Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Życiorys Snofru

Pierwsza część nowego cyklu opowiadań w

    Wielu wielkich czarodziejów spisywało swoje losy. Chcieli, aby pamięć o nich nie zaginęła. Większość ich pamiętników zachowało się do naszych czasów. Ja, Juliuszus Cezar postanowiłem odnaleźć te zapiski. Nie było to wcale łatwe zadanie, wiele z nich znajdowało się w trudno dostępnych miejscach. Jednak w końcu udało się, więc chciałbym przedstawić dziś pierwszych wielkich magów…




    Ja, Snofru, syn Atumnesa i jego żony Minei piszę te słowa nie, aby chwalić bogów, nie dlatego, że chcę zostać zapamiętany, nie aby ktoś wychwalał moje czyny, ale piszę to dla siebie samego.



    Ja, Snofru, syn Atumnesa, mam dość kłamstwa, które niszczy ludzi i ich życie, dlatego piszę tylko to, co widziały moje oczy lub wiem, że jest prawdą. I tym różnię się od innych ludzi, którzy spisywali historię i będą jeszcze to robić, ale nie mam im tego za złe, bo nawet niebianie są podstępni i okrutni, ale czcić ich muszę i chcę, bo czym byłby człowiek, który w nic nie wierzy? Byłby pusty i głuchy, a ja taki nie jestem.



    Ja, Snofru, byłem czarodziejem, choć jeśli kiedykolwiek ktokolwiek będzie czytał te słowa, to na świecie nie będzie już nikogo podobnego do mnie. I choć to właśnie dzięki magii stałem się bogiem, bo czczono mnie i wielbiono jak boga na ziemi, to sam niszczyłem moja siłę, i niszczyłem ją u innych.



    Ojciec mój, Atumnes, był żołnierzem. W każdej bitwie wyróżniał się męstwem odwagą, nigdy się nie oszczędzał, szedł do boju z wiarą w Egipt i bogów w umyśle i bojową pieśnią na ustach. Jego ducha walki zauważył sam faraon i mianował go najwyższym generałem. Odtąd mieszkał w pałacu razem z nim. Tam poznał pewną piękną damę dworu o imieniu Minea. Zakochali się w sobie i stłukli razem dzban. Niedługo potem ja się narodziłem.



    Moja matka często o tym opowiadała, zanim zginęła, a wszystko zaczęło się, kiedy jak co roku wody Nilu zaczęły opadać i chłopi wkraczali na swoje pola. Do tego dnia nie wiedziałem, że najbliższa mi osoba jest czarownicą, na dodatek chciała sprawdzić czy ja po niej to odziedziczyłem. Rzuciła na mnie proste zaklęcie powodujące u mugoli krwotok z nosa, ale mi nic się nie stało. Radość mamy była ogromna i nie mogąc opanować radości i energii trafiła we mnie oszołomiaczem, przez przypadek oczywiście. Miałem wtedy sześć lat a ojciec mój razem z faraonem byli w Nubii, aby zawrzeć z Murzynami pokój.
Wrócili miesiąc później. Król był na niego zły, krzyczał, ale chyba nie chciał go zabić, ale ja nie mogłem stać i bezczynnie na to patrzeć:
- Stsel w tego głośnego, zlotego pana tym czerwonym swiatlem! – powiedziałem do matki.
Zapadła głucha cisza. Nikt nie śmiał nic powiedzieć, dopiero kiedy mój tato rzucił się do stóp władcy o litość, mówiąc, że to niemożliwe, ten wydał wyrok śmierci. Sekundę potem moi rodzice leżeli już martwi. Mnie oszczędzono, choć wolałbym zginąć wtedy razem z nimi.



    Przez następne kilka lat żyłem w smutku i bólu. Nie miałem żadnego celu w życiu, chciałem umrzeć, ale nie wiedziałem co to znaczy i jak to zrobić. Słyszałem tylko jak w pałacu damy dworu rozmawiały między sobą, że lepiej dla mnie byłoby umrzeć niż żyć, a ja im wierzyłem. Chciałem wreszcie kogoś poprosić o wytłumaczenie mi tego słowa, kiedy pewnego dnia wszedł do mojej komnaty jakiś starzec Ratofer:
- Witaj Snofru – powiedział – ja jako jedyny w całym pałacu znam, ekhyhyhy, twoją tajemnicę, wiem, że jesteś czarodziejem, zresztą tak jak ja, ale nie zamierzam o tym nikomu mówić i tobie też radzę trzymać buźkę na kłódkę, bo ja, ekhyhyhy, będę cię uczył magii, aż staniesz się najpotężniejszym człowiekiem w całym Egipcie!
Stanąłem jak wryty i nie wiedziałem co powiedzieć, on to wykorzystał i wyciągnął z kieszeni jakiś długi, drewniany, cienki kijek:
- Oto różdżka – powiedział z zachwytem – pozwoli, ekhyhyhy, ci zdobyć władzę i stać się bogiem!
Nadal miałem problemy z mówieniem. Władzę? W Egipcie? Bogiem? On chyba postradał zmysły! Jakim cudem!?



