Czarownica
Czarownice są wśród nas...
Dedykuję Nice Amiens. Za wszystko.
Było piątkowe popołudnie. Słońce, powoli zmierzające ku zachodowi, rzucało przyćmione chmurami promienie na chodniki i jezdnie – o ile tak można to nazwać – miasta Lublina. Wyszłam z domu po prostu po to, żeby się przejść. Zanim się zorientowałam, byłam już w parku. Wiele razy widziałam takie miejsca wiosną, jednak zawsze oglądam je z takim samym zachwytem – patrzę, jak wszystko budzi się do życia, niezmiennie co roku, a człowiek nie może tego zepsuć. Nie może, albo przynajmniej jeszcze – na szczęście – nie umie.
Do tej pory nie wiem, jak to się stało, że ją zauważyłam. W parku było tyle osób, ile zwykle bywa w położonych w centrum miasta parkach na wiosnę – czyli wystarczająco dużo, żeby narobić niesamowitego hałasu, ale i nie dość, by zagłuszyć wiosnę. Być może tej po prostu nie da się zagłuszyć. W każdym razie – ludzi było sporo: wrzeszczące, biegające dzieciaki; wrzeszczące, biegające kobiety, ganiające wrzeszczące, biegające dzieciaki; kobiety, którym najwyraźniej znudziło się bieganie i wrzeszczenie, siedzące na ławkach; rozchichotane stada dziewczyn; grupy chłopaków, stojące tu czy tam; zakochane pary, przytulające się, całujące, i robiące Bóg wie co jeszcze, starsze panie narzekające na hałas i kilku pijaków nie narzekających na nic z różnych nieciekawych powodów. Gdzieniegdzie można było zobaczyć kogoś takiego jak ja – próbującego zachować pozory normalności - człowieka spacerującego samotnie i rozglądającego się. A ona... ona nie rzucała się specjalnie w oczy – ot, normalna dziewczyna. A jednak czuć było wokół niej dziwną aurę mieszających się uczuć: zafascynowania, zaskoczenia i zagubienia. I jeszcze czegoś, co bałam się z niewiadomych powodów zdefiniować, nasuwającego mi jednak do głowy jedno słowo: magia.
Nie wiem, ile czasu na nią patrzyłam, wystarczająco długo jednak, by to zauważyła. Podeszła do mnie uśmiechając się niepewnie. Powiedziała, że nazywa się Elenril, a ja – że Jane. A później zapadło milczenie, do którego pasuje tylko jedno słowo: pytające. Westchnęła i zaczęła mówić.
Była czarownicą. Nie uczennicą jakiejś magicznej szkoły, ani też użytkowniczką różdżki. Była na najlepszej drodze do zostania prawdziwą czarownicą – i to bardzo dobrą. Starsze kobiety z jej świata, zajmujące się tym profesjonalnie, tradycyjnie i z sercem, uczyły ją prawdziwego czarownictwa. Elen była uczennicą, jakiej nie powstydziłaby się nawet niejaka Esme Weatherwax, gdyby miała okazję ją uczyć. Nie zadawałam jednak żadnych pytań, dotyczących osób uczących dziewczynę, jedynie słuchałam.
Młoda czarownica była osobą pewną siebie, ale są sytuacje, w których każdy (no dobrze – prawie każdy) by się zgubił. Elenril szła... przed siebie. Tak po prostu. Tyle, że miało to miejsce... gdzieś indziej. Może bardzo daleko stąd, a może na wyciągnięcie ręki (o ile ktoś umie – i w ogóle się odważy - rękę tę w odpowiedni sposób wyciągnąć. Ludzie nie robią tego podświadomie obawiając się, że później nic już nie będzie takie samo, i – być może – mają rację). Jeszcze trudniejszym zagadnieniem było to, kiedy szła. Na szczęście czas chwilowo nie miał dużo bardziej metafizycznego znaczenia, niż miewa zwykle. A może był tak istotny, że czarownica bała się o nim mówić... W każdym razie – nie mówiła. Ważne, że szła. Spojrzała w stronę słońca – wyglądało tak samo, jak we wszystkich lustrzanych wszechświatach (oprócz tego, w którym zgasło i tego, w którym nigdy nie istniało, ale to już inna historia), a mówiąc bardziej przystępnie – wyglądało jak najbardziej normalnie. Tak samo jak słońce w Lublinie. Elenril jednak wiedziała – albo miała takie przeczucie – że w jednej chwili patrzyła na słońce, a w drugiej... w drugiej na inne słońce, choć wyglądało tak samo.
