Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Czy nadzieja może umrzeć?

Promienie słońca powoli wpełzły do małego dormitorium Gryffindoru. Delikatnie, prawie niezauważalnie dla oka ludzkiego, musnęły jego ozdobione purpurowymi  atłasami ściany. Zaledwie przez moment obdarzyły swym przelotnym uśmiechem twarze śpiących chłopców. Wyjątek stanowił wysoki, szczupły i przystojny siedemnastoletni brunet, o niebieskich mądrych oczach i wysokim czole. Upodabniało go ono do słynnych  starożytnych magików a całej twarzy nadawało jakby nadziemską, niemal boską powagę. To właśnie tutaj spoczęły na dłużej pierwsze promienie wiosennego słońca. Jerry otworzył oczy. Jego duszę w okamgnieniu wypełnił optymizm. W sercu poczuł gwałtowną, niepohamowaną radość. Oto nadeszła pora roku na którą tak długo czekał. Wraz z nią miały się spełnić wszystkie pragnienia, przez całą zimę głęboko drzemiące w jego sercu i duszy. Chłopak ten, kapitan drużyny Quidicha, kochał bowiem ponad wszystko przyrodę. Rozmiłowywał się w zachodach i wschodach słońca, wiatrach niosących najrozmaitsze pieśni z różnych stron świata, burzach w których widział obraz gniewu Boga, morzach i jeziorach które kryły w sobie wiele z tajemnic które ludzie poznają dopiero po skończeniu świata, a nade wszystko rozkwitających kwiatach. Uwielbiał przyrodę budzącą się do życia po zimowym chłodzie, i apatii. Nie mamy się więc co dziwić tej radości, jaką wywołał na chłopcu pierwszy zwiastun wiosny. Jerry wybiegł na dwór w samej piżamie z nagimi stopami nie bacząc na poranny chłód, ani zimne posadzki szkoły. Biegł szybko, niemal jak ten Grek  spod Maratonu,  by powitać to co kochał najbardziej.
***
 
