Benjamin
Kolejne - znowu wspaniałe! - opowiadanie Ivanki
Aibhill Ponieważ właśnie wypoczywam poprosiłam Valaraukara, żeby dodał opowiadanie Ivanki. Pozdrawiam Was serdecznie!!!Albusie!
Zgodnie z Twoją prośbą, przypomnieliśmy sobie z Benji treść owego pamiętnika odnalezionego w Otchłani, pisząc „treść” mam na myśli sensy zapisanych tam zdań... Sam rozumiesz, że przypomnienie sobie tych wszystkich przedwiekowych sformułowań, łacińskich wtrętów, słowem całego średniowiecznego języka którym to było napisane przerasta nasze możliwości. Nie rozumiem po co jest Ci potrzebna ta relacja i myślę, że nie chciałbym zrozumieć. U nas wszystko w najlepszym porządku, budujemy dom na Leśnej Łące (tej w Whitefood), czuj się zaproszony gdy tylko skończymy, z Minerwą jeśli chcesz, wkrótce spodziewamy się przybycia nowego członka rodziny.
Aberfort
Do Hogwartu przybyłem w wieku jedenastu lat, za wstawiennictwem mojej Ciotki Hildegardy, dobrej znajomej prześwietnej Panny Ravenclaw. Zamek (z tego co pamiętam), na pierwszy rzut oka sprawiał doprawdy ponure wrażenie, wzniesiono go z szarego wygładzonego niczym powierzchnia tego najnowszego wynalazku zwanego lustrem kamienia, niemal nie widać było miejsc spojenia, mury były wysokie, wieże strzeliste, okna małe, wąskie i jakby ściśnięte naporem ścian, las otaczający szkołę ciemny i groźny... Serce moje wzdrygnęło się z lękiem, gdy Ciotka pozostawiła mnie samego na brzegu jeziora, gdzie stało już kilkunastu równie struchlałych jako i ja chłopców. Nadpłynęła gęsta mgła, która po chwili znikła w sposób równie tajemniczy jak się pojawiła, odsłaniając oczom naszym kilka łódek kołyszących się lekko na tafli jeziora. Wsiedliśmy do nich i popłynęliśmy z lękiem w sercach ku wzgórzu zamkowemu. Pamiętam straszliwe wrażenie jakie wywarły na mnie drzwi wejściowe, były zamknięte, ogromne i złowrogie, zbite niedbale z ciemnych, nieheblowanych desek... I były nieruchome. Długo już staliśmy przed nimi, gdyśmy usłyszeli dziwne głosy za plecami, odwróciliśmy się. Z czterech pięknych karoc o kolorach purpury i złota, zieleni i srebra, bieli i granatu oraz żółci i czerni, do których zaprzęgnięto młode jednorożce, wysiadło około tuzina dziewczynek. Po raz pierwszy od chwili ujrzenia szkoły, zrozumiałem jak wielkimi mędrcami muszą być jej założyciele, skoro skłonili do uległości stworzenia tak niezależne jak jednorożce. Dziewczęta wyglądały na jeszcze bardziej przelękłe od nas, natychmiast ścisnęły się, tworząc jedną, dużą grupę nastroszoną blond, rudymi i czarnymi włosami, rzucającą ku nam nieufne spojrzenia. Drzwi otwarły się i wówczas ujrzałem ich po raz pierwszy. Jakże byli odmienni od tych ludzi, których w wiele lat później opuściłem, nie mogąc dłużej znosić zżerającej ich nienawiści...
Czwórka ich stała ramię w ramię, wszyscy byli uśmiechnięci, oczy ich sypały iskry, jednocześnie (jakby ćwiczyli ten gest tysiące razy, choć jak się dowiedziałem znacznie później, było to całkiem spontaniczne) otworzyli gościnnie ramiona, jakby chcieli nas wszystkich zgarnąć w nie i uściskać, po czym krzyknęli: „Witajcie w Hogwarcie! Zapraszamy!”, a wówczas opadł z nas cały strach i wszelkie napięcie nerwów, uczuliśmy, że jesteśmy w domu i dusze nasze przepełniła radość w najczystszej swej postaci.
