tym, że istnieje. Ale Tim mówił o nim z takim błyskiem w oczach, z taką mocą, z przekonaniem, i jeszcze o Bogu. Kiedy chodziliśmy na msze, swoim czystym, czarnym głosem wtórował pastorowi, on w Niego wierzył. Naprawdę wierzył.
Niewiele pamiętam z tego, co działo się potem. Ktoś podniósł mnie z ziemi, Tima położono na nosze. Nikt nie mówił nic.
Nie wiem, jak znaleźliśmy się w kostnicy. Pamiętam, że była tam jego matka. Płakała.
Nigdy wcześniej, nigdy potem nie widziałam człowieka bardziej pogrążonego w bólu. Ale nie potrafiłam pocieszyć jej ani jednym słowem, gestem...modliłam się. To była chyba najkrótsza prośba, jaką sformułowałam.
"Spraw, aby istniał Raj. Weź go do siebie. Spraw, żeby miał dokąd iść. Bądź..."
Pogrzeb? Kiedyś rozmawialiśmy z Timem o tym, że nie powinno się płakać na pogrzebach. Tim uważał, że powinno śpiewać się
radosne pieśni, aby uczcić fakt wstąpienia do Raju. Wtedy mogłam się z nim zgodzić, chociaż nie wierzyłam w Raj...a teraz...
Najtrudniejsza pieśń, jaką wykonałam. Nie wygłosiłam żadnej mowy, nie dodałam nic od siebie. Zaśpiewałam ten psalm o wiecznej radości ze Zmartwychwstania. To był ulubiony psalm mojego przyjaciela.
Opuściliśmy miasteczko. Rodzice uważali, że powinnam odpocząć od wspomnień. Było mi to obojętne. Początkowo mieli nadzieję, że zapomnę. Czekali. Byli cierpliwi. Kochani. Nie narzucali się z niczym. Jednak po upływie pół roku chyba zrozumieli, że to nie chwilowy stan, tylko...Zmiana. Zmiana na stałe.
Wynajęli dom, daleko od miasteczka. Jeździli tam często, odwiedzali znajomych. Widziałam, jak bardzo lubili to miejsce. Ale nie mogłam tam wrócić. Wolałam zostawać sama. Próbowali zabierać mnie ze sobą, chyba obwiniali siebie o ten chroniczny smutek i apatię. Ale w końcu musieli zaakceptować to, że odtąd moim jedynym przyjacielem była samotność.
Płomień świecy zamigotał mocniej. To wyrwało mnie z zamyślenia. Po raz pierwszy od tamtego wieczoru poczułam, że mam mokre oczy. Pojedyncza łza zsunęła się po policzku. „Brakuje mi go, cholera” - pomyślałam. W tym momencie znajomy,
nigdy nie zapomniany murzyński głos poderwał mnie na nogi.
- Megan! Ty płaczesz? ostatni raz płakałaś, kiedy pies odgryzł głowę twojej lalce!
- Tim! Boże...Tim? - mój przyjaciel siedział pod ścianą, w bujanym fotelu. jednak fotel się nie ruszał. Czarne oczy Tima wpatrywały się we mnie z uwagą. Głos wcale nie brzmiał widmowo, to był jego mocny, dźwięczny, prawdziwy głos. Postać nie była spowita mgłą. W fotelu siedział po prostu Tim!
- Co tutaj robisz? Jak...jak...
- Po prostu widzę, że masz problemy z pozbieraniem się... - Uśmiechnął się do mnie, swoim uśmiechem zawadiaki. - Słuchaj,
staruszko, nie wiem, czy zauważyłaś, ale świat dalej istnieje, chociaż mnie tu chwilowo nie ma...
- Tim... - Teraz rozkręciłam się na dobre, płakałam jak małe dziecko. - Tu jest... beznadziejnie... bez ciebie... Jak tu
wróciłeś? Zostaniesz? Zostaniesz?!
- Meg... - Pokręcił głową, ciągle się uśmiechając - ciężko było
załatwić takie odwiedziny u Szefa. Nie można po prostu
schodzić sobie na ziemię, kiedy tylko ci się spodoba. Zasady, rozumiesz. Ale zauważyłem, że niezbyt dobrze ci się żyje, ostatnimi czasy...
- Mrugnął do mnie. Czy ktoś widział mrugającego ducha? - I chcę cię tylko wyciągnąć z tej deprechy. To jest bez sensu...
- Tim - Teraz bałam się, że za chwilę zniknie, musiałam zadać to pytanie - czy tam jest Raj? pamiętasz, rozmawialiśmy o takim miejscu....pamiętasz?! - Teraz już się nie uśmiechał. Śmiał się!
- A gdzie ja, twoim zdaniem się podziewam? Jasne, że jest!
- Jak tam jest? jak to wygląda? - Tim rozejrzał się, jakby chciał sprawdzić, czy Szefa nie ma w pobliżu, bo czym konspiracyjnie szepnął:
- Jest tak samo. Ale lepiej. Rozumiesz? Teraz brakuje tam tylko ciebie.
- Chcę tam iść! Zabierzesz mnie, prawda?
- Nie, tak nie można. Meg, odłóż ten scyzoryk i posłuchaj! - Przez chwilę chciałam...
- Muszę iść tam zaraz! - Mój przyjaciel potrząsnął głową.
- Tędy nie dojdziesz. jest jedna droga. Szef cię wezwie...będziesz mieć rozmowę kwalifikacyjną... i dopiero wtedy. Kiedy sami cię wezmą do tej roboty, jarzysz?
- Tim, dobrze wiesz, że to nastąpi za jakieś sześćdziesiąt lat! - Czułam taki wielki żal, czy on nie rozumiał?
- Stara, to jeden z warunków umowy. Inaczej nie da rady. I powiem ci, co możesz zrobić, żeby przyjął cię na bank... -
Uśmiechnął się znowu, i szepnął - Zaprzyjaźnij się z Malcolmem.
- Chy...chyba zwariowałeś?! - Teraz beczałam już jak fontanna. - Nienawidzę go! To morderca!
- Właśnie o to chodzi. - Pokiwał głową ze zrozumieniem. - Jeśli nie chcesz tracić na to czasu w Progach...musisz zrozumieć to teraz. Właśnie to jest najgorsza próba. Zrób to dla mnie, Megan...strasznie tam nudno bez ciebie!