    Słowa Ratofera zrozumiałem dopiero po siedmiu latach, po siedmiu latach ciężkiej nauki, po tym jak dostałem swoją własną różdżkę, po tym jak bezpotomnie umarł faraon… Właśnie wtedy po raz pierwszy poczułem głód władzy, chęć rozkazywania tysiącom poddanym, bycia panem życia i śmierci poddanych…



    Po siedemdziesięciu dniach od śmierci króla, wielki wezyr, a był nim Ratofer, musiał zgłosić kandydatów do władzy. Ja byłem pierwszym kandydatem, ale oprócz mnie był ktoś jeszcze. Dziś nie pamiętam jego imienia. Rada starszych nie chciała wojny domowej, która jest najgorszą z wojen, oby bogowie nigdy nie pozwolili na taki konflikt w Egipcie. Postanowili więc przeprowadzić próbę. Poddani kraju nad Nilem nie wiedzieli na czym ma polegać. Ja tez nie wiedziałem. Widziałem tylko wielki plac budowy.



    Po miesiącu oczekiwania na próbę zostałem przewieziony na miejsce gdzie jeszcze wczoraj pełno było niewolników uwijających się pod batami architektów. Dziś stała tam jakby mastaba. Miała dwa wejścia. W jedno z nich kapłan wepchnął mnie w milczeniu. Kamienne drzwi zasunęły się z hukiem.

    Znalazłem się w tunelu. Był wąski i ciemny. Musiałem odczekać dłuższą chwilę zanim moje oczy się przyzwyczaiły. Po chwili pomyślałem jednak, że to niepotrzebne, przecież miałem różdżkę. Szepnąłem „Lumos” i z końca różdżki wytrysnął wąski promień światła. Oświetliła unoszącą się jakieś dziesięć metrów przede mną inna różdżkę! Przestraszyłem się, ale nie chciałem łatwo zrezygnować z władzy. Zacząłem walczyć. „Expelliarmus” - powiedziałem i korytarz zabłysnął czerwonym światłem. Mój niewidzialny przeciwnik zrobił dokładnie to samo i oba promienie zderzyły się z hukiem! Przeraziłem się i uświadomiłem sobie jak bardzo boje się magii. W tym momencie przeżyłem olśnienie, pomyślałem o wygiętym patyku, krzyknąłem: „Riddiculus” i zaśmiałem się. Bogin zniknął. Droga była wolna. Ruszyłem żwawo do przodu.
Wędrowałem jakiś czas. Szedłem dość pewnie dopóki nie stanąłem na kamieniu, który zapadł się… Nagle ze wszystkich stron doszedł mnie jeden dźwięk: „świst!”, „świst!” Zdołałem wyszeptać tylko jedno słowo: „Protego!” i to jedno słowo uratowało mi życie. Przynajmniej sto strzał leżało u moich stóp. Upadłem. Na czoło wystąpił zimny pot. Nie mogłem się opanować. Dopiero po dłuższej chwili wziąłem się w garść wstałem.



    Teraz już nie maszerowałem, teraz się skradałem, długo, bardzo długo. Wydawało mi się, że za każdym zakrętem czyha niebezpieczeństwo, ale nie było nic, zupełnie nic. Czułem się coraz bardziej nieswojo. Wolałem jakichś przeciwników niż to napięcie i tą ciszę. I kiedy te myśli zaprzątały mi głowę poczułem, że wdepnąłem w coś mokrego. Stałem w wodzie. Podszedłem jeszcze kilkadziesiąt metrów i usłyszałem wodospad. Znajdował się bardzo blisko. Przystanąłem i napiłem się. Nagle coś wpadło mi na głowę i przytknęło dłoń do moich ust. Poczułem się jakbym się zachłysnął. Szarpnąłem się i oto przed moimi oczyma stanęło około trzydzieści druzgotków! Wszystkie, w tej samej sekundzie, rzuciły się na mnie i pozatykały mi nos i usta. Okropnie mnie podrapały, ale nie zdołały wyrwać mi z ręki różdżki. Wpadłem w panikę. Zacząłem walić w te małe potworki każdy zaklęciem, które przyszło mi do głowy. Pomogło. Wszystkie stworki, jak jeden mąż, rozpierzchły się i pochowały. Więcej ich nie widziałem.
Podrapany i posiniaczony wdrapałem się na wodospad, na szczęście dla mnie miał tylko metr wysokości. Kiedy już pokonałem tą przeszkodę, zacząłem modlić się, aby za zakrętem było wyjście. O dziwo, moje słowa zostały wysłuchane! Daleko, na końcu korytarza zauważyłem promyk światła. Chciałem biec, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa przystanąłem, więc aby nabrać sił. Ale koniec budynku wcale się nie zbliżał! Zdenerwowałem się i zacząłem iść szybciej, tak szybko jak tylko mogłem i nagle oślepił mnie blask słońca. Upadłem.