Wędrowaliśmy jedno za drugim długimi korytarzami, a oni prowadząc nas opowiadali w którym miejscu leżeć będą dywany, gdzie umieści się obrazy, pokazali nam sale nauki, niektóre urozmaicenia, jakie wprowadzili aby wygnać z zamku nudę (typu: ruchome schody, stopnie pułapki, fałszywe drzwi, szafy z upiorami, duchy rezydenci, tajemne korytarze i komnaty...). W końcu dotarliśmy do ogromnej sali, której budowa jako jedyna wyglądała na w pełni zakończoną, Panna Ravenclaw uniosła rękę do góry, mimowolnie podążyliśmy za nią wzrokiem, kilka dziewcząt pisnęło z przestrachem, nad naszymi głowami kłębiły się czarne, ciężkie od deszczu burzowe chmury, niebo rozdarła błyskawica, słyszeliśmy szum deszczu, lecz nie widzieliśmy spadających kropel. Nagle spłynęło na mnie olśnienie, zakrzyknąłem, że strop musi być zaczarowany, pamiętam jak opowiedzieli, z zawadiackimi uśmiechami, że Salazar i Helga wpadli niezależnie na ten pomysł. Slytherin chciał, aby uczniowie zawsze czuli iż mogą sięgnąć gwiazd a Hufflepuff, aby promienie słońca i widok nieba zawsze przypominały im o pięknie życia. Środek sali zajmował ogromny, okrągły stół, po jego wewnętrznej stronie stały cztery fotele, po zewnętrznej mnóstwo wygodnych, wyściełanych pluszem krzeseł. Salazar i Godryk rozpędzili się i jednym skokiem przesadzili blat stołu, po czym pomogli się przedostać Heldze i Rowenie, znowu wszyscy czworo spytali w tej samej chwili „I czemuż stoicie?” z radością, ale i onieśmieleniem zajęliśmy krzesła, w owym świeżo nastałym chaosie nagle przestały obowiązywać wszelkie podziały... Razem z dziewczętami i opiekunami prowadziliśmy najdziksze rozmowy niemal pijani szczęściem.
Po owej kolacji byliśmy już mocno znużeni, a jednak nasi nauczyciele zaplanowali dla nas jeszcze jedną atrakcję, zabrali nas wszystkich do Hogsmade, abyśmy tam nabyli niezbędny sprzęt. Nostalgia ogarnia mnie na myśl o tamtych czasach w których, aby dostać choćby składniki eliksirów trzeba było mieć protektora znającego odpowiednie miejsca, nie to co dziś, dziennie piętnaście zaklęć zapomnienia na mugolską inkwizycję która kupiła różdżkę... Co za czasy! Nieważne zresztą. Przed snem natychmiast podzielono nas według płci, niewiasty ruszyły za Helgą i Roweną, my za Salazarem i Godrykiem, wciąż było nas nieco za dużo do zmieszczenia w przydzielonej komnacie, zrobiono z nas więc kolejne dwie grupy. Moja pozostała przy Godryku w pokoju na wieży, Salazara wyszła i zniknęła gdzieś na schodach prowadzących do lochów, przed rozstaniem opiekunowie wymienili stroskane spojrzenia, usłyszałem cichy, spokojny i dystyngowany głos Slytherina mówiącego, że coś będzie trzeba wymyślić i beztroski, donośny baryton Gryffindora odpowiadający, że „i owszem, trzeba ich jakoś inaczej podzielić”, potem obaj zaczęli utyskiwać, że „nici z dzisiejszych szachów”.
Tak minął mój pierwszy dzień w Hogwarcie, jedyny który pamiętam w całości od obudzenia do pogrążenia się w śnie, inne stworzyły w moim mózgu pewien schemat śniadanie, lekcje z Roweną, lekcje z Salazarem, z Godrykiem, z Helgą, obiad, wycieczka, zabawy z kolegami, lub romantyczne wieczory w towarzystwie koleżanek, kolacja, dyżur na korytarzach (gdy już zostałem prefektem), w końcu sen.
Nie mógłbym opisać każdego dnia z osobna, a jednak pamiętam wszystkie zmiany, w kolejności w jakiej następowały naprawdę, a nie w takiej, w jakiej chcą je teraz widzieć ludzie. Wiem na przykład, że podział na dormitoria odbył się o wiele wcześniej niż ta epoka kłótni i sporów między opiekunami i że początkowo nie przywiązywano żadnej wagi to tego, gdzie kto śpi (jeżeli tylko nie z przedstawicielką innej płci), noclegi były stałą wędrówką ludów, to samo ze stołami w jadalni, wszyscy czworo stwierdzili zgodnie, że okrągły stół jest niepraktyczny, gdy byłem w drugiej klasie, a do szkoły weszło około setki kolejnych uczniów, to nie miało nic wspólnego z domami... Ale teraz, oczywiście, nikt mi nie wierzy, twierdzą, że wypieram z umysłu fakty, bo są dla mnie zbyt bolesne, a na dodatek jestem już starym człowiekiem, nie ten umysł co dawniej... Phi! Gdyby mieli umysły choć w połowie takie jak mój, z pewnością nam - czarodziejom lepiej by się działo...