- Czy on tam będzie? Znaczy Malcolm? Wpuszczą go...? - Nagle twarz Tima spoważniała.
- To zależy od niego...i także od ciebie. Muszę się zbierać...
- Długo się nie zobaczymy... - Powiedziałam cicho. Jednak Tim rozpromienił się.
- Ja widzę cię cały czas. Leżę na Wielkim Moście, i patrzę w wodę. To super urządzenie. Widać wszystko, co chcę zobaczyć na ziemi. Często odwiedzam mamę i ciebie.
- A więc... - Sama myśl wydawała się absurdalna, ale ja już uwierzyłam, już postanowiłam - A więc będę ci opowiadać, co się dzieje.
- OK, staruszko... - Powiedział ciepło. - Więc będę twoim aniołem. A ty... po prostu spraw, żeby Malcolm polubił czarnuchów.
Sprawię to. Zaciągnę Malcolma do nieba. Tim, pozdrów Szefa
Julka
JAKI ŁADNY DZISIAJ DZIEŃ, powiedział na głos Śmierć. DOPRAWDY, W TAKI DZIEŃ AŻ CHCE SIĘ PRACOWAĆ.
Zawrócił swojego konia, po czym spojrzał na Śmierć Szczurów.
PIP.
Śmierć potrząsnął głową.
NIE SĄDZĘ, ABY TO BYŁO MOŻLIWE. WIESZ, JAK SIĘ DENERWUJĄ KIEDY ŁAMIEMY ZASADY. A OSTATNIO ROBIMY TO DOSYĆ NAGMINNIE.
PIP.
Gdyby Śmierć był istotą żywą, z krwi i kości, prawdopodobnie by westchnął. Nie był nią jednak, siedział więc tylko sztywno na swoim koniu, z kosą opartą o ramię i wpatrywał się w malutki szkielet szczura.
MNIEJSZA Z TYM. GDZIE JEST ŚMIERĆ PCHEŁ?
Miniaturowy szkielecik rozejrzał się wokół siebie. Poszperał nieco w kieszeniach swojego czarnego płaszcza, po czym wzruszył łapkami.
PIP.
Śmierć nie mógł krzyczeć, gdyż jego głos i tak był już wyjątkowo potężny i donośny - coś jak odgłos upadających, kamiennych płyt.
NIE ZMIENIAJ TEMATU.
Zerwał się nagle dość potężny wiatr. Ktoś o mniej zorganizowanym umyśle powiedziałby, że jest to ruch masy powietrza przepływającej z niżu do wyżu. Śmierć nie wiedział, że ludzie lubią w ten sposób definiować wiatr. Było dla niego oczywiste, że wiatr to po prostu pędzące powietrze. Nie personifikował go, mówiąc, że mu się śpieszy; było ono po prostu w ruchu, ponaglane upływem czasu...
...właśnie tak, jak teraz. Gnane wiatrem liście wirowały wszędzie wkoło, jednak bardzo dziwnym trafem ani jeden nie zatrzymał się na czarnym płaszczu Śmierci. Wyglądało na to, że po prostu go omijały, jakby istniał w zupełnie oddzielnej sferze, wyciętym kawałku alternatywnego uniwersum, bez miejsca i czasu na Dysku.
Śmierć wyciągnął zza poły płaszcza nieco podniszczony, oprawiony w skórę kalendarz.
HM, KOGO MY TU DZISIAJ MAMY? ACH, TAK, WIDZĘ. O SIÓDMEJ DWADZIEŚCIA TRZY MUSIMY BYĆ W ANKH-MORPORK. PAN ANDREW HIGHWALL POŚLIZNIE SIĘ DOŚĆ NIEFORTUNNIE NA MYDLE. HM... O SIÓDMEJ DWADZIEŚCIA SIEDEM W OKOLICACH OSI POWINIENEM ZNALEŹĆ MAGA, NIEPOPRAWNIE UŻYWAJĄCEGO ZAKLĘCIA MUSZLI KLOZETOWEJ.
Jeszcze przez chwilę przemawiał w tym stylu, ni to do siebie, ni do Śmierci Szczurów, aż w końcu zakończył studiowanie kalendarza i poprowadził Pimpusia przed siebie.
PIP.
Śmierć Szczurów poprawił sobie na ramieniu kosę, po czym oddalił się w kierunku najbliższego kanału. Też miał sporo roboty...
Mustrum Ridcully przyjrzał się z uwagą dyni wielkości teściowej z tendencją do klinowania się w drzwiach dwuskrzydłowych. Następnie przyjrzał się uważnie bibliotekarzowi, który dzierżył z maniakalną miną ogromny, rzeźnicki nóż w jednej łapie, a paczkę orzeszków w drugiej.
- Cóż... bibliotekarzu, jest pan pewien, że to dobry pomysł? - zapytał ostrożnie.
- Uuk.
Nadrektor próbował odzyskać równowagę umysłu, co w jego przypadku było dość trudne już od urodzenia. No, w końcu był magiem, nie ma się co dziwić.
- Oczywiście, rozumiem. Ale... do demona! To takie niehigieniczne. I w dodatku będzie wyglądało, jakby wypruwał pan tej dyni flaki albo co.
- Uuk - odparł uspokajającym tonem bibliotekarz, po czym z miną profesjonalisty przełożył nóż do ogona, a łapą sięgnął do torebki z orzeszkami. Zjadł kilka, żłobiąc w międzyczasie dziwne kształty w dyni. Nadrektor wzdrygnął się na widok rozchlapującego się wszędzie soku dyniowego. Nie, to zbyt niehigieniczne...
- Kweeestooor! - wrzasnął. Po chwili do holu Niewidzialnego Uniwersytetu wszedł mag o niezbyt zrównoważonym wyglądzie. Lewe oko latało mu w nerwowym tiku. Był to biedny, ustawicznie nadużywany przez Ridcully'ego człowiek, który zachowywał logikę jedynie w obliczu kolumn liczb. A i to nie zawsze.
- Słucham, panie nadrektorze? - zapytał trochę nerwowo.
- Proszę zetrzeć z podłogi sok z dyni. I proszę jakoś przekonać bibliotekarza, aby zaprzestał sztuki rzemieślniczej na tej dorodnej dyni. To doprawdy powinno być karalne, szpecenie tak dorodnych dyni.
