Jeden dzień z życia czarownicy
Problemy nastoletniej Sabriny...
Mimo że zima mija - śniegi topnieją, a na łące pojawiają się pierwiosnki - życie czarownicy nie jest wcale łatwiejsze. Wręcz przeciwnie! Bo to, że robi się coraz cieplej nie zmieni faktu, że serca wrednych profesorów czy wymagających rodziców ciągle pełne są lodu...
Jeden dzień z życia pewnej czarownicy
PRZED SZKOŁĄ: Godzina słynna, piąta pięć - naciskam budzik, dźwigam się. Nie! Te słowa całkowicie nieodzwierciedlają mojej postawy względem tak wczesnej pory. Gdyby tak pospać jeszcze pół godziny... W domu całkowita cisza, bo ojciec, szukając pracy, zaświadczył, że na ósmą to on się do pracy nie wyrobi, a co dopiero na siódmą czy szóstą; a mama? Mama otwiera swój gabinet kosmetyczny o jedenastej. Co ona tam robi? Nic uczciwego - wciska tępym mugolkom jakieś mazie na zmarszczki, które prawie w ogóle nie działają, a jak już sprzeda to idzie na zakupy. Po zakupach wraca do domu, odgrzewa jedzenie w mikrofali i zrzędzi ojcu, że on tak mało zarabia. Wtedy stary wścieka się i wytyka jej każdy nowy ciuszek, który sobie ostatnio kupiła, a mi to nawet na używane grabie nie da.
I wtedy zaczyna się piekło. Pada na mnie. Przypomina się im że istnieję i zaczynają marudzić, skarżyć, że za mało się uczę, nawet wtedy kiedy się nie uczę. Może to trochę czarno przedstawiłam ale tak to już jest. Oczywiście kiedy moi staruszkowie mają dobry humor są w porządku. Ale czy to się zdarza często?
Okej, koniec tego użalania nad sobą. Czas wstawać. Ze smutkiem zwlekam się z wyra. Staję na dywanie, rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu znaku z nieba w co mam się ubrać. Znak mimo mojego czekania nie pojawia się. Desperackim ruchem otwieram szafę wypchaną za małymi bluzkami, wytartymi dżinsami i długimi spódnicami (Dziewczyna powinna być skromna! - mawia moja mama po czym kupuje sobie mini [w jej wieku...]). Nadchodzi chwila załamania, gdy nagle... przez mój śpiący baniak przechodzi myśl, która często nawiedza mą głowę. Trzaskam więc drzwiami szafy i zakradam do garderoby mamy. Kradnę pierwszy z brzegu ciuch i zatrzaskuje się w łazience. Ubrana wracam na chwilkę do pokoju po skarpetki. Przy okazji podnoszę moją torbę, którą za moment rzucam w holu. Powrót do łazienki. Chwila napięcia- spoglądam w lustro. No spoks, żadnego nowego pryszcza tylko gdyby coś zrobić z tymi worami pod oczami... Podchodzę do matczynej szafki na kremy. Jest oczywiście magicznie powiększona, żeby ojciec się nie skapnął ile ona tego ma u siebie (ojciec wyznaje zasadę: „Co z oczu to z serca" więc nie docieka, czy coś jest rzeczywiście takie w środku jak na zewnątrz). Po około piętnastu minutach odnajduję odpowiedni specyfik. Czytam instrukcję. Wcieram krem. Może trochę więcej niż jest napisane na ulotce? Kiedy indziej poeksperymentuję, jeszcze mi powieki wypali! Zniknęły moje cienie! Różdżką podkręcam ,rzęsy- szczerze mówiąc nie wiem po co, bo co kogo właściwie interesują moje rzęsy? No cóż taka mała słabość... W końcu najważniejszy jest charakter, a tego niestety nie umiem podkręcić. Zostało mi pięć minut ! W pośpiechu podgrzewam kubek różdżką. O NIE! Za mocno! Przypalił się! Kit z tym! Nie będę dzisiaj jeść ani pić! - myślę - może ktoś w szkole podzieli się chlebem?? Z wieszaka w przedpokoju zdejmuje płaszcz, zakładam buty i wybiegam na szara rzeczywistość.