Jest jeszcze jedna sprawa na której sprostowaniu bardzo mi zależy: to legenda o złym Salazarze i dobrej, wspaniałej pozostałej trójce. Znałem ich chyba lepiej niż ktokolwiek inny, wszyscy mnie uczyli, a potem uczyłem wspólnie z ową „szlachetną trójką” w zastępstwie Salazara. Najlepiej po prostu ich opiszę, takimi jakich zapamiętałem:
Rowena była bez wątpienia piękną kobietą, a poza tym dumną, dumną i bezwzględną. Jedyną jej miłością była wiedza, szanowała tylko inteligencję, wszystko inne zbywała pogardą. Zawsze znalazła sposób na wykonanie tego, co sobie zamierzyła, była zapobiegliwa, ale tylko w kwestii wygody własnej osoby, niewiele poza nią samą i nauką było stanie ją zainteresować. Lubiła rządzić, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy... i kochała być podziwiana, zawsze podejrzewałem, iż tylko z tego powodu przyjaźniła się z Helgą... Od szkoły oczekiwała tylko dostarczenia wielbiącej ją publiki w postaci uczniów... Nie zawiedliśmy jej oczekiwań, na sam widok smukłej sylwetki w niebieskiej szacie i chmury rudawych włosów wpadaliśmy w cielęcy zachwyt, nie musiała nawet popisywać się swoimi magicznymi umiejętnościami.
Helga była śmieszna, też piękna, ale w zupełnie inny sposób niż Ravenclaw, była „odpowiednio zaokrąglona tu i ówdzie”, jak to określił kiedyś, po kilku kielichach wina, mój znajomy. Z warkocza zawsze wystawały jej jasne, niemal białe kosmyki włosów, igrając wokół twarzy niczym promienie słońca. Przez długi czas bardzo przypominała słońce, każdym gestem, każdym spojrzeniem niebieskich oczu zdradzała, że kocha cały świat, że życie sprawia jej tylko i wyłącznie radość. Gotowa była wszystkich przycisnąć do serca. Poza tym była straszliwie naiwna i już po roku nauki byliśmy znacznie lepsi od niej w magii, zawsze służyła za pośrednika i sędzię we wszystkich sporach... Po zniknięciu Salazara i moim szczęśliwym powrocie zaczęła marnieć w oczach, udało mi się namówić jej córkę Marion, aby zabrała ją do siebie i powierzyła opiekę nad dziećmi, zdaje się, że wszyscy byli z tego zadowoleni... W Godryku i Rowenie jej widok wzbudzał tylko wyrzuty sumienia.
Godryk był zawsze w centrum uwagi: piękny, odważny, pomysłowy, mężny i do szczętu nieodpowiedzialny. Przynajmniej pięć razy dziennie musiał komuś zrobić „dowcip”, nieustannie opowiadał „żarty”, wszędzie go było pełno, w całej szkole słychać było jego głos... Oczywiście nigdy nie chciał nikomu zrobić krzywdy, ale i tak zawsze, przynajmniej raz dziennie doprowadzał kogoś do łez. Był bardzo porywczy i szczery do bólu, kiedy miał zły humor potrafił krzyczeć przez trzydzieści minut na dodatek używając języka plebsu. Jednak mimo tych wad nie sposób było go nie lubić, choćby wyrządził komuś największą krzywdę, ten ktoś i tak przebaczał mu wszystko widząc w jego oczach najszczerszy żal. Cały problem z Godrykiem polegał na tym, że najpierw robił, a myślał potem. Gotów byłby na wszystko w imieniu odwagi. Prezentował się wspaniale, miał sylwetkę godną rycerza, czarne oczy, ogorzałą cerę i włosy koloru owocu kasztana to wszystko okraszone wdziękiem którego często pozbawione są najpiękniejsze księżniczki. Wyobrażacie sobie, że przez niego znalezienie narzeczonej w szkole stawało się niemal niemożliwe, wszystkie dziewczęta były w nim zadurzone i ślubowały pobrać się z nim lub iść do klasztoru... k o b i e t y...