Kiedy tak siedział nad mieniąca się srebrem i złotem wodą, która dala wreszcie upust swojej melodii,  pod długiej i mroźnej zimie, i śpiewała o pięknie wszechświata i genialności Stwórcy, przypomniał  mu się mimo sprzyjającej wokół aury, najsmutniejszy wątek jego życia.
     "Wiedział, że nie może razem z wiatrem wędrować po kwitnących krainach obu światów magicznego i czarodziejskiego, że nie dane mu jest wstawać o poranku  zza gór czy morza, oświetlać ciemnych dróg srebrzystymi promieniami nocą. Był człowiekiem. Mimo, że jak każda ludzka rzecz był częścią, tego co najbardziej  umiłował , nie mógł zupełnie porzucić ludzi. Taka decyzja byłaby równoznaczna ze śmiercią. Nie chciał być bynajmniej ostatnim romantykiem. Nie pragnął umrzeć w samotności na nagiej  skale gdzieś pośrodku morza które nie ma końca, bez żadnego towarzystwa. Pragnął mieć choćby jednego przyjaciela. Wiedział, że całkowite odwrócenie się od ludzi zgubi go i nie będzie szczęśliwy. A przecież kiedyś tak bardzo pragnął zjednać ich sobie, ale oni wyśmiewali go, negowali jego wzniosłe idee albo kwitowali śmiechem.Za dobro odpłacili złem i niezrozumieniem, bo czymże były jego usilne pragnienia prośby i dążenia jak nie wzniosłym celem, który raz na zawsze zniszczyłby wszystko co złe na świecie. Zrównałby  Mugoli z Czarodziejami, złagodził ba całkowicie unicestwiłby  konflikty miedzy Gryfonami a Slytherinem.
   Pamiętał jak chodził z Elleną, nie kochał jej co prawda, ale liczył się wtedy cel. Ona była z przeciwnego obozu, ich miłość miała być zaczątkiem odrodzenia, nowej ery która zmieniłaby świat. Nie rozumiał  czemu nikt nie był w stanie tego pojąć. Przecież miał być kimś kto wyrasta ponad zwyczajnego, przyziemnego człowieka. To przecież nikt inny tylko Bóg powierzył mu opiekę nad światem. To on miał zrównać wszystkich ludzi i uwolnić świat od zła. Jednak wszyscy bez wyjątku wyśmiali jego plany i zamierzenia. Ileż to razy widywał ironiczne uśmiechy nawet samych nauczycieli. Skoro oni ostoja wiedzy i rozsądku tak właśnie czynili  to czymże był teraz on, który nie potrafił  nawet jednej osoby przekonać do swych poglądów, zmienić świata, wypełnić misji którą powierzył mu Bóg. To nie nikt inny tylko on zgubił świat. Zaprzepaścił szansę, która mogła na zawsze unicestwić zło. Kto wie za ile lat nadarzy się podobna okazja, i czy do tego czasu będzie jeszcze co ratować. Czy pozostanie tylko śmierć i zniszczenie, a ziemia stanie się tylko pustkowiem, pełnym złych istot. Miejscem gdzie nigdy nie zaświta już nadzieja?"
    Teraz  przypomniał sobie to wszystko i poczuł jak ostry lodowaty nóż  nieznanych, niepokojących uczuć powoli lecz skutecznie wbija mu się w serce. Łzy pociekły z jego szklistych, przepełnionych nostalgią do dawnych lepszych dni, oczu . Okropnie przygnębiająco wyglądał ten mały mędrzec w obliczu tak wielkiego szczęścia natury.   Łzy delikatnie spłynęły na krzak knowali, zastępując  mu poranną rosę, ale nie z radością, lecz jakimś okrutnie głębokim smutkiem. Wyrażał on zadumę nad losem jednostki i wielkim okrutnym światem, który sam sprowadza na siebie nieszczęście.
   Chłopak popatrzył w górę na niebo i ujrzał na tej błękitnej, podniebnej krainie morze okrętów, o najróżniejszych, fantazyjnych kształtach. Były tam feniksy odradzające się z popiołów, centaury pokroju Firenzo, sałat żerne gumochłony, gobliny o chytrej twarzy, a nawet domowe skrzaty. Uwagę chłopca przyciągnął statek, który do złudzenia przypominał Jednorożca. Kapitan Gryfonów wskoczył  na niego bez wahania, jak na swoją błyskawice podczas meczu. Odpłynął daleko, daleko na niezmierzoną przestrzeń oceanów,  poza granice świata, tam gdzie znajduje się kraina wyobraźni i niespełnionych marzeń. Zostawił świat ludzi daleko za sobą.
 ***
Ocknął się około południa. Leżał na trawie wśród tęczy wielobarwnych kwiatów, nad nim wciąż żeglowały chmury. Słońce stało wysoko na niebie roztaczając swe złoto-pomarańczowe promienie na cała dolinę. Jerry wstał,  ale świat który pamiętał sprzed  swej podróży na Jednorożcu nie był już tak piękny i wartościowy. Wszystko co kiedyś urastało w jego oczach do rangi bóstwa, teraz  nie było już tak zachwycające. Dawna strata, czyli niespełnione marzenie ze stukrotną siłą odżyło w jego sercu i wypuściło tysiące korzeni w których zawarte były:  żal do samego siebie, że nie był dosyć silnym by sprostać temu co stało na przeszkodzie w drodze do celu, a przed wszystkim nienawiść do ludzi którzy zniszczyli jego marzenia, nie pozwolili ich spełnić niszcząc przy tym samych siebie. Uczucia te coraz głębiej wżerały się w duszę chłopca , były jak szatan, i w uporządkowanym jej ogrodzie wprowadziły chaos i zniszczenie. Zdewastowały piękne kwiaty i posiały nasiona zła by zaczęły kiełkować. Na miejscu wierzb bijących miały wyrosnąć w przyszłości..........., zamiast  jednorożców    pojawić się miały ogromne  akramantule , a  hardodzioby  miały   zastąpić śmierciotule .  
***             
 