- Uuk, uuk! - zaprotestował bibliotekarz, nie przerywając wytrwałej pracy.
- Panie nadrektorze, czy na pewno pan uważa, że ten orangu... - kwestor urwał w pół słowa, dostrzegając morderczy wyraz pyska i rzeźnicki nóż. - Znaczy się, chciałem powiedzieć, kolega bibliotekarz... aj! - krzyknął i zaczął przeszukiwać uparcie kieszenie z rozanielonym uśmiechem na twarzy. Nadrektor przerwał mu, kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Tuszę, iż się panu powiedzie, kwestorze - powiedział, po czym odszedł szybkim krokiem. Ridcully nie był człowiekiem, który dawał zbyt łatwo wchodzić sobie na głowę. Co to, to nie, tacy ludzie nie zostają przecież nadrektorami na Niewidzialnym Uniwersytecie. Był człowiekiem przekonanym, że każdy problem można rozwiązać, używając do tego innych. Najczęściej kwestora. Miał też zwyczaj bardzo szybko zapominać o wielu rzeczach. Chociażby o tym, że jest nadrektorem.
Tymczasem do holu wszedł dziekan, wykładowca run współczesnych i Myślak Stibbons. Cała trójka sprawiała wrażenie nieprzygotowanej psychicznie na napotkanie na swej drodze do stołówki bibliotekarza, wycinającego z wielkim zapałem wzory w ogromnej dyni i pogryzającego orzeszki, jak również dziwnym wydał im się fakt spotkania przy nim kwestora, mamroczącego do siebie coś od rzeczy.
- Ma ktoś zapas pigułek z suszonej żaby? - zapytał retorycznie dziekan.
- Zostawiłem na biurku... - mruknął niewyraźnie wykładowca run współczesnych, śledząc niczym zahipnotyzowany wyrafinowane ruchy ostrza rzeźnickiego noża.
- ...i ja chyba też... - dodał Myślak Stibbons, pochłonięty dokładnie tą samą czynnością, co jego kolega.
- Nie jestem pewny, czy rzeczywiście powinniśmy się tu znajdować - powiedział w końcu, przełykając nerwowo.
Bibliotekarz odrzucił nagle swój nóż (który minął ucho kwestora o cal i wbił się w ścianę koło dziekana) i zniknął za drzwiami. Magowie spojrzeli na siebie w przerażonym oczekiwaniu.
- To może... pójdę poszukać tabletek z suszonej żaby, co? - zaproponował niby mimochodem wykładowca run współczesnych.
Bibliotekarz powrócił, dzierżąc w obydwu łapach piłę mechaniczną.
- Poczekaj, pójdę z tobą! - krzyknął dziekan. Myślak Stibbons bez słowa chwycił kwestora za kołnież i szalonym truchtem kulawego słonia opuścił miejsce artystycznego produkowania się bibliotekarza. Zatrzasnęli za sobą drzwi, jednak wcale nie odetchnęli z ulgą.
- Co ta małpa znowu wyprawia?!
Myślak Stibbons pacnął wykładowcę run współczesnych w głowę.
- Cicho siedź! Jak cię usłyszy, to będziemy mieli już nie tylko szaleńca z piłą mechaniczną, ale jeszcze dodatkowo jego ofiarę. Wiesz, że ma kompleksy na punkcie bycia oranguta... - zachłysnął się i zakrztusił. - To jest, nie-człowiekiem.
- Ale... ale... - bełkotał kwestor niezrozumiale - co z fajką?
- Fajką? - nie zrozumiał wykładowca run współczesnych. - Jaką znowu fajką?
- Tą zrobioną z dziewczęcej bielizny.
Dziekan, wykładowca run oraz Myślak Stibbons wymienili speszone spojrzenia. Po chwili ich oczy zaczęły błądzić, unikając wzajemnego kontaktu. Towarzyszyły temu charakterystyczne dźwięki, takie, jak na przykład "Ekhu, ekhu!" lub "Nic nie słyszałem...".
- O, pigułka z suszonej żaby...! - krzyknął nagle dziekan, wyciągając takową z kieszeni. Całą trójką natychmiast rzucili się na kwestora, szarpiąc się i skowycząc. W końcu udało mi się wcisnąć ją kwestorowi do ust, pojawił się jednak wtedy inny problem. Nie do końca wiedzieli, co zrobić, żeby kwestor połknął pigułkę, zamiast ją wypluć.
W miejscach wypełnionych magią tak już bywa, że niektóre problemy rozwiązują się. Nie same, oczywiście. Żaden problem nie jest w stanie rozwiązać się sam. Ogromne tarcia zaklęć i wyciekanie magii sprawia, że czasami rozwiązanie samo przychodzi do problemu.
Kwestor zakrztusił się nagle, zbyt mocno kopnięty przez dziekana, wziął kilka spazmatycznych, głębokich oddechów, aż w końcu połknął pigułkę. Usiadł na podłodze i rozejrzał się wokół siebie.
- Co się dzieje w holu? - zapytał w końcu tonem człowieka, który zastanawia się, dlaczego ma przed sobą kufel, ale w tym kuflu nie ma piwa.
Myślak Stibbons powoli przywracał swój umysł do zwykłego, logicznego porządku.
- Wygląda na to... - zaczął bardzo logicznie.
- ...bibliotekarz dokonuje tam Dyniowej Masakry Piłą Mechaniczną*! - przerwał mu dziekan.
- A nie sądzicie, że on po prostu przygotowuje dynię na Narodowe Święto Katafalków? - wtrącił Myślak Stibbons.
- Masz może na myśli dzień "Powiedz Hallo Do Ween"? - upewnił się wykładowca run współczesnych. - Być może... ale ja bym w takim razie nie chciał widzieć tego świetlika, którego on potem wsadzi do tej dyni.
Bibliotekarz wyłączył piłę mechaniczną i ściągnął gogle ochronne, a następnie starannie je oblizał. Bardzo lubił sok z dyni, choć nie aż tak bardzo, jak lubił orzeszki, czy banany.
- Uuk - skomentował z zachwytem swoje dzieło. Teraz brakowało mu jedynie świetlika, aby go wsadzić do środka... tak, bibliotekarz zdecydowanie uwielbiał "Powiedz Hallo Do Ween".