Nie zawaham się tu napisać, że Salazar był z nich wszystkich najmądrzejszy, nie tak wykształcony jak Rowena, nie tak dobry jak Helga i nie tak wspaniały jak Godryk, ale mimo to mądrzejszy życiowo, miał to, czego im brakowało: zdrowy rozsądek. Był potężny i mimo tego, iż natura nie obdarzyła go zbyt pokaźnym ciałem, wszyscy to widzieli: był wcieleniem godności. Posługiwał się językiem wartym królewskiego syna, nigdy nikomu nie ubliżył, wręcz przeciwnie, im bardziej był na kogoś zły, tym uprzejmiej się do niego odnosił. Nigdy nie podniósł głosu ani ręki na żadnego z uczniów. Wymagał wiele, tym więcej, im bardziej kogoś lubił. Nazwano go dwulicowym, lecz on po prostu fizycznie nie potrafił zmusić się do nieuprzejmości, nawet uwagi obraźliwe stroił w słowa tak piękne iż nie można było czuć się skrzywdzonym. Był ambitny, chciał aby Hogwart był najlepszy i aby przetrwał całe wieki. Oczywiście to on próbował wnieść słynne ograniczenie przyjęć do szkoły, uzależnione od pochodzenia, lecz ostatecznie i pod jego pieczą znajdowały się osoby ze zwykłych rodzin. Próbował zabezpieczyć Hogwart przed inkwizycją, wciąż powtarzał, że jeżeli jakiś fanatyk dotrze do niemagicznej rodziny ucznia i zastosuje swoje słynne metody, dzieciak się załamie i nas wyda, kto by się nie załamał w obliczu cierpienia najbliższych? Dlatego gdy przyjmował (co prawda tylko w wyjątkowych okolicznościach) do swojej klasy „niekrewnego” izolował go całkowicie od jego rodziny, najczęściej pozorował pożarcie przez wilki. Najlepiej umiał porozumieć się z Helgą i Godrykiem chociaż byli swoimi skrajnymi przeciwieństwami, naprawdę ich lubił, nie za to że byli jacy byli, tylko po prostu za to, że byli. Nie cierpiał jednak Roweny, choć oczywiście nigdy jej tego nie okazał, pierwszy zorientował się w tym, że wszyscy są dla niej jedynie tłem dla jej własnej osoby, wiedział, że jedyną wartością którą ceniła jest jej własne „JA”... Nawet ją chciał zmienić, uświadomić... Chciał wszystkim oszczędzić cierpienia, chciał ocalić innych przed ich własną głupotą i oto jak mu się odwdzięczono. Oczywiście zbudował Komnatę, sam mi to kiedyś wyznał, to był środek ostateczny, wierzył, że jego potomek nie mógłby użyć tego dla swawoli, czystej złośliwości, podłości czy też z bezmyślności. Ukrył tam coś, co w razie potrzeby ma usunąć zagrożenie ze strony „niekrewnych” i inkwizycji. Pamiętam błysk w jego zielonych oczach gdy o tym opowiadał, blade, chude palce trzymające filiżankę, czarne włosy opadające na szczupłą twarz. To było po pierwszym przydziale, gdy zagrabiła mnie Rowena, Salazar bardzo tego żałował, ale przyznał jej rację, dla mojego dobra, wiedział, że nauczy mnie więcej niż on, a nie zabroni mi go odwiedzać.
A więc, jak ja, pogardzany przez wszystkich, nawet przez własną rodzinę starzec, zapamiętałem wszystkie następujące w Hogwarcie zmiany?
Wpierw była kłótnia Roweny i Godryka, nic w tym dziwnego, ostatecznie tych dwoje posiadało najsilniejsze temperamenty z jakimi zetknąłem się w całym moim długim i pełnym różnorakich doświadczeń życiu. Rowena odkryła, iż Godryk, czasem, zamiast prowadzić przydzielone sobie wykłady, naucza nas władania bronią, kodeksu rycerskiego, pojęcia honoru i sławy, dla wielu z nas już wkrótce nie było niczego ważniejszego jak tylko żyć podług jego zasad, zaprzątnięci sprawami własnego męstwa i szlachetności przestali uważać na lekcjach innych nauczycieli, przestali wodzić wzrokiem za piękną Ravenclaw... A Rowena była zazdrosna... Oczywiście umiała to doskonale ukryć pod płaszczykiem troski o nasze wykształcenie, wszak Gryffindor mieszał nam w głowach, przez jego nieodpowiedzialność i banialuki opuszczaliśmy się w nauce, tępieliśmy z dnia na dzień! Jak długo trwał ten spór, zanim rozstrzygnął go Salazar nie umiem już określić... Grunt, iż po tym między domami faktycznie zaczęły zachodzić różnice. Uczniów podzielono na cztery grupy. Inteligentni wpadli w sieci Roweny, Gryffindor przyjął swoich „rycerzy”, Salazar postanowił wspierać dążenia ambitnych i rozumnych, Helga przygarnęła resztę...
Od tamtej pory zaczął się początek końca, bariery między domami pogłębiały się, gryfoni pogardzali ślizgonami za ich rozsądek, który nazywali brakiem odwagi, oraz krukonami, którzy wyżej cenili wiedzę niż honor.
Ślizgoni zarzucali gryfonom brawurę i brak zimnej krwi, niestałość i małostkowość, często specjalnie ich drażnili, aby obserwować wybuchy „świętego gniewu” i nabijać się z nich do woli, starali się nie zauważać puchonów ich zdaniem, były to jakby małe, nieszkodliwe, przyjazne psiaki... Z tym, że mieli na głowie własne, ambitne cele, nie mieli czasu dla psiaków...
Krukoni nie lubili nikogo, byli tak samo dumni jak i ich opiekunka.
Puchoni bali się ślizgonów, nabożną czcią otaczali krukonów i gryfonów...