Jerry siedział nad brzegiem jeziora. Była późna bezksiężycowa noc. Wiatr dął silnie i powodował,  że drzewa szumiały przeraźliwie, a ich śpiew  przepełniony był żalem, smutkiem, zmagającym się niepokojem, rosnącym chaosem. Chłopak siedział i prowadził rozmowę sam ze sobą. Myślał o tym co było i o tym czego odwrócić już nie sposób. O tym co być mogło, a co się nie stało. O sobie i swej chwale do której w żaden sposób nigdy już nie dojdzie. Wraz z tymi myślami nasilał się w nim żal do całego rodzaju ludzkiego. Zwłaszcza tych wszystkich marnych czarodziejów, którzy jednym słowem zaważyli o całym jego życiu, a tym samym o losie całego świata. Od tej pory często siadywał nad brzegiem jeziora. Patrzył w jego martwe głębiny i słyszał szum i  jęk, który mówił o rychłej zagładzie świata.
   Z czasem całkowicie znienawidził ludzi. Nie miał już przyjaciół ani ukochanych. W każdym człowieku widział sprawcę swojego nieszczęścia a w oczach nauczycieli drwinę. Chadzał wszędzie samotnie. Na lekcjach siedział na uboczu mrucząc coś do siebie. Prawie w ogóle nie jadał, a jeżeli było przeciwnie to nigdy nie robił tego w towarzystwie. Nie wytrzymałby  ich palącego wzroku, który zdawał się ciągle z niego naśmiewać. A usta, jakiż one sprawiały Jerremu  ogromny ból, zdawały się ciągle mówić "Nie to wszystko jest zbyt naiwne, jeden człowiek nie naprawi świata nawet gdyby jego idee były najwznioślejsze". Wreszcie wystąpił nawet z drużyny Quidicha.
    Oczywiście na początku rozumiał  także swój błąd, i wiele razy kiedy siedział samotnie sam na sam ze swoimi myślami, wyrzucał to sobie. Zdawał sobie sprawę, że był zbyt  naiwny, że za bardzo wierzył w ludzi i w to, że z ich pomocą zrobi wiele. Pamiętał ilu miał przyjaciół .Jakże nie bardzo odległym wydawał się czas kiedy, był  bardzo znanym i szanowanym w szkole uczniem. Miał wielki autorytet. Wielu, często nawet rówieśników, brało go za wzór. Słyszał, kiedyś jak nauczyciele rozmawiali o nim i sami do niego się porównywali. Mówili, że  czasami  marnują zbyt wiele czasu na rzeczy błahe, że żaden z nich nigdy nie był  tak oryginalnym człowiekiem jak Jerry, że żaden nie miał takich ambicji i własnego tak dobrze wyrobionego zdania. Chłopiec pamiętał to wszystko, wciąż słyszał te słowa podczas bezsennych, bezksiężycowych nocy. Natura popełniła jednak jeden błąd stwarzając go, był zbyt dobry, za bardzo wierzył sercu. uważał że każdego człowieka można ująć wzniosłymi lecz szczerymi, pięknymi lecz zgodnymi z prawdą przekonaniami. Myślał, że kiedy otworzy własną duszę i serce przed drugim, on odpłaci tym samym. To była jego słabość, która zniweczyła tak wiele działań na zawsze. Tymczasem stało się inaczej, obie strony popełniły błąd i sprawiły że cały jego świat,  i nie tylko, walił się w gruzy. 
      Łzy powoli zalewały piękno duszy Jerrego. Przyroda, która jeszcze nie dawno miała być ucieczką od rzeczywistości nie mogła nic  zmienić w jego życiu. Gdyby wybrał taki los  mógłby  tylko poddać się temu co ma być. W obecnej chwili był samotny w każdym swoim działaniu i w pożerającym go smutku. Był jak bezbronna mucha, która nie wie jeszcze jak okropny i dominujący nad wszelkim życiem pająk czai się w ciemnościach, na samym skraju świata w centrum wielkiej pajęczyny, z której żadna ofiara nigdy się nie wydostanie.
***
 
Coraz bardziej żal przeistaczał się w  nienawiść. Jerry przestał z czasem dostrzegać własne błędy. W drugim człowieku zaczął widzieć wroga. W każdym jego geście, najczęściej przyjaznym, widział ironię, pragnienie poniżenia go, wyśmiania, wytknięcia mu błędów. Raz Deily, niegdyś jego najbliższy przyjaciel, wyciągnął do niego rękę. Zobaczył, że jest w złym w stanie psychicznym, i wspominając dawną zażyłość pragnął wyciągnąć go z tego bagna, nie chciał by smutek i żal przerodził się w chęć zemsty. Doprowadziły do upadku człowieka, który mimo wszystko może jeszcze zrobić wiele dla ludzkości. Deily działał  w imię przyjaźni, ale i ona została odebrana jako atak .Jerry odsunął się nawet od przyrody, którą niegdyś tak miłował. Denerwował go szum wody, w której słyszał szyderczy śmiech, jasne słońce świecące zbyt wesoło na niebie, kwiaty zbyt piękne by żałować jego nieszczęścia, zwierzęta które nazbyt swawolnie prowadziły życie by móc go zrozumieć. Odrzucił więc przyjaciół, ludzi znienawidził, przyrodę znieważył .Cóż więc pozostało?
***
 
 
Nocne spacery przemieniły się w rozmowę z czymś niewidzialnym ale coraz bardziej obecnym w duszy młodego idealisty, niegdyś pełnej optymizmu i radości życia teraz przepełnionej nienawiścią.    
     Chłopak wyczuwał to coś niewidzialne. Czuł jego zimny wzrok, który mówił o tym, że jeżeli chce się osiągnąć cel nie należy wahać się przed niczym. Często nawet śmierć drugiej istoty może być odpowiednim narzędziem do osiągnięcia celu. Jerry  czuł jak głos tego czegoś coraz częściej mu coś sugeruje. Zaczął mu się zwierzać, to przed nim wylał najwięcej łez i otworzył po raz drugi swą duszę. Teraz jednak był przekonany, że zwierza się właściwej osobie, choć jej nie widział. Czuł jej moc w każdym słowie, siłę w każdym niewidzialnym dla jego oczu ruchu, mądrość w we wszystkich rzeczach naraz. Niezaprzeczalnie wierzył, że znalazł to czego szukał. Oto objawił się przed nim  powiernik, któremu można powierzyć wszystkie swe tajemnice i który nie zawodzi nawet w najtragiczniejszej sytuacji, kiedy życie nie pozostawia już żadnej nadziei. Jerry nie zauważył jednak, że plan jaki rodził się w głowie tamtego, wykorzystuje jego żal przekształcony w chęć zemsty, do własnej sprawy. Nie dostrzegł że, nie ma w nim nic wzniosłego i dobrego, co choć by w najmniejszym stopniu było podobne do jego dawnych idei.
***
 