Na chwilę poszedł do biblioteki, a powrócił z tamtąd, taszcząc niebanalnych rozmiarów pudło, drżące i podskakujące nerwowo. Po chwili grzmotnął nim zdrowo o podłogę w pobliżu dyni. Pudło uspokoiło się, wciąż jednak dziwnie syczało, a podłoga wokół niego powoli zaczynała czernieć. Biliotekarz założył rękawice ochronne i dopiero wtedy podszedł i otworzył je.
Śmierć przyjrzał się uważnie drzwiom. Były średniej wielkości, drewniane i w dodatku - co najgorsze - wyglądały na zamknięte. Nie, żeby stanowiło to jakiś problem. Ogólnie nie. Po prostu zawsze chciał się nauczyć z nich korzystać, ale jakoś nigdy mu się to nie udało. Machnął w powietrzu kościstą ręką i zwyczajnie przeniknął przez ścianę.
Na kanapie leżał jakiś starszy, niski człowiek w okularach. Wyglądał, jakby spał.
Prawdopodobnie tylko Śmierć był w tej chwili świadomy, że człowiek nie śpi. Podszedł do niego i przez chwilę przyglądał mu się z zainteresowaniem. W końcu machnął z wyrafinowaniem swoją kosą i zobaczył, jak powoli z ciała zaczyna wychodzić dusza człowieka. Zamrugała.
- Co jest grane? Czemu mnie budzisz?!
PRZEPRASZAM. NAPRAWDĘ NIE CHCIAŁEM.
- Kim ty w ogóle jesteś, co? Ach, no tak... przecież mamy dzisiaj dzień "Powiedz Hallo Do Ween". Jesteś tym obrzydliwym smarkaczem od Parkinsonów, mam rację?!
Śmierć poczuł coś na kształt cienia emocji - to nawet nie była emocja, bardziej można by to określić myślą. Mówiąc najprostszym językiem, Śmierć czuł się zaskoczony - nie jest to jednak poprawnie powiedziane; Śmierć nie powinien odczuwać emocji.
SŁUCHAM? Zapytał uprzejmie.
- Słuchaj, ty bezczelny smarkaczu! Wydaje ci się, że jak jest dzień "Powiedz Hallo Do Ween", to możesz sobie tak wchodzić bez pozwolenia do cudzych domów?! Pewnie jeszcze myszkowałeś, co? Przyznaj się od razu, co ukradłeś, inaczej zawołam straż!
Śmierć przez chwilę próbował rozważyć to, co usłyszał.
OBAWIAM SIĘ, ŻE MNIE PAN Z KIMŚ POMYLIŁ, powiedział w końcu.
Człowiek usiłował przyjrzeć się postaci. Zdawało mu się, że widzi czarny płaszcz, a pod nim... chyba czaszkę... ale za każdym razem, gdy skupiał na niej wzrok, widok rozmywał się i musiał zaczynać od nowa. Wyglądało na to, że ten impertynencki dzieciak od Parkinsonów przebrał się... chyba za Śmierć?
- To naprawdę nie do pomyślenia! To, że jest dzień "Powiedz Hallo Do Ween", wcale nie oznacza, że wolno ci przebierać się za Śmierć! Doprawdy, bezczelny bachor! I pewnie jeszcze...
ALE JA WCALE NIE PRZEBRAŁEM SIĘ ZA ŚMIERĆ.
Chwila ciszy.
- Nie? - zapytał człowiek, zbity z tropu. - Nieważne. W każdym razie... eee... co to ja mówiłem? Ach, tak! Czemu po prostu nie zapukasz grzecznie do drzwi, nie poczekasz, aż ktoś ci otworzy i nie krzykniesz "torba cukierków wielkości sań Wiedźmikołaja albo podpalę panu chałupę!", tak, jak wszystkie inne dzieci?
A POWINIENEM TAK ZROBIĆ? Zainteresował się Śmierć. ZAWSZE SĄDZIŁEM, ŻE DZIECI WOŁAJĄ "TRICK OR TREAT".
- Hm... może kiedyś rzeczywiście tak było, ale czasy się zmieniają. A ty nie próbuj odwrócić mojej uwagi od siebie!
PRZEPRASZAM. TAK NAPRAWDĘ, TO BARDZO MI SIĘ ŚPIESZY. CZY MOŻEMY JUŻ IŚĆ?
- Iść?! Dokąd?!
NO, PO PROSTU, IŚĆ.
- Aha, bardzo dobra gra, ale nie myśl, że się nabiorę na ten tandetny płaszcz i plastikową kosę.
ZAPEWNIAM SZANOWNEGO PANA, ŻE KOSA JEST JAK NAJBARDZIEJ PRAWDZIWA. PRZYKRO MI, CHĘTNIE BYM JESZCZE POROZMAWIAŁ, ALE NAPRAWDĘ JUŻ SIĘ PÓŹNO ZROBIŁO... WYGLĄDA NA TO, ŻE PIERWSZY RAZ W HISTORII MAM MINUTĘ SPÓŹNIENIA. PLON NIE MOŻE CZEKAĆ, TO NIEDOPUSZCZALNE.
- ...czyli jesteś prawdziwy? - Człowiek nagle struchlał. - To ja już jestem martwy?
CÓŻ, TECHNICZNIE RZECZ BIORĄC, powiedział Śmierć, TAK.
- Bibliotekarzu, proszę być rozsądnym!
- Uuk!
- Ale kiedy naprawdę...
- Uuk!!!
Dziekan odskoczył, nie uniknął jednak ciężkiego ciosu olbrzmią, bardzo chwytną łapą bibliotekarza. Być może był zbyt miękki i rozległy, aby odskoczyć z potrzebną do tego zwinnością.
- Proszę pomyśleć logicznie! - Myślak Stibbons jak zawsze wierzył, że jest w stanie odwołać się do (każdego) zdrowego rozsądku. - Przecież nie można trzymać żywiołaka ognia w dyni! Będzie mu... - przez chwilę szukał jakiejś logicznej argumentacji - za ciasno! I... i za gorąco!
- Właśnie! Z pewnością będzie mu bardzo gorąco! - dodał gorliwie wykładowca run współczesnych. - Taka dynia... na pewno się łatwo rozgrzewa.
- Uuk! Uuk! - warczał poirytowany bibliotekarz. W jednej chwili wszyscy magowie zesztywnieli. Jakoś nie mieli ochoty mu się przeciwstawiać, gdy obnarzał swoje wielkie, żółte kły.