Oczywiście, pojawił się problem – a nawet trzy problemy. Pierwszy dotyczył świata Elen i w skrócie wyglądał tak: jest czarownica, nie ma czarownicy. Drugi dotyczył naszego świata i był zupełnie odwrotny. Trzeci, i w tamtej chwili dla Elenril najważniejszy, brzmiał: jak wrócić do swojego świata? Zastanawiała się nad istotą tego problemu, jednak doszła do wniosku, że sama nie dojdzie do tego jak, po co i dlaczego. Więc zrobiła coś niezbyt sensownego – zaczęła dyskretnie wypytywać o to przypadkowych ludzi. Ten pomysł nie miał świetlanej przyszłości, biorąc pod uwagę kilka smutnych faktów: ludzie nie wierzą w magię. Ludzie wszystko interpretują na swój subiektywny sposób. Ludzie nie umieją ani patrzeć, ani słuchać.
Rozmawiała z nauczycielem, który najpierw doszedł do wniosku, że dziewczyna ma bardzo bujną wyobraźnię, a później nie miał czasu. Następnie przedstawiła swój problem jakiejś starszej pani, która zaczęła oburzać się i wygadywać rzeczy w stylu: „Co ta telewizja robi z ludzi!”, natomiast słysząc przez przypadek opowieść Elen pewien pijak westchnął: „Też czasem bywam w tamtym świecie...” i zasnął. Czarownica, zrezygnowana, pomyślała, że najlepiej by było, gdyby pojawił się tu ktoś inteligentny i z wyobraźnią. Jak na ironię – musiała akurat wtedy spotkać polityka (choć ci wyobraźnię mają momentami aż za dużą...). Uciekła po kilku minutach rozmowy, w obawie o swoje zdrowie psychiczne. Następnie spotkała lekarza, który napisał jej na kartce tajemniczy adres zawierający słowo „Abramowice” i odszedł zmartwiony. Ostatnią osobą, którą Elenril spotkała przede mną był pięcio-, może sześcioletni chłopiec. Opowiedziała mu o tym, co ją spotkało, a on powiedział, żeby się nie bała i uśmiechnął się pocieszająco. Czarownica była zachwycona, że wreszcie znalazła kogoś, kto rozumie. Tak naprawdę dzieci często wiedzą więcej od dorosłych, zagubionych w świecie strat, zysków i ogólnie materializmu. Dzieci, jak mało kto, umieją patrzeć sercem – może z nieświadomości, a może ze swojej – na swój sposób wielkiej – mądrości. One nie pragną wiele więcej ponad miłość i zrozumienie; nie pojmują wszystkich spraw dorosłych – a jednak zdają sobie sprawę z wielu rzeczy, których ci starsi nigdy już sobie nie uświadomią.
Jakaś kobieta – zapewne matka chłopca – zawołała go mówiąc, że muszą wracać do domu. Pomachał Elen – odpowiedziała tym samym – i poszedł. Później Elenril chodziła po parku i zastanawiała się, co zrobić, by wrócić do swojego świata... i wtedy zauważyła, że się jej przyglądam. Teraz siedziałyśmy na ławce, czarownica właśnie skończyła swoją opowieść. Miała za sobą ciężki dzień. Westchnęłam i oparłam łokcie o kolana i głowę o dłonie. Według kilku egzemplarzy marnego materiału na psychologów jakie znam, zwanych też szkolnymi praktykantami z tej dziedziny, pozycja ta w języku niewerbalnym oznacza znudzenie. W rzeczywistości więcej wspólnego ma raczej ze zmęczeniem.
Spojrzałam przed siebie (drzewa) i trochę w bok. Słońce mozolnie zbliżało się do linii horyzontu. Zieleń roślin była trochę ciemniejsza, niż kiedy tam przyszłam. Było tez znacznie ciszej. Okazało się, że są to najwyraźniej warunki wystarczająco magiczne, by mogła zniknąć czarownica. Właśnie odwracałam głowę w jej stronę, żeby spytać – wiem, niezbyt inteligentne pytanie, a na pewno niezbyt pomocne – co ma zamiar zrobić, ale zauważyłam tylko jedną rzecz. Jest czarownica, nie ma czarownicy. Znikła tak nagle, jak się pojawiła. Zamknęłam oczy, po czym otworzyłam je ponownie – żeby upewnić się, czy naprawdę jej nie ma. Nie było. Za to jakiś przechodzący obok staruszek (dopiero wtedy go zauważyłam) uśmiechnął się do mnie serdecznie i powiedział: „Dzień dobry”.