Potem Salazar sprowokował Godryka do stworzenia tiary, wpierw podsunął mu wątpliwość, cóż się stanie gdy ich zabraknie, jak będzie się dobierać uczniów, a następnie zręcznymi aluzjami i omowniami sprawił iż Godryk „sam” wymyślił rozwiązanie... Gdy opowiadałem tą historię, często pytano mnie po co zadawał sobie tyle trudu, dlaczego sam nie ogłosił swego odkrycia. Zawsze odpowiadałem to samo: Salazar nie potrzebował poklasku tłumu, on znał swoją wartość, nie szukał rozgłosu ni marnej sławy... Wiedział przy tym, iż jeśli on wysunie podobny wniosek, będzie musiał długo i mozolnie przekonywać do niego Rowenę i Helgę. Do Gryffindora Ravenclaw nie odzywała się, Helga bała się odezwać, jego porywczy charakter zawsze skrajnie ją onieśmielał. Dyskutowały za to ze Slytherinem, z nim każdy rozmawiał, każdy znajdował w nim doskonałego słuchacza, był łagodny i spokojny w stosunku do Helgi, uprzejmy i dworny dla Roweny, przy Godryku zachowywał uśmiech i stanowczość...
Dlaczego chciał stworzyć tiarę? Wiedział, że nie dzieje się dobrze, wiedział, że wiele dzieci ma różne talenty i często trafia do niewłaściwych domów, jedynie przez zachcianki opiekunów. Przedmiot jest bezstronny, pozostawia Ci nawet możliwość wyboru... Poza tym uznał, że wszystko będzie lepsze niż podział kierowany gniewem i animozjami, uznał, że dzięki tiarze zmniejszą się bariery między uczniami, że jeżeli na przykład gryfon usłyszy, iż ma też cechy krukona i ślizgona będzie ich mniej nienawidził, starał się zrozumieć... Przyszłość pokaże, czy to się uda, chociaż wątpię: natura ludzka jest bezwzględna...
Zaczęło się od Gryffindora i Ravenclaw, skończyło na Salazarze i Godryku.
Prefektem zostałem w szóstym roku nauki, dla mnie był to rok ostatni, wyprzedziłem znacznie innych uczniów, uczyłem się z ksiąg i z tego co opowiadali mi nasi nauczyciele, gdy skończyli zajęcia, często z nimi rozmawiałem, choć byłem z przydziału Krukonem, jednak najwięcej nauczył mnie Salazar, byłem niemal tak samo dobrym rozmówcą jak i on, czasem nawet lepszym bo w stosunku do mnie można się było zachowywać z wyższością... Pewnej nocy gdym obchodził korytarze zaganiając do komnat nocnych wycieczkowiczów, posłyszałem ogłuszające kołatanie do bram, natychmiast zbiegłem ze schodów, lecz ku mojemu zdziwieniu w drzwiach ujrzałem już kompletnie ubranych i rozbudzonych Slytherina i Gryffindora wspólnie dźwigali małą, obitą brązem skrzynkę, zastanowił mnie wyraz ich twarzy... Salazar był poważny i jakby zmartwiony, Godryka rozpierała radość.
Już nazajutrz zauważyliśmy iż źle się dzieje między druhami, Godryk chodził niczym burza gradowa, Salazar powłóczył nogami i był wyraźnie wyczerpany. Popołudniem zakradłem się do niego pod pretekstem pytania z transmutacji, uśmiechnął się blado na mój widok, usiadłem naprzeciw niego przy biurku. Trudno opisać moje zdumienie gdy po długim milczeniu ujął moje dłonie w swoje i wyszeptał cicho: „Benjaminie, czuję, że wkrótce w szkole wydarzą się straszne rzeczy” taka wylewność nigdy wcześniej nie miała miejsca. W chwilę potem zreflektował się wypuścił moje ręce i zaczął krążyć po pokoju „Gryffindor oszalał, nie jestem już w stanie nad nim zapanować... Wkrótce wszystko musi się rozstrzygnąć...” patrzyłem na niego w zdumieniu „on albo ja Benjaminie, nie ma innego sposobu aby tego uniknąć jak tylko unieszkodliwić go” przeczuwałem co ma na myśli jeszcze zanim wypowiedział te straszne słowa. „Wyznaczyliśmy pojedynek na jutrzejszą noc, stawką jest życie, nie jego czy moje, lecz milionów”. Odwrócił się i przeszył mnie wzrokiem „Honor to wielka i wspaniała wartość, ale są chwile w których człowiek musi odstawić go na bok i zająć się duszą, nie dobry imieniem.” Czułem, że ma na myśli coś bardzo ważnego, choć nie wiedziałem dlaczego mi o tym wszystkim mówi. „Benjaminie wczoraj w zamku zjawiło się coś, do opisania czego brak mi słów. Czyste zło. Ludzie łudzą się iż z jego pomocą zbudują ład i harmonię, obiecują sobie szczęścia po marności” W jego zawsze spokojnym głosie brzmiała z trudem tłumiona irytacja. Stanął twarzą do okna, przez chwilę milczał, potem odwrócił się, twarz jego wyglądała strasznie. „Wolałbym oddać się pod sąd mugolom niż Cię w to wplątywać, lecz musisz mi przysiąc, że jeżeli polegnę w tym pojedynku, dostaniesz się do północnej wieży i zniszczysz to przekleństwo!” Już miałem wyrzec słowo przysięgi, gdy powstrzymał mnie wyraz męki na jego twarzy, jego oczy płonęły, widać było iż duch jego toczy z rozumem straszliwą jakąś batalię, opadł na krzesło, po chwili znów uniósł na mnie wzrok swój: „musisz jednak wiedzieć, iż dokonać tego możesz jedynie zanosząc ją do samej głębi otchłani i że tam stracisz na zawsze szansę na wieczne życie w spokoju i radości” Patrzyłem na mego ukochanego mistrza, spokojnie, pewnie dokończyłem przerwane w pół słowo. Odesłał mnie za drzwi ruchem dłoni, gdym był już na drugim piętrze usłyszałem z jego pokoju wrzask cierpienia jaki zapewne wydają dusze potępione.