- To znaczy... właściwie, czemu nie? - zapytał ugodowo dziekan. - Jeżeli tylko będzie go pan... no... pilnował, i dbał o niego, i w ogóle, panie bibliotekarzu... to... no... osobiście nie widzę przeciwwskazań.
Wtedy jednak w holu znów pojawił się Ridcully, a cała nadzieja na pokoje załatwienie sporu prysła w jednej sekundzie.
- Co się tutaj dzieje? Co to za swąd? Chyba prosiłem, żeby tutaj posprzątać, czyż nie? Kwestor! Gdzie jest kwestor?
Magowie spojrzeli po sobie niewyraźnie.
- Zdaje się, że skończyły się pigułki z suszonej żaby - wymamrotał wykładowca run współczesnych. - Stoi tam kącie, tyłem do nas i nie chce przyjść.
- Jak to: nie chce przyjść? Niedopuszczalne. Kwestorze!!
Postać w kącie odwróciła się z miną cierpiętnika i powoli podeszła do nadrektora.
- Proszę powiedzieć mi, co tu się dzieje - zarządał Ridcully, obchodząc dynię dookoła.
- No bo... bibliotekarz chciał ją przygotować na dzień "Powiedz Hallo Do Ween" - odezwał się dziekan. Na twarzy kwestora odmalowała się ulga.
- I... on... - próbował kontynuować dziekan, jednak rozłoszczony orangutan przerwał mu, machając groźnie łapą.
- Uuk! Uuk! Uuk, uuk!
- Do demona, proszę mówić wyraźniej, bibliotekarzu. Wydaje mi się, że ma pan pełne usta - odparł nadrektor, nawet nie spoglądając na bibliotekarza.
- Uuk! Uuk!
- Doprawdy, nie mógłby pan najpierw przełknąć, a potem wygłaszać swoje opinie? Nawiasem mówiąc, czy ja tej dyni nie widziałem tu dziś rano? - zainteresował się Ridcully, uważnie śledząc dziury wycięte w powłoce warzywa. - Hm... co to za kształty? Czy to przedstawia coś konkretnego?
- Uuk.
- Słucham?
- Powiedział, że to twarz, nadrektorze - przyszedł mu z pomocą Myślak Stibbons.
- Rzeczywiście? Ach, tak, teraz widzę. To oko, prawda?
- Uuk.
- Bibliotekarz twierdzi, że to nos. Ale interpretacja artysty nie zawsze jest zgodna z interpretacją widzów - dodał szybko Myślak.
- Uuk!
- Oczywiście, interpretacja artysty jest ważniejsza od interpretacji widzów! - zgodził się natychmiast Myślak Stibbons.
Ridcully spojrzał wreszcie na studenta.
- Zabawne. Czy mi się wydaje, czy ty coś rozumiesz, kiedy on mówi z pełnymi ustami?
- Eee... bibliotekarz nie mówi z pełnymi ustami, panie nadrektorze.
- Nie? - zapytał Ridcully z pewnym roztargnieniem. - No może rzeczywiście. W każdym razie wyraża się straszliwie niewyraźnie i nieprecyzyjnie, prawda? Hm, a tak właściwie, to co jest w środku tej dyni? Strasznie ciepła mi się wydaje...
- Ależ bibliotekarz nie mówi niewyraźnie, panie nadrektorze. Właściwie... chyba byłoby dobrze, aby się pan mu uważnie przyjrzał i przypomniał sobie, kim on jest. Pański umysł jest zaprzątnięty wieloma sprawami, ale jestem pewien, że pan pamięta - przekonywał go Myślak Stibbons.
- Prawda, że ciepła? - wtrącił wykładowca run współczesnych. - Zawsze lubiłem ciepłe dynie, a wy, chłopaki?
Rozległ się pomruk wymuszonej aprobaty.
Mustrum Ridcully spojrzał na bibliotekarza. Z początku nie do końca zrozumiał, co widzi, jednak jego poukładany (jak na maga, rzecz jasna) umysł dość szybko uporał się z nową informacją, dostarczoną przez oczy, przetworzył ją i dopasował do realiów tej części rzeczywistości, w której żył Ridcully.
- Widzę, że się pan dzisiaj nie golił, bibliotekarzu. Powinienem panu udzielić publicznej nagany. Chyba, że to z okazji... tego, no... Narodowego Dnia Katafalków?
- Przecież on się nigdy nie goli... - mruknął wykładowca run współczesnych. Dziekan kopnął go po kryjomu w kostkę.
NO DOBRZE, powiedział sam do siebie Śmierć, aby dodać sobie animuszu. SPRÓBUJMY, CO MI SZKODZI?
Podszedł do drzwi i zastukał. Właściwie, to początkowo nie zastukał, tylko przeniknął ręką przez drzwi. Skupił się i dopiero wtedy naprawdę zastukał.
Drzwi otworzyła mu jakaś starsza kobieta.
- Słucham?
EEE... TORBA CUKIERKÓW WIELKOŚCI SAŃ WIEDŹMIKOŁAJA ALBO PODPALĘ PANI CHAŁUPĘ?...
Staruszka wydała się być zdziwiona.
- Słucham cię, młodzieńcze?
ZNACZY SIĘ... Śmierć zawahał się. MOŻE SPRÓBUJĘ INACZEJ. TRICK OR TREAT?
Starsza kobieta zdjęła z głowy perukę, podrapała się po łysinie, po czym wcisnęła perukę z powrotem na głowę. Przyglądała się Śmierci w bardzo dziwny zagadkowy sposób.
- Jeżeli już marnujesz mój czas, młodzieńcze, to może byś chociaż wyraził w jasny, zrozumiały sposób, czego chcesz? - zapytała, ściągając gniewnie wargi.
WŁAŚCIWIE... NIE, NIC. PRZEPRASZAM, ŻE ZMARNOWAŁEM PANI CENNY CZAS. SAM ROZUMIEM NAJLEPIEJ, JAKI CZAS JEST WAŻNY. ŻYCZĘ MIŁEGO DNIA "POWIEDZ HELLO DO WEEN". DOBRANOC, Śmierć ukłonił się, po czym wsiadł z powrotem na swojego konia. Zobaczył dwójkę dzieci w białych prześcieradłach. Słodkie maluszki podbiegły do najbliższych drzwi i załomotały do nich z taką siłą, że omal nie wypadły z zawiasów. Po chwili zostały one nieco uchylone.