-Aaaaa... czyżbym spędziła pół roku w łazience??
Na dworze piękna, kwietniowa pogoda. Śnieg zniknął w cudowny sposób. I chwała Panu! Bo ja nie cierpię zimy! Tych zaczarowanych kuli latającymi za ludźmi... koszmar. A później jak już jest ta faza przejściowa z zimy na wiosnę... wszędzie błoto w które wchodzi się swoimi świeżo wypastowanymi butami... Z językiem na brodzie dobiegam do przystanku (zepsuła mi się przed wczoraj miotła i od dzisiaj jeżdżę autobusem) i zaraz po tym jak z hukiem siadłam na ławeczce w budce przystankowej podjechał zdezelowany i zatłoczony do granic możliwości PKS.
-O Boże! - krzyczę patrząc na autobus.
-Nie wzywaj imienia Pan Boga na daremnie, córko... - sepleni jakaś kobieta w kraciastej chustce na głowie.
Spoglądam na nią tak, jakbym widziała człowieka w podkoszulku (poranek nie jest dzisiaj najcieplejszy...), a ona odwdzięcza mi się tym samym mierząc mnie bezczelnie spojrzeniem od stóp do głów. Porzucam kobietę i wciskam się do autobusu. Oczywiście miejsca i powietrza brakuje dla wszystkich. A może by tak to powiększyć? - przemyka mi przez głowę myśl. Nie! Szybko się opanowuję - bo jeszcze ktoś na mnie doniesie. Po upływie trzydziestu minut dojeżdżamy do ostatniego przystanku. Tam wysiadam, spłaszczona jak sardynka z puszki Vilbo (bez urazy dla producenta..). Naglę spoglądam na dworcowy zegar. I... Jak poparzona biegnę w kierunku szkoły. Jestem już prawie spóźniona. Zrobiło się dziwnie ciepło.
Trzynaście po siódmej wchodzę w bramy szkoły. Lecę na pierwszą lekcję.
*** Pierwsza lekcja
Tradycyjnie zaklęcia. Po moim piętnastominutowym spóźnieniu z radością zauważam że nie zaczęliśmy przerabiać czegoś nowego. Bez trudu zamieniam kurę w paczkę kostek rosołowych i do końca lekcji patrzę jak wszyscy się męczą. Wiem, że to podłe, to co teraz napisze- ale gdy do końca lekcji została jeszcze godzinna po prostu nie mogłam się opanować i patrząc na te ciamajdy zanosiłam się szyderczym śmiechem.
***Druga lekcja - mugoloznawstwo
Kolejny przedmiot na którym siedzi się i słucha jak to działa telewizor. W pewnym momencie wręcz nie mogłam się powstrzymać przed głośnym ziewnięciem.
***Trzecia lekcja
Tragiczne dwie godziny zielarstwa. Jak ta gówniara (Ha! Jak miło powiedzieć o nauczycielce, że jest gówniarą! Bo rzeczywiście jest młoda!), udaje że cokolwiek wie! I jeszcze się naśmiewa, że w moim zadaniu domowym znalazła jakiś głupi błąd rzeczowy! A ja za to jak czytam jej notatki na lekcjach to pękam ze śmiechu, bo są tam same błędy ortograficzne. Ale tak szczerze to nie wiem czy jest w naszej klasie osoba, która lubi zielarstwo. Oczywiście jest kilkoro małych kujonów którzy biegają za tą nudną kobietą po korytarzu i wypytują się jak klonować coś tam... ble! Niedobrze mi się robi:)
***Przerwa godzinna
Wiem że to może tak zabrzmieć jakbym ja nie lubiła nauczycieli w tej szkole, rodziców, kolegów i koleżanek z klasy. Ja mam po prostu inny stosunek do życia. Jak umiem coś to umiem jak nie lubię i nie umiem to olewam i nie robię, dopóty do póki ktoś mnie nie zmusi.