Z następnego dnia niewiele spamiętałem tyle ino, że w całym zamku wyczuwało się niezwykły niepokój i napięcie, za to wydarzenia wieczora i nocy do dziś jak najżywiej rysują się w mych wspomnieniach, czasem wydają się być nawet wyrazistsze niż rzeczywistość... Nie dane mi będzie ich zapomnieć już nigdy...
Wraz z grupą drugo- i trzecioklasistów wyglądałem przez okno na dziedziniec, gdzie Salazar i Godryk szykowali się do śmiertelnego boju, od Gryffindora biła siła, wokół mego mistrza unosiła się aura potęgi, stanęli naprzeciw siebie i unieśli różdżki, bez zbędnych słów i gestów... Raz po raz któryś z nich upadał na ziemię wijąc się z bólu, raz po raz padał w uniku śmiertelnego zaklęcia, rozgrywka nabierała tempa wkrótce niczego nie było widać poza chmurą kurzu i przecinającymi ją strugami światła. Wtedy zwątpiłem. Odszedłem od parapetu i statecznym krokiem począłem wchodzić na schody prowadzące ku północnej wieży. Blisko już byłem, gdy powstrzymały mnie podniesione głosy, nie ja tylko obdarzon zostałem wiedzą o tajemnej skrzynce, ostrożnie wyjrzałem za załom muru. Helga ostatkiem sił powstrzymywała przed wstąpieniem na srebrną drabinę Rowenę w której zielonych oczach ujrzałem czyste szaleństwo i pożądanie, Hufflepuff próbowała coś do niej krzyczeć, przemówić do sumienia lub rozsądku, rzucić zaklęcie blokujące... Ja jednak wiedziałem, że nie na wiele zdadzą te próby, Ravenclaw z największą łatwością przełamie każde jej zaklęcie, a także wyrwie się perswazjom i słabym, zmęczonym już szamotaniną rękom... Nie namyślając się długo wyszedłem pobliskim oknem na szeroki, ozdobny gzyms, mruknąłem cicho „Levitatio” rysując różdżką w powietrzu kształt rozłożonych skrzydeł. Gdym wleciał do komnaty natychmiast ujrzałem przyczynę najnowszego zła, stała pośrodku podłogi otoczona świecami, blask ognia odbijał się krwawo w jej brązowym okuciu, nie wiem czym tłumaczyć niezwykły bezwład który ogarnął mnie na jej widok, uczułem nagle iż nigdy niczego nie zdziałam przeciw jej potędze, w chwilę potem śmiech pusty mnie ogarnął na myśl, iż lękam się zwykłej skrzyni, mimo tego wciąż czułem się dziwnie nieswojo... Przypomniałem sobie radę Helgi, która nauczała nas o wszechpotężnej dobrej sile zamkniętej w naszych marzeniach... Dzięki lekcjom Ravenclaw prawie bez trudu przełamałem wszystkie klątwy których ochroną otoczył ją Godryk. Usłyszałem na dole okrzyk bólu Hufflepuff, wiedziałem co to znaczy, natychmiast schwyciłem skrzynkę i wyskoczyłem z nią za okno, w chwili gdy mijałem jedną z iglic usłyszałem za sobą wściekły, kobiecy okrzyk, Rowena wychylała się przez okno, wskazując mnie komuś... Wylądowałem koło stajni, wiedziałem bowiem, iż siły potrzebne mi będą na zmierzenie się z nieznanym w Otchłani, oraz najprawdopodobniej innymi uczniami wysłanymi za mną w pogoń, ponadto skrzynka ciążyła mi bardzo i bezlitośnie ściągała ku ziemi. Dopadłem mojego wierzchowca i dając mu ostrogi wypadłem niczem burza na drogę ku Hogsmade. Nie ujechałem pół stajni, gdy pierwsze zaklęcie śmignęło mi tuż nad głową, obejrzałem się, za mną podążało kilkunastu najlepszych krukonów i gryfonów, na moje szczęście walką między sobą byli zajęci co najmniej w tym samym stopniu co pościgiem za mną. Straszna to była podróż, mijając drzewa nie miałem pewności, czy zza którego nie wyskoczy skrwawiony Godryk aby wydrzeć mi skrzynkę, nie wiedziałem czy mimo tarczy ochronnej któreś zaklęcie nie ugodzi mnie śmiertelnie, nie wiedziałem, czy nie pohańbię pamięci mego mistrza, bezwolnie nie wykonując ostatniej jego woli... ta niepewność zapierała mi dech w piersiach, chwilami nawet odbierała świadomość, galopowałem na Bucefonie opętany szaleństwem i misją mego mistrza... Ledwo starczyło mi przytomności na to, aby przed portalem wejściowym zatrzymać konia, wyjąć stopy ze strzemion i uczynić znak krzyża. Wejście to nie przypominało w niczym drzwi