- Chcemy w tej chwili dostać tolbę cukielków wielkości sań Wiedźmikołaja, bo jak nie, to podpalimy pani tą śmieldzącą chałupę!!! - wrzasnęły w duecie. Po chwili Śmierć ujrzał drżącą rękę wyciągającą ku dzieciom całkiem spory, chociaż z pewnością nie wielkości sań Wiedźmikołaja worek. Jedyną prawdopodobną zawartością były cukierki.
WIDOCZNIE BYŁEM MAŁO PRZEKONYWUJĄCY, powiedział sobie Śmierć, odjeżdżając.
Ridcully ściągnął swój płaszcz.
- Chciałem tylko powiedzieć, że nieźle nam ta dynia dogrzewa - powiedział, po czym rozejrzał się wokół. - Gdzie się podział bibliotekarz?
- Poszedł razem z dziekanem do biblioteki... szukają jakiejś książki o dyniach - odparł wykładowca run współczesnych, ocierając pot z czoła. - Tylko nie rozumiem, dlaczego on chciał zrobić pieczoną dynię...
- Nie, nie chciał zrobić pieczonej dyni. Chciał zrobić latarnię na dzień "Powiedz Hallo Do Ween". Nie wiem za to, czemu taką dużą... - odparł Myślak Stibbons.
- I rzeczywiście wsadził tam żywiołaka ognia? - zapytał sceptycznie nadrektor. - Wydaje mi się, że ktoś tu ma troszeczkę zbyt wybujałą wyobraźnię...
Do sali wbiegł dziekan. W drżących dłoniach trzymał ogromne, czerwone tomiszcze.
- Niech ktoś to ode mnie weźmie! - wrzasnął z rozpaczą. - Błagam!!
Okrzyk ten spowodował jedynie, że wszyscy się od niego odsunęli**. Dziekan wydał z siebie porażający odgłos, po czym z hukiem upuścił tomiszcze z hukiem na podłogę.
Do holu wszedł bibliotekarz.
- Uuk.
- Powiedział, że mówił ci, żebyś założył grube, gumowe rękawice ochronne, ale go nie słuchałeś. A co to za książka? - odezwał się wykładowca run współczesnych.
- Ajajaj... - dziekan dmuchał jak oszalały na własne dłonie. - Coś o ogniu, jak mniemam... nie wiem, bo tylko ten małpisz... znaczy się, tylko bibliotekarz rozumie język, w którym jest ona pisana.
- Czy jest ona pisana orangutani... to jest, językiem ludzkim, alternatywnym? - zapytał podejrzliwie wykładowca run współczesnych.
- Uuk!
- Ależ nie, wcale nie miałem tego na myśli!
- Uuk!
- Nieprawda! Aua! Nadrektorze, proszę mu powiedzieć, żeby mnie nie biiiiiiiiiiii!!!
Zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na siebie strwożeni. Z jednej strony wszyscy oczywiście współczuli wykładowcy run współczesnych, z drugiej jednak nie mogli się powstrzymać od zazdroszczenia mu faktu, że jest nieprzytomny i ominie go Najlepsza Zabawa.
- Dobrze... czy w takim razie moglibyśmy już zacząć poszukiwać w książce jakiegoś sposobu na pozbycie się żywiołaka? Robi się doprawdy nieznośnie gorąco, do demona! - zdenerwował się Mustrum Ridcully. Szybko podano mu opasłą księgę, nadrektor nie wziął jej jednak do rąk, dopóki nie ubrał grubych, gumowych rękawic, podanych mu przez bibliotekarza. Tymczasem ręce trzymającego księgę Myślaka Stibbonsa powoli przestawały nadawać się do użytku.
Ridcully uważnie otworzył księgę.
- Aj! Trochę gorące klimaty... hm... - próbował odczytać drobne gryzmoły. - Uuk? Uuk? Uuk, uuk, uuk?! Co to ma być?! Niech to licho...
- Czyli wykładowca run współczesnych miał rację! - wyrwało się dziekanowi. - Kto napisał tę księgę?
Nadrektor zerknął na okładkę.
- Bezdennie Głupi Johnson - odczytał nazwisko. - Hm. No tak. Czemu nie? - Odłożył ją na podłogę, nie zauważając, że płytki czernieją i pękają pod wpływem gorąca. - Kwestorze? Czy byłby pan tak miły, i zawołał jeszcze kilku kolegów magów do pomocy? Tylko biegiem, do demona, bo się ugotujemy na własnym Uniwersytecie!
Pierwszy prymus spojrzał podejrzliwie na księgę.
- Ja bym nawet tam nie próbował jej czytać - oznajmił. - Skoro pisał ją Bezdennie Głupi Johnson to... to pewnie wcale nie jest taką porywającą lekturą.
Kierownik studiów nieokreślonych gorliwie pokiwał głową.
- Słusznie. Zupełnie nie rozumiem, po co my ją jeszcze w ogóle tutaj trzymamy. To znaczy, rozumiem. Magia by z niej wyciekała i takie różne. Chodziło mi... o metaforę.
Przez chwilę wszyscy w skupieniu wpatrywali się w księgę, jakby mieli przed sobą wyjątkowo wielką i dorodną stertę końskiego łajna. I to całkiem świeżą.
Rozległo się stukanie do drzwi.
- Uuk.
- Nie, lepiej ja otworzę! - krzyknął dziekan, po czym podbiegł do drzwi i otworzył je. - Słucham? - zapytał.
EKHEM... CHCĘ NATYCHMIAST DOSTAĆ TORBĘ CUKIERKÓW WIELKOŚCI SAŃ WIEDŹMIKOŁAJA, A JAK NIE, TO OBIECUJĘ SPALIĆ PANU CHAŁUPĘ.
- Ależ oczywiście - odparł automatycznie dziekan. Dopiero po chwili dotarł do niego sens tych słów. - Zaraz... - zawahał się, próbując skupić wzrok na postaci, ale jakoś nie bardzo mógł.
- Kto to przyszedł? - zapytał zaciekawiony pierwszy prymus.
