Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

ABERFORTH

Opowiadanie Ivanki...

 

Aberforth ostrożnie wykonał kolejny krok modląc się w duchu i ponownie zastanawiając się co przywiodło go w ten ponury, ciemny korytarz wykuty topornie w czarnej skale i prowadzący wciąż dalej i głębiej w mrok...
Dłoń, którą obmacywał ścianę w poszukiwaniu spodziewanego bocznego tunelu trafiła w pustkę, druga kurczowo zacisnęła się na ramieniu podążającej przed nim dziewczyny.

***

-Ostrożnie Butt, bo mu pognieciesz to piękne wdzianko!
-Tu go daj, trzeba poprawić krawacik!
-Uuuu, Paniczyk elegancik zaraz poleci poskarżyć się braciszkowi!
Piątka ślizgonów popychała go między sobą w korytarzu. Ab znosił to ze stoickim spokojem nie odpowiadając na zaczepki i kompletnie ignorując ich uszczypliwe uwagi, może wyprowadzały go z równowagi kiedyś, ale ze złośliwościami jest jak z pociągiem, gdy jedziesz wystarczająco długo przestajesz słyszeć stukot kół o szyny i odczuwać wstrząsy...
Wokół jego klatki piersiowej łapy oplótł wielki, tępy goryl, dla nauczycieli - Wirgil Kołuzow. Nogi Aba straciły kontakt z ziemią, podszedł do niego Bertold Malfoy, ujął w dwa palce rękaw jego szaty.
-Ktoś, kogo opiekunów stać na taki materiał, z pewnością mógłby pożyczyć przyjaciołom parę galeonów...
-Nie mógłby, boby nie miał.
Odparł cicho.
-Ach!
Jedna jasna brew uniosła się lekko.
-Nie miałby...
Ciągnął konwersacyjnym tonem, potem przybrał minę głębokiego namysłu.
-A może miałby gdybym...
Ab zacisnął szczęki i skurczył mięśnie brzucha oczekując ciosu w żołądek, ulubionego Bertolda, jeśli nie liczyć kopniaka w podbrzusze, dobiegł go krzyk...
-DROGA!!!
Potem zobaczył jak coś uderza z niesamowitą prędkością w plecy Malfoya, jak na zwolnionym filmie ujrzał całą scenę: Bert poleciał na niego i Virgila z komicznym zaskoczeniem odmalowanym na twarzy, Virgil stracił równowagę i runął na posadzkę, Ab był mu wdzięczny, że się tak zapasł, w innym wypadku upadek mógłby być bolesny. Pobliskie drzwi uchyliły się, wysunął z nich głowę profesor Flitwick
-Co się tu dzieje, hę?
Zapytał skrzekliwie. Jakaś postać o długich, potarganych brązowych włosach wstała z podłogi i otrzepując szaty odparła:
-Niosłam to profesorowi Infusion, ale wpadłam na nich.
-Rozumiem, w takim razie rozejść się. Powiedziałem: rozejść! Malfoy, Kołuzow...
Ślizgoni podźwignęli się z podłogi, Virgil strącił z siebie Aba jak muchę, odeszli.
Flitwick zamknął drzwi.
Dziewczyna patrząc w kierunku w którym oddaliła się szajka, podała mu dłoń i przywróciła  Jego ciału pozycję pionową.
-Arletta Benjamin.
Powiedziała spokojnie wciąż trzymając jego dłoń i patrząc w bok.
-Lepiej stąd chodźmy, pewnie zaraz wrócą.
Dodała tym samym pozbawionym emocji tonem, półprzytomnie podążył za nią, jakoś nie wyobrażał sobie możliwości sprzeciwu, w jego głowie pojawiła się dziwna myśl.
-To nie było po drodze do lochów.
-Co?
Spytała obojętnie.
-Ten korytarz.
-Aaaa, tak, zobaczyłam was i nie mogłam się powstrzymać od małego "baranka". Cześć.
Mruknęła i oddaliła się w kierunku schodów.

***

-Benjami, Benjamin, Arletta Benjamin...
Mruczał Alb lustrując sufit, nagle uderzył się w czoło.
-Ależ tak! Benjamin! Jak mogłem zapomnieć! Jest z Ravenclawu, dziwna dziewczyna, tak... zdecydowanie dziwaczna...
Ab westchnął, Alb był najbliższą mu osobą, ale wciąż lubił go podręczyć w odwecie za jego dziecięce psoty...
-Dziwaczna, a co poza tym?
-Uczy się nieźle, choć mogłaby lepiej, jest kulturalna. A co ty się nią tak interesujesz, hę?
Rzucił mu porozumiewawczy uśmieszek.
-Czyżby mój mały braciszek już był na tyle duży żeby...
-Nic z tych rzeczy!
Przerwał mu ostro Ab.
-Ej nie ma się czego wstydzić, ludzka rzecz...
Aberforth spojrzał męczeńsko w sufit, a następnie streścił historię „wypadku”.
-No, coś takiego, Tego bym się nie spodziewał!
Wykrzyknął, gdy otarł już łzy śmiechu i odzyskał oddech starszy brat.
-No, ale ona zawsze była dziwaczna jak słyszałem...
-Ale dlaczego dziwaczna?
-No już chociażby z racji wyglądu, nie widziałeś jej twarzy?
-Nie. Tylko plecy, albo profil, ale zasłonięty włosami, a co z nią nie tak?
Alb uśmiechnął się lekko.
-Dlaczego zaraz nie tak, to po prostu dziwaczne i tyle, zobaczysz...