Jak też myślałam, w szkole oczywiście ktoś podzielił się ze mną śniadaniem, a napiłam się w toalecie. Trochę wody z kamieniem nikomu nigdy jeszcze nie zaszkodziło!
Po przerwie jedna z lekcji, do których mam zmienne uczucia... historia magii - czwarta lekcja. Tym razem upiekło mi się. Ostatnio nie uczyłam się w ogóle, a profesor robił wejściówkę. Sala Historii Magii znajduje się na parterze, obeszłam więc dokoła szkołę stanęłam za oknem, otworzyłam je za pomocą różdżki, a kiedy profesor wpuścił 23 osobę ( cała klasa liczy 46 osób) wśliznęłam się po cichutku (ku ubawie reszty klasy) i zajęłam swoje miejsce. Oczywiście jestem pewna, że profesor skapnął się, że nie zadał mi pytania przed drzwiami (i pewnie następnym razem usłyszę tak kretyńsko trudne, że za Chiny na nie nie odpowiem!), ale sam powiedział, że jak ktoś już wejdzie do klasy, to nie ma prawa z niej wyjść aż do dzwonka... Zaczął się czterdziestominutowy wykład o pierwszym powstaniu szkoły...Widziałam, jak spora część klasy gra w kółko i krzyżyk, ziewa ( Karolina Zmyler czytała książkę pod ławką) ale ja twardo musiałam sprawiać pozory, że uważam choć szczerze powiedziawszy myślami byłam trochę dalej...
Wracam do domu ostatnim autobusem popołudniowym. Tym razem mniejszy ścisk. Siedzę koło jakiejś staruszki, od której strasznie śmierdzi rybami.. Uśmiechnęła się do mnie i zaczęła coś mówić w nie znanym mi języku. Z grzecznością macham głową, choć szczerze nie wiem dlaczego ( a może to jest ta kobieca intuicja, bo staruszka uśmiechnęła się i odwróciła do okna). Koniec podróży. Pociągając nogami (i nosem ) idę w dobrze znanym mi kierunki. Po drodze wpadam w kałużę przed sklepem spożywczym, wywołując głośny śmiech u mugolskich żurów pijących przed nim piwo i bełty. Siłą spokoju powstrzymuję się przed rzuceniem w nich jakiejś potwornej klątwy...
Po godzinie przebierania nogami docieram do cieplutkiego, małego domku. Obiadu oczywiście nie ma, bo matka pojechała na miasto z kumpelką z salonu. Ale czy ktoś uważa że życie czarownicy jest łatwe?? Wyjmuję z chlebaka jedną bułkę, oczywiście starą i .. odkładam ją z powrotem. Postanawiam poczytać książkę. Ale w naszej domowej biblioteczce są tylko głupie romanse mamy, a z miejskiej nie wypożyczyłam nic nowego. Włączam radio. A w radiu jakaś gościówa nadaje o swoich problemach po zjedzeniu czegoś tam z jakiegoś baru… Szczerze powiedziawszy ja bym nawet chciała się czymś zatruć, może moja mama by się zainteresowała, że ma córkę, która po powrocie do domu nie dostaje nawet ciepłego obiadku. Ale kogo to właściwie obchodzi... Zaczyna padać deszcz. Mama wraca do domu i pierwszym pytaniem jakie mi rzuca to: „Sabrino, kto Ci pozwolił użyć mojego kremu?!” Próbuje się wytłumaczyć, ale jakoś mi to nie wychodzi. Stękam i chrząkam próbując wydusić kłamstwo. Ale matkę to już nie obchodzi. Energicznie przeczesuje siatkę i wyciąga z niej (trochę pogiętą) czarną bluzkę. Przez jeden, wspaniały ułamek sekundy opanowuje całe moje ciało paskudna chęć rzucenia się z wdzięcznością na moja rodzicielkę. Chęć odchodzi kiedy słyszę:
- Jak myślisz nie jest zbyt wulgarna na jutrzejszy wieczór u Wiśniewskich?