- Dziekanie, jest pan bardzo niewychowany. Proszę wpuścić gościa do środka! Pan wybaczy, ale mamy... hm, zepsute ogrzewanie... - Ridcully urwał w połowie. Przyjrzał się postaci wysokiej na siedem stóp, spowitej całej w czarny płaszcz i trzymającej kosę. - To jest... w czym mogę panu pomóc?...
Śmierć zawahał się.
NIE, DOPRAWDY, JUŻ NIC. PRZEPRASZAM, ŻE PANÓW NIEPOKOIŁEM.
- To... nie masz tutaj żadnej pracy? - upewnił się kierownik Katedry Studiów Nieokreślonych. - Bo... jesteś... znaczy się... Śmierć to ty, prawda? Osobiście przychodzisz po magów w chwili... no, zgonu?
TAK, ZGADZA SIĘ.
- Na Wróżkę Zębuszkę... bibliotekarz zabił wykładowcę run współczesnych! - wrzasnął histerycznie dziekan. - Ratunku! Ta małpa ma wściekliznę!!
Słowo "małpa" obudziło w bibliotekarzu niezbyt miłe instynkty. Zaczął on krążyć wokół dziekana i zastanawiać się, jak wielką krzywdę mu uczynić.
TO JAKAŚ POMYŁKA. NIE MIAŁEM WPISANEGO W KALENDARZU WYKŁADOWCY RUN WSPÓŁCZESNYCH, powiedział Śmierć. Spojrzał na bibliotekarza. PROSZĘ SIĘ USPOKOIĆ, powiedział.
- Czyli... wykładowca wciąż żyje? To co ty tu w takim razie robisz? Przyszedłeś po kogoś innego? - dopytywał się pierwszy prymus.
Śmierć poczuł się niezręcznie. Śmiertelnicy zawsze zadawali pytania, oczywiście, ale brzmiały one zazwyczaj "to ja jestem martwy?!".
TAK NAPRAWDĘ, NIE PRZYSZEDŁEM PO NIKOGO. PO PROSTU JEST DZIEŃ "POWIEDZ HALLO DO WEEN".
- Bardzo dobry dzień na pracę dla Śmierci - mruknął dziekan.
PLON BYŁ DZISIAJ OBFITY, DZIĘKUJĘ.
Dziekan przełknął nerwowo.
- Ależ nie ma za co... - wybąkał, patrząc gdzieś w ścianę.
TO... JA JUŻ W TAKIM RAZIE PÓJDĘ.
- Dowidzenia - krzyknął kierownik studiów nieokreślonych i pomachał ręką. Śmierć zatrzymał się w pół obrotu.
STRASZNIE TU GORĄCO. POWINNIŚCIE CHYBA WŁĄCZYĆ JAKĄŚ WENTYLACJĘ ALBO UCHYLIĆ OKNO. TO BARDZO NIEZDROWO, SIEDZIEĆ W TAKIM GORĄCU.
- Słusznie - zreflektował się Ridcully. - Może... mógłby nam pan pomóc? Mamy problem z pewnym żywiołakiem ognia...
PRZYKRO MI, ALE TO NIE MOJA DZIAŁKA. ZUPEŁNIE NIE ZNAM SIĘ NA OGRZEWANIACH.
- Ale to ogrzewanie jest żywe! - zaznaczył Myślak Stibbons, rozpinając swoją koszulę. - A skoro jesteś Śmiercią... może mógłbyś zrobić coś, żeby było... ja wiem... jakby mniej żywe? No bo widzisz, logicznie rzecz biorąc...
- Bo bibliotekarz chciał zrobić sobie latarnię z dyni - przerwał mu kierownik studiów nieokreślonych. - I naprawdę nie wiemy dlaczego taką dużą.
- Ani skąd wytrzasnął tego żywiołaka ognia - zaznaczył dziekan.
- Właśnie - kontynuował kierownik studiów nieokreślonych. - Po prostu wziął, wyrzeźbił w tej dyni twarz, wydrążył ją, a potem wsadził do niej... to... no, tego żywiołaka. A teraz nie chce nam powiedzieć, jak się tego pozbyć.
ZALAĆ WODĄ?
Zapadła cisza.
- No, może to i nie takie głupie, jakby to tak na spokojnie rozważyć - odezwał się Myślak Stibbons. - Tylko nie wiem, skąd byśmy wzięli tyle wody... Ale może mógłbyś po prostu... - zawahał się chwilę, aż w końcu wykonał ruch podobny do machnięcia kijem golfowym.
PRZEPRASZAM, NIE ZROZUMIAŁEM?
Nadrektor postanowił przejąć dowodzenie w sprawie.
- No, panie Śmierć... do demona! Jak to brzmi! W każdym razie, czy, mówiąc delikatnym, barwnym językiem, nie mógłby pan po prostu tego stwora... zarżnąć? Zabić? Unicestwić?
Śmierć zastanowił się chwilę. Podrapał się kościstym palcem po nagiej czaszce, po czym wyciągnął swój kalendarz. Zaczął go uważnie studiować.
PRZYKRO MI, powiedział w końcu. NIGDZIE NIE MAM WPISANEGO ŻADNEGO ŻYWIOŁAKA OGNIA.
- Jak to?! - zawołał pierwszy prymus.
- Nie można by tego jakoś po cichu załatwić? Nikomu nie powiemy, że go tam nie było! - zawtórował mu kierownik studiów nieokreślonych.
- Może pan liczyć na naszą dyskrecję! - dodał dziekan.
NIE, NIE, NIE. NIC BY SIĘ POTEM NIE ZGADZAŁO W PAPIERKOWEJ ROBOCIE.
- Ale, ale, ale... - powtarzał Myślak Stibbons, jakby od urodzenia nauczył się tylko tego jednego słowa, za to opanował je do perfekcji. - Mamy przecież dzień "Powiedz Hallo Do Ween"!
TO PRAWDA.
- Naprawdę nie ma sposobu?
Śmierć zastanowił się chwilę.
- Dość tego, młody człowieku - zdenerwował się Ridcully. - Kto się niby potem o tym dowie? Przecież bogowie robią jeszcze większe przekręty, a nigdy nie słyszałem, żeby któremuś się coś z tego powodu przydarzyło, do demona!
NO MOŻE... MOŻE JEST SPOSÓB. CZY MA KTÓRYŚ Z PANÓW POŻYCZYĆ PIÓRO? NIE ZABRAŁEM SWOJEGO.