prowadzących do zwykłych świątyń. W białym marmurze rzeźbione były misternie złamane kolumny oplecione bluszczem i kwiatami, nad wejściem wisiała rzeźbiona ogromna kula na którą jakby naniesiono mapę innego jakowegoś świata, próg miał kształt księgi, przekraczając go zauważyłem ze zgrozą iż w płatkach kwiatów ukryte są czaszki... O dziwo pogoń nie dotarła tu za mną. Wyszeptałem „lumos”, różdżka oświetliła mi korytarz topornie wyrzeźbiony w czarnej skale, szedłem nim i szedłem zapominając po drodze że istnieje szkoła, istnieje Hogsmade, istnieje słońce, cała moja wola skoncentrowana była jedynie na odnalezieniu Otchłani i pozostawieniu tam skrzynki, która zdawała mi się wciąż robić coraz cięższą. Kątem oka dostrzegłem ciemną plamę, zwróciłem ku niej różdżkę, był to korytarz, inny jednak niż te które mijałem wprzódy, czerń jego ścian wydawała się być ciemniejszą od jakiejkolwiek innej, zdawała się pochłaniać wszelki odblask światła, chociaż to powinno się w niej odbijać jakoże ściany te były niezwykle gładkie, gdym tak stał niezdecydowany od otworu powiało mrozem, z krzykiem upuściłem skrzynię która zwiększyła swą wagę co najmniej dwukrotnie. Zrozumiałem. Skręciłem w ten korytarz.
Nie na długo starczyło mi sił, wkrótce bowiem skrzynia stała się cięższa od najcięższego głazu, musiałem ciągnąć ją po podłodze z największym wysiłkiem, chwaląc Pana za to, iż uczynił ją tak gładką. Poruszałem się z coraz większym trudem, piersiom moim brakowało tchu, za sobą słyszeć począłem dziwne odgłosy jakby skradania się, niczego jednak nie widziałem. Nagle drogę mą zagrodził ogromny, czarny głaz, nie chciał ustąpić naporowi moich rąk, niewiele myśląc wyciągnąłem różdżkę i rzuciłem potężne zaklęcie odpychające, upadłem na gładką czarną posadzkę, miałem ochotę leżeć tak wiecznie, przemogłem się jednak i rozejrzałem, sala w której się znalazłem była jakby wnętrzem półkuli, odsunięty moim zaklęciem kamień stanął pośrodku niczym jakiś złowieszczy ołtarz, choć w jaskini tej nie było żadnego światła z oczu moich jakby opadła zasłona i ujrzałem stwory ciemności, ich czarne spiczaste ryje, białe ostre zęby, obszarpane uszy, przeraźliwie chude cielska ze zwisającymi płatami skóry, ich czerwone ślepia lśniły złośliwie, zbliżały się do mnie, osaczały, ostatkiem sił zmusiłem się do powstania, zataczając się i częściowo pełznąc bądź na czworakach ciągnąc skrzynię ruszyłem ku dalszemu przejściu, gdym przekroczył połowę sali, nagle stwory podniosły dziwny rejwach i poczęły jakby uciekać, na ten widok serce moje po raz kolejny ścisnęło się strachem, a jednak dobrnąłem do dalszej części przeklętego korytarza i przekroczyłem jego próg, tam opadły mnie prawdziwe potwory, przeżyłem najokropniejszą chwilę jaka pozostała w moich wspomnieniach, poczułem nagle jak opuszcza mnie całe szczęście, zapomniałem wszystkich radosnych chwil pozostały jedynie nie dające się opanować gorycz, żal i smutek, upadłem ponownie przygniecion tym brzemieniem, ujrzałem straszliwą mordę zbliżającą się ku mej twarzy, zobaczyłem jak monstrualne, straszliwe, sino-zielone, trupie wargi zbliżają się ku mnie... W tej chwili przez cały korytarz przebiegł potężny wstrząs, stwór jakby zawahał się, nastąpiła cała seria głuchych, wprawiających w drżenie ściany dźwięków, które przypominały głuche odgłosy olbrzymich bębnów, poczułem jak posadzka na której leżałem rozgrzewa się coraz mocniej, w tej chwili ktoś zakrzyknął moje imię, odruchowo zawołałem, po chwili mój mistrz, okrwawiony, w podartej szacie podniósł mnie na nogi „Dalej zaniosę sam, Ty uciekaj, dosyć już zrobiłeś, uciekaj i zadbaj o nich” Bębnienie stawało się coraz częstsze i głośniejsze, posadzka parzyła stopy mimo grubych podeszw ze smoczej skóry, stałem i patrzyłem w jego zielone oczy w których odbijały się determinacja, rozpacz i strach, kolejny wstrząs spowodował posypanie się kamieni z sklepienia.