Głos mówił do Jerrego  parę nocy z rzędu. Nieustannie, a każde jego słowo było    
mądre. Mówiło o potędze, która zawładnie  światem w słusznej sprawie. Był zmęczony, ale słuchał go. Te słowa powoli stawały się jego życiem. Zresztą trudno by było  się sprzeciwić w tym momencie temu głosowi, tej niewidzialnej istocie, za dobrze  znała swoją ofiarę.Za każdym razem kiedy Jerry próbował wtrącić coś od siebie , czuł ból w całym ciele. Przeszywały go dreszcze. To coś  znalazło tunel w jego mózgu, który doprowadził go do źródła człowieczeństwa istoty ludzkiej, do korzeni bytu, do ego człowieka. Chłopiec zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę, dlatego przestał się sprzeciwiać. Zresztą nie było potrzeby bo wierzył niemal każdemu słowu wypowiadanemu przez swoje drugie "ja", jak zaczął nazywać to niewidoczne lecz mądrzejsze od wszystkich coś. Był z tym swoim niewidzialnym głosem naprawdę szczęśliwy. On był ucieleśnieniem jego samego, i miał moc uczynienia tego czego on nie był w stanie  wprowadzić w czyn.
***
 
Nadszedł czas by wprowadzić słowa w czyn, by uwolnić z pętów moc tamtego. Jerry opętany zwodniczą mocą i ogromną siłą, jakiej od wieków nie było na świecie, ruszył w świat by mordować i grabić w imię idei, która już dawno wygasła . Zaś dla  drugiego ego żal po jej stracie  stał się narzędziem do osiągnięcia potęgi. Potęgi, która niosła ze sobą zarazę, śmierć, cierpienie i plagi stokroć gorsze niż niegdyś spadły na kraj Egipski.
    Mordował z przyjemnością, z dziką radością w niewinnych wciąż oczach, bo przed nimi miał w dalszym ciągu ideę. Tak opętany przez moce stokroć  potężniejsze od niego podążał drogą zniszczenia. Siał wszędzie, gdzie się pojawił cierpienie i pozostawiał smutek. Tak, przyroda która była niegdyś balsamem dla zranionej duszy, została doszczętnie zniszczona i odpowiadała teraz  obrazowi jego sytuacji .
   Chaos na świecie, nędza i nieopisana tragedia, apokaliptyczny obraz świata to piętno zła, które na zawsze odciska swe ślady. Piętno, które było dziełem Valdemorta. Jerry zaś, z czasem stał się niepotrzebnym przedmiotem, niezbędnym narzędziem, które wyrzuca się po wykonaniu zadania. Był zbyt słaby jak na śmierciożercę, został więc skazany prze Czarnego Pana, swoje drugie "ego" na śmierć. I wtedy w obliczu tego czego boją się wszyscy śmiertelnicy, czegoś co prowadzi poza granice rozumu, co na zawsze zrywa nasze kontakty ze światem, zobaczył ogrom swego błędu...Pozostawiony na pustkowiu, w ramionach śmierci, umierał. Nie było już nad nim karzącej, wszechmocnej ręki Pana więc zaślepienie znikło. Ogrom zła przez niego wyrządzonego i tylu niewinnych, poległych ludzi sprawiła, że zapłakał. Właśnie wtedy, kiedy już nie było żadnej nadziei, dobro obudziło się.
     W tym samym czasie, kiedy łaska boża ocknęła się znów w sercu dawnego idealisty, nadzieja wstąpiła w serce wszystkich czarodziejów walczących w słusznej sprawie. Los świata miał się przechylić na stronę dobra, lecz jemu nie miało być dane tego ujrzeć. Ze łzami w oczach, z modlitwą na ustach odchodził z tego świata. Jerry był człowiekiem , który sam w sobie był zbyt  mały i słaby by zmienić świat  lecz jego pragnienie wielkie. To właśnie żal po nim zgubił go, lecz stara jak świat zasada non omnis morie przyniosła ostatnia nadzieję....
 
 
Koniec

Special thanks dla autora tytułu - Maja.

Szarka
7.08.2003, 19:09

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Sh. vel Arwi vel Szarka

:)

24.11.2005, 17:18
Chomik

Piękne. CHLIP!CHLIP!

9.10.2004, 20:19