- To już nie używasz kosy? - zdziwił się pierwszy prymus.
UŻYWAM. ALE NIE DO PISANIA.
- Szybciutko, chłopaki, niech no który skoczy po pióro! Kwestor! Kwestorze! Szybko, pióro!! - zawołał Ridcully. Po chwili upragnione pióro zostało dostarczone Śmierci, który otworzył ponownie swój notatnik i nagryzmolił w nim pospiesznie:
SZANOWNY PAN ŻYWIOŁAK OGNIA
GOTOWE, powiedział. TERAZ MOGĘ PRZYSTĄPIĆ DO PRACY. GDZIE JEST KLIENT? PROSZĘ NIC NIE MÓWIĆ. JUŻ WSZYSTKO WIEM.
Śmierć podszedł - chociaż to słowo, określające ruch, nie pasuje zupełnie do tak statycznej postaci - do dyni. Przez chwilę przyglądał się jej z uwagą, po czym przeniknął przez jedną ze ścian i wszedł do środka.
Nastąpiło coś jakby krótkie, suche pyknięcie, i nagle blask bijący od dyni zgasnął. Po chwili przez jedną z jej ścianek wybiegła dusza żywiołaka, a za nią podążył Śmierć.
CHODŹ TU W TEJ CHWILI, powiedział. UCIEKANIE NIC CI JUŻ PRZECIEŻ NIE POMOŻE. NO CHODŹ TU. NIE ZJEM CIĘ PRZECIEŻ.
W końcu udało się Śmierci schwytać krnąbrną, nie rozumiejącą zbyt trudnych pojęć życia i śmierci duszę.
TERAZ MUSZĘ JUŻ NAPRAWDĘ PANÓW OPUŚCIĆ. PROSZĘ TU PRZEWIETRZYĆ, NAPRAWDĘ JEST BARDZO DUSZNO.
- Dziękujemy! - pisnął kierownik studiów nieokreślonych.
- Właśnie. Dziękujemy - dołączył się dziekan.
Śmierć znów zatrzymał się w drzwiach.
JESZCZE NIKT NIGDY NIE DZIĘKOWAŁ MI ZA WYKONYWANIE MOICH OBOWIĄZKÓW, przyznał. TO MIŁE.
- Wesołego dnia "Powiedz Hallo do Ween" - dodał Myślak Stibbons.
NIE, NIE WESOŁEGO. OWOCNEGO. TAK, OWOCNEGO. DZIĘKUJĘ.
Śmierć wyszedł, ciągnąc za sobą duszę żywiołaka.
Śmierć Szczurów pędził ile sił w łapkach do domu.
PIP.
NIC NIE SZKODZI. JESZCZE NIE JADŁEM KOLACJI.
PIP?
ZROBIŁEM CURRY. CZASAMI LUBIĘ JE ZJEŚĆ.
PIP.
WIEM, ŻE POTEM TRZEBA SPRZĄTAĆ PODŁOGĘ. CZY FAKT POSIADANIA SAMYCH KOŚCI NAPRAWDĘ JEST DOBRYM POWODEM DO ODMAWIANIA SOBIE PRZYJEMNOŚCI?
PIP, Śmierć Szczurów wzruszył ramionami.
IDŹ LEPIEJ POSZUKAĆ ŚMIERCI PCHEŁ. BYŁOBY BARDZO NIEDOBRZE, GDYBY ZNOWU SIĘ ZGUBIŁ.
PIP, odpowiedział posłusznie Śmierć Szczurów. Już miał wyjść, ale zatrzymał się jeszcze.
PIP, powiedział.
DZIĘKUJĘ. JA TEŻ CI ŻYCZĘ OWOCNEGO DNIA "POWIEDZ HALLO DO WEEN".
___
* Nawet nakręcili o tym kiedyś później film. Reżyser okazał się jednak całkowitym ignorantem, który nie potrafił docenić piękna słowa "dyniowy". Zostało więc ono w tytule zastąpione zupełnie innym, nie pasującym już tak przymiotnikiem. Zresztą, postać bibliotekarza również została wycięta z filmu z powodu zbyt wielkiej jego popularności w Ankh-Morpork. Nikt znajomy nie ośmieliłby się pójść do kina na film o nim. Prawdopodobnie dlatego, że siedziałby w pierwszym rzędzie i ciskał we wszystkich orzeszkami.
**Zostało udowodnione naukowo (m. in. brali w tym też udział wykładowcy Niewidzialnego Uniwersytetu), że jeśli prosi się kogoś o coś naprawdę żarliwie, prawie na pewno zrobi on rzecz dokładnie odwrotną.
SweetSonja
Kelebi Ithildin & Julka & SweetSonja
31.10.2004, 17:35
Myślodsiewnia
nie podoba misie to bo niema obiecanych gier !!!!!!!!!!!!!!
20.04.2005, 14:38Czy czarownica upadła?
2.12.2004, 16:05Przydałoby sie coś nowego... Jak będę miała wenę twórczą to coś może napiszę i jak będzie w miarę dobre to prześlę ^^ Kurczę, te opowiadania tyle czasu tu są a ja ich jeszcze nie przeczytałam... Chyba je sobie wydrukuję...
27.11.2004, 12:44dlaczego nie aktualizujecie?
18.11.2004, 12:53Pozwalam sobie poprzeć Julkę. I koniecznie Szpila zgłoś się do mnie z tym opowiadaniem. Albo zresztą lepiej nie. Mam tę niezdrową właściwość, że każdego potrafię pognębić. :)
16.11.2004, 21:40Nie chce być niegrzeczna , ale dlaczego tak mało tekstów i działów jest w Czarowniecy ?
16.11.2004, 17:01Łaski nie robisz, próbuj. Ja gwarantuję (nie testowane na zwierzętach etc):P
13.11.2004, 22:23Mogę spróbować, ale nic nie gwarantuje ;).
13.11.2004, 14:02Widzisz. Nikt nie stoi w miejscu. Za kolejne dwa latka napiszesz takiego fanfica że wszystkim żuchwa opadnie. Umowa?:P
13.11.2004, 09:19Dzięki Miranda ;D. Musze przyznać, żr tamte/tamto opowiadanie było chyba najgorszym jakie w życiu napisałam... ok, bły gorsze... cóż, to było dwa lata temu...
12.11.2004, 21:01