Mistrz mój gwałtownie wypchnął mnie z korytarza „Uciekaj głupcze!” Krzyknął i zniknął w ciemności, pobiegłem ku wyjściu, które zawaliło się zaledwie je opuściłem...
Wróciłem do szkoły, tam dowiedziałem się, że Salazar w połowie pojedynku krzyknął straszliwie i bez słowa pobiegł do stajni, oni uznali to za ucieczkę, tylko ja wiedziałem...
O szkatule nie było więcej słowa, wpierw mieliśmy strasznie dużo pracy z odkryciem jak pokonać owe złowrogie wysysające szczęście stwory które również wyleciały z otchłani zanim ta się zawaliła, okazało się, że ratunkiem jest szczęśliwe wspomnienie... Helga zawsze w pewnym sensie była słońcem rozświetlającym ciemności...
Po wielu latach zostałem nadrektorem, zrobiłem wszystko, aby dokonać planu mego mistrza, przywrócić szkole jej dawny kształt, jednak zmiany były zbyt głębokie, z przykrością obserwowałem latami jak pozostała trójka spycha do Slytherinu najgorsze typy ludzkie utrzymując, że to właśnie jest tak wielbiona przez Salazara elita, patrzyłem jak jego pamięć pogrąża się w niesławie, nie mogłem już niczemu zaradzić, to wszystko zaszło za daleko...
Wracam do otchłani, im jestem starszy, tym bardziej przyciąga mnie wspomnienie tych bębnów i płomienia, tym częściej wracam do tamtych chwil wspomnieniem i zastanawiam się czy odnajdę tam mego mistrza, wiem że cierpi i nie chcę aby cierpiał sam, na to jedno mogę nie pozwolić... Nie wierzę abyśmy mieli zostać na wieczność potępieni, Światłość Światłości jest miłościw, wszak nie dla pustoty czy zabawy rzuciliśmy to wyzwanie, mieliśmy zbawić świat... A może to jest właśnie najgorszym grzechem człowieka iż wkracza w Jego kompetencje iż uznaję się za równego Jemu... On jest miłościw, schodzę w Otchłań, a Ty który czytasz te słowa zapamiętaj je i uciekaj głupcze! Uciekaj!
Benjamin Benjamin.
Od autorki:
Jest to opowiadanie tak bardzo nie w moim stylu jak to tylko można sobie wyobrazić, mam jednak nadzieję, że spodobało się chociaż jednej osobie, ostatecznie samo jest jednym, wielkim opisem, na dodatek pozbawionym epizodów i całkiem ciągłym. Napisałam je ponieważ chciałam się z czymś zmierzyć, mam tylko nadzieję, że dla Was przeczytanie tego nie było trudniejsze niż dla mnie napisanie...
Valaraukar: Nie sądzę, żeby było, Ivanko :) Jak zwykle wspaniałe. Jako, że dziś wyjątkowo ja dodaję opowiadanie do ‘Czarownicy’, oczywiśnie musiałem coś wtrącić, nie chce mi się wypowiadać w Myśloodsiewni więc uczyniłem to tutaj.
Ivanka
29.07.2004, 07:33
Myślodsiewnia
Ivanka
<nie> dziękuję ;-)
25.03.2005, 10:13
astrit
bardzo pomysłowe i ciekawe ba naprawde dobre
18.10.2004, 08:48
Ivanka
najlepszejsza jest Minerwa;)...
25.08.2004, 09:30
Andromeda Mirtle
Przeczytałam dwa Twoje opowiadania: Aberforth i Benjamin. Benjamin jest zdecydowanie lepsze.
24.08.2004, 19:11
Ivanka
(nie)dzięki za litość...
15.08.2004, 08:38
paskuda
no po prostu fantastyczne!!!!!
7.08.2004, 18:05
hera
Najlepsze,najfajniejsze opowiadanie jakie czytałam.
7.08.2004, 07:47
MaDeA
TO OPOWIADANIE JEST NIESAMOWITE! JESTEM POD WRAŻENIEM...WINSZUJE!
6.08.2004, 17:23
LiLLy
Najlepsze jakie czytałam ;D
6.08.2004, 15:03
LiLLy
Najlepsze jakie czytałam ;D
6.08.2004, 15:02