    „Oto nowy faraon. Schylcie przed nim czoła!” Usłyszałem jakby z oddali głos Ratofera. Podniósł mnie, włożył do lektyki i usiadł obok mnie. „Do ekhyhy pałacu” - rozkazał.
Niewiele pamiętam z następnych dni. Wiem, że leżałem i leczyłem rany. Nawet nie pamiętam dnia, kiedy najwyższy kapłan namaścił mnie i włożył na głowę Koronę Obojga Królestw. Sam, jednak nie mogłem unieść ciężaru władzy od razu. Przez miesiąc państwem władali moi ministrowie.
Kiedy tylko usiadłem na tronie wydałem dekret zakazujący używania magii. Rozkazałem zabijać na miejscu każdego, kto choć trochę, jak to wtedy ująłem, jest nienormalny. Gdy dowiedział się o tym Ratofer, przybiegł do mnie zdenerwowany „Jak możesz wydawać taki dekret?! Przecież on godzi tez w ciebie!”. Nie mogłem tego ścierpieć rozkazałem zabić go, za to, że wydaje bezpodstawne oskarżenia na faraona. Pierwszy strażnik, który do niego podszedł zginął, a inni przestraszyli się i zatrzymali. Korzystając z tego Ratofer wystrzelił ze swojej różdżki do mnie. Nie trafił. Ja wyciągnąłem swoją, ale tak żeby nikt nie widział i wypaliłem. Najwyższy kapłan zginął. „Rykoszet” - powiedziałem do strażników z pogardą. Jednak jeszcze w tej samej chwili podbiegłem do już zimnego ciała i rozpłakałem się. Zabiłem swojego nauczyciela, prawie ojca, tego, który wyniósł mnie na szczyt! Ozyrysie, nie mogłeś mnie wtedy powstrzymać! Do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć. A wszystko przez to głupie rozporządzenie, przez to, że bałem się dnia, w którym spotkam czarodzieja potężniejszego ode mnie. I kiedy o tym pomyślałem, postanowiłem się zmienić. Odrzuciłem magię, wybudowałem dla Ratofera piramidę i przestałem ścigać magów, zacząłem dbać o innych i dopuściłem do siebie myśl, że kiedyś przestanę rządzić.
Od tego momentu zająłem się Egiptem. Doprowadziłem kraj na szczyt, uporządkowałem sprawy Nubii, ulżyłem chłopom, zawarłem sojusz z krajem Mitanii, mimo, że żyłem z dnia na dzień. Nawet ślub Litanii, piękna księżniczką mojego sojusznika niewiele zmienił. Żona urodziła mi syna, którego starałem się wychowywać na dobrego władcę, ale wciąż nie mogłem pozbyć się myśli o synu, który będzie musiał przeżyć to samo co ja.



    Zasłynąłem jako największy z dotychczasowych faraonów, dobry gospodarz i wódz, ale okupiłem to życiem w ciągłym strachu. Co dzień przypominając sobie o towarzyszącym w życiu strachu i bólu…

Juliuszus Cezar
19.08.2004, 09:57

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

astrit

nawet nawet mogło by byc dłuszsze czekam na nastempny artykul

15.10.2004, 13:15
Evelaine

Tekst jest całkiem niezły, ale dużo tu nie porozumień: np. damy dworu w Egipcie? Jest tu również za dużo różnych różności z Harrego Pottera, ale napisane spox!

15.09.2004, 16:58
Ulcia

tak w sumie to ja nie wiem co mam powiedzieć =] tzn napisać ściśle mówiąc. No cóż...to że bardzo fajnie napisane to wiadomo więc nie wiem co mam tu jeszcze dodać =]

10.09.2004, 16:14
Simbelmyne

Mi też się bardzo podoba.

30.08.2004, 17:21
Miśka

Ja tam żadnych błedów nie widze (moze już są usuniete?) bo nie zwracam na nie uwagi. Ale wogóle to super!fajne połączenie bóstwa z czarodziejami.

21.08.2004, 14:09
Juliuszus Cezar

dzieki Ivanko, ale też dzięi za krytykę, teraz dopiero zauważyłem te błedy, naprawdę dziękuję i mam nadieję, że się ich pozbędę...

21.08.2004, 09:35
Ivanka

Czepiacie się... A brat Albusa miał na imię Aberforth. Poza tym pokażcie mi kogoś kto nie popełnił żadnego błędu...

20.08.2004, 12:47
Ivanka

Rany Juszek! To jest genialne!!! Wspaniała stylizacja i doskonały pomysł... Na dodatek o Egipcie! Jesteś wielki!

20.08.2004, 12:45
Ginny

Może być...

19.08.2004, 19:55
Valaraukar

Mauzol, nie zmienisz poziomu mentalnego całego świata. Doprawdy, szlachetna idea ale małe szanse powodzenia.

19.08.2004, 19:20