Ostatkami sił wstrzymuję płacz. Zapominam o posiłku i idę do pokoju. Około dziewiętnastej przychodzi ojciec. Z nadzieją na obiad schodzę do kuchni, ale szybko przekonuję się że był to trefny pomysł. Ojciec miewa swoje humory, jak każdy, ale ostatnio te humory zaczęły osiągać epicentrum wredności wobec mnie i matki. Wchodzę do kuchni właśnie wtedy kiedy
tatuś stwierdza że zupa jest za słona, że on cały dzień haruje a nie może nawet dostać dobrego posiłku, a poza tym mogła by nie malować paznokci nad stołem. Matka odpyskowuje, że na jej barkach spoczywa utrzymanie porządku w domu, salon kosmetyczny i wychowanie jego córki. Magiczne słowa padły. Matka dobrze wie jak oddalić od siebie złość głównego żywiciela rodziny. Ojciec spogląda na mnie spode łba.
-A ty w ogóle co tak stoisz? Podsłuchujesz? Aż ci się uszy trzęsą ! Lepiej weź się za coś porządnego ! I ubierz się przyzwoicie! Idź się uczyć.
-No właśnie, ona cały dzień nic nie robi ...
-Gdybyś była chłopakiem to...
Zrezygnowana odchodzę. Po wielu latach takich odzywek nauczyłam się trzymać
gębę na kłódkę, żeby nie dmuchnąć i wywołać pożaru. (bo mi jeszcze z łazienki zabronią korzystać!). Idę do siebie i oszukuję sama siebie, że się uczę. Około dwudziestej trzydzieści do pokoju zagląda ojciec.
-Uczysz się? To dobrze. Otwórz okno bo tu śmierdzi..
Po półgodzinie przeglądania obrazków w książkach zbieram się do spania. Kiedy już się umyłam wyciągnęłam spod łóżka pamiętnik i zanotowałam.
PODSUMOWANIE DNIA:
1. Gdyby przeliczyć to co jem na dzienna stawkę żywnościowa to prawdopodobnie lepiej odżywiają się bezdomni.
2. Spaliłam jeden kubek.
3. Jakaś kobieta na przystanku nazwała mnie córką.
4. Mam paczkę kostek rosołowych w plecaku.
Dedykacja: Nie mogę dać nic więcej jak słowa (i to w takim wydaniu... echh...). Przykro mi. Dedykuję to Naczelnej, Władcy Strefy Fikcji i dla mojego Przyszłego :)
Akebia Katarsis
16.04.2004, 15:44
Myślodsiewnia
Hello!!! I Alyssa Milano is my sisters!:)
22.05.2009, 14:56Chwala Czarownicy *1000!!!!!!
23.04.2004, 15:10Kuzynka zgadnie...Bo to wkońcu kuzynka..
22.04.2004, 19:30Jasnowidz czy co???
19.04.2004, 19:37Akebio jesteś boska!!!!! Dokładnie tak samo tylko jeszcze gorzej wygląda mój dzień!!!!!!!
19.04.2004, 19:37Kuzynko kochana ,zgadnij:)
18.04.2004, 16:10Akebio!Ciekawe czemu ta czarownica jest tak podobna do mnie?Super!
17.04.2004, 22:23cdd
17.04.2004, 21:44Oczy mnie już bolą od tych białych liter na czarnym tle... Wszystkie artykuły w Czarownicy! :P
17.04.2004, 20:56(Jaelithe ja mam mała słabośc do boskich autobusów [PKS'y Wejherowo to moje ulubione- jezdze zreszta nimi od 8 lat ] i nie mogłam pozwolić aby Sabrina miała za łatwe zycie...)
17.04.2004, 16:24