„Dziwny dzień – pomyślałam. – coś się dzieje z tymi wymiarami... albo ze mną. Albo z czymś jeszcze innym”. Po drodze do domu rozmyślałam nad tym, co opowiadała mi Elen, a konkretniej – nad reakcjami ludzi, którzy usłyszeli jej historię. Były takie... straszne? Śmieszne? Szablonowe? Żałosne? Ciekawiła mnie jeszcze jedna rzecz: czy Elenril pojawiła się tak po prostu, czy może zamieniła się z kimś miejscami? Moje wątpliwości rozwiały wiadomości, które po powrocie do domu usłyszałam w jakimś radiu. Wtedy też po raz kolejny stwierdziłam: ludzie nie wierzą w magię. Co do wiadomości – jakiś staruszek (skądś znałam ten głos...) opowiadał, że szedł, i nagle... był zupełnie gdzieś indziej. Tamto miejsce było dziwne, ludzie byli inni... Nie rozmawiali o pieniądzach (czy raczej ich braku), o porządku w państwie (jak wyżej), ani o polityce. Nic z tych rzeczy. Jakaś miła starsza pani zaprosiła go do siebie na kawę i ciastka. Pomyślałam wtedy, że Elen żyje w świecie, o którym my możemy tylko marzyć... Staruszek zachwycał się życzliwością ludzi, a lekarz, który później komentował jego zachowanie stwierdził u niego „nadmierną wesołość” i polecił pójście do szpitala na badania. „Możliwe – powiedział – że właśnie odkryliśmy nowy rodzaj choroby psychicznej.”
KONIEC
To ostatnie opowiadanie, które ukazuje się na łamach „Czarownicy”. Inne należy wysyłać do opiekuna Strefy Fikcji.
Aibhill Dreamstoher
Jane Honesty
24.04.2004, 22:10
Myślodsiewnia
Opowiadanie jest ciekawe.
1.05.2004, 15:57Uff... dziękuję dziewczyny, już mi lepiej po całodniowej kuracji przeciwwstrząsowej ;)...
27.04.2004, 20:05Ivanko, z tego co wiem, opowiadania mogą być, ale tylko redaktorów, więc się nie martw :) ...
27.04.2004, 19:43(Ivanko wdech i wydech. O to była właśnie ostatnia burza)
27.04.2004, 16:09Czy ja aby dobrze zrozumiałam? A co z resztą mojego cyklu? Czuję się wstrz wstrząśnięta i zmieszana! naprawdę! Nigdy nie było mowy o dyskryminacji opowiadań w "Czarownicy"! miały się pojawiać rzadziej, to prawda, ale nie miały być! Czy mogłabyś mi jakoś wyjaśnić motywy podjęcia takiej decyzji? Proszę. Kurcze, ale mną trzepnęło. Opowiadanie fajne.
26.04.2004, 20:13Widzieliście już te nowe skany z magazynu YM.Są super z Danem Emmą i Rupertem i takie wielkie.
26.04.2004, 18:29Hm...Ładnie napisane, ale trochę za dużo- o takich właśnie- wtrąceń. Opowiadanie jest na swój sposób smutne. Przetstawiłaś rzeczywistość, z którą zmagamy się codziennie, a obok niej piękny świat owej czarownicy.Pozatym nie ma jakiejś większej akcji. Przez Ciebie znowuw sercu mnie rwie z nienawiści do szarej teraźniejszości :(.....nie zrozum mnie źle, bo opowiadanie jest ładne
26.04.2004, 10:35Tak, ja też sądzę, że to wrzeszczenie miało się powtarzać... znakomicie oddaje to atmosferę lubelskich parków (przynajmniej wtedy, kiedy ja tam jestem :)). A opowiadanie bardzo mi się podoba. Może to brzmi skromnie, ale miałaś naprawdę świetny pomysł :)
25.04.2004, 20:27Mnie sie wydaje, że to wrzeszczenie miało się właśnie powtarzać :)Opowiadanie sympatyczne :)
25.04.2004, 15:42Brakuje tu i ówdzie kilku przecinków, na początku to z wrzeszczeniem się powtarzało, ale, słonko, to mi się naprawdę podoba. Dziękuję Ci serdecznie za dedykację. Ładnie zobrazowałaś tą ludzką niemagiczność. Dobry pomysł. Naprawdę dobre opowiadanie. Kocham Cię :*
25.04.2004, 13:17