***

Ab przeglądał w czytelni jakiś starodruk o transmutacji, gdy usłyszał rzeczowy, melodyjny, niski głos, głos którego posiadaczki poszukiwał od dwóch tygodni.
-Nie, dziękuję panno Rowen, te mi wystarczą na razie.
Mówił głos. Ab poderwał się od stolika i rozejrzał, spróbował namierzyć dziewczynę wzrokiem, przez dwa tygodnie wiecznie coś się nie zgrywało, ale teraz nie może opuścić okazji. Zauważył jasnobrązowe włosy i idealnie proste plecy, podążył za nimi, dziewczyna usiadła przy najbardziej oddalonym od wejścia i okien stoliku, zapaliła lampę, wyjęła parę wiekowych ksiąg, zdmuchnęła z nich kurz i pootwierała powoli, z widocznym szacunkiem, niemal czcią. Pochyliła się nad nimi, włosy opadły jej na twarz niczym kurtyna, stanął naprzeciwko i odkaszlnął, żadnego rezultatu, ponowił próbę. Dziewczyna pełnym zniecierpliwienia ruchem uniosła głowę, wbiła w niego poirytowane spojrzenie, spojrzenie z lewej strony zielone niczym młode liście wierzby, a z prawej brązowe jak orzech laskowy, Ab wysiłkiem woli opanował chęć krzyku.
-Słucham?
Słowo to zmroziło go niczym sopel lodu.
-Ja, ten, ja Ci chciałem podziękować za tamto...
Przyglądała mu się badawczo.
-Tamto?
Spytała z wyraźną dezorientacją wyczuwalną we wciąż poirytowanym głosie.
- No, wtedy kiedy tak buksnęłaś Malfoya i...
-A to TY!
Mruknęła jakby ukontentowana, że w końcu go rozpoznała.
-Nie ma za co.
Dodała i ponownie pochyliła głowę nad księgami.
-I, i, i, i, i, ja, ja chciałem...
Uniosła twarz, darząc go zniesmaczonym spojrzeniem mającym znaczyć: "Co ty tu jeszcze robisz? Przecież wyczerpaliśmy temat?!".
-Chciałem powiedzieć, że ja też ci, zawsze chętnie pomogę... W rewanżu...
Nagle jej wzrok stał się mglisty i odległy, wbiła go w ścianę za jego plecami.
-Chętnie pomożesz, tak?
Mruknęła najwidoczniej do siebie samej.
Skinął głową, ten ruch, jakby przywrócił jej przytomność
-Ty jesteś z gryffindoru?
Zabrzmiało to niemal jak wyrzut.
-Tak.
-Dobra, to teraz daj mi spokój.
Parsknęła ponownie odcinając się od świata brązową kurtyną. Ab postał jeszcze chwilę, aby się upewnić, że z nim skończyła, a potem odszedł czując dziwny niedosyt i żal.
Wszystko w nim krzyczało, że to się nie może skończyć w ten sposób i nie teraz...

***

Ab leżał bezsennie na łóżku gapiąc się w sklepienie, gdy usłyszał szelest skradających się  po posadzce stóp, ostrożnie, niemal bezgłośnie sięgnął po różdżkę, jakaś ręka powstrzymała jego dłoń wpół ruchu, już miał krzyknąć, gdy rozpoznał uścisk, uniósł głowę, odbijające nikłe,  wpadające przez szpary w zasłonach, światło gwiazd patrzyły na niego niepokojąco odmienne ślepia Arletty Benjamin, pociągnęła go lekko i tak jak trzy tygodnie temu podążył za nią pozbawiony jakiejkolwiek woli oporu, przemierzyli kilka korytarzy, potem otworzyła jakieś drzwi i wciągnęła go do sali pełnej  ksiąg i pergaminów, której jeszcze nigdy nie widział, spojrzał na nią pytająco.
-Komnata Potrzeby. Malutki niewinny sekrecik Helgi Hufflepuff, uczniowie odwiedzali ją nawet częściej niż bibliotekę i pokój wspólny. Została zapomniana, ponieważ każdy kto o niej wiedział uznawał za oczywiste, że wszyscy inni też wiedzą i nie warto o niej wspominać. Dlatego tak często powtarzamy błędy historii, przecież wszyscy o tym wiedzą...
Ab wpatrywał się w nią tępo.
-Jakim cudem weszłaś do mojego dormitorium?
-Och! To było banalne! Hasła powtarzają się co jakieś dwadzieścia lat, wystarczyło przejrzeć starą dokumentację...
-Muszę powiedzieć o tym Albowi...
-Jeżeli sądzisz, że to konieczne. Z tego co wiem, nikt oprócz nas się nie zorientował, z uczniów znaczy...
-A po co przyszłaś właściwie?
Czuł się, jakby zielone oko próbowało go zamrozić, podczas gdy brązowe pracowało nad spaleniem jego powłoki cielesnej.
-Powiedziałeś tydzień temu, że zawsze chętnie mi pomożesz.
-Aha.
-Podtrzymujesz te słowa?
Oczy i głos przewiercały go na wskroś.
-Tak. Jasne...
Dziewczyna niespodziewanie uśmiechnęła się. Znikło całe napięcie.
-Czytaj!
Rozkazała podając mu zwój pergaminu, opuścił na niego wzrok.

***


Szanowny Panie Bracie.
Spieszę donieść Ci iż konfuzja jeno ogarnęła mnie skutkiem naszej supliki, względem wiadomej sprawy wyłożonej dziadowi. Wpierw unikał on rozmów ze mną, wynajdując najróżniejsze ekskuzacyje, a gdym zdybał go wreszcie którego wieczoru, zadając pytanie nurtujące nas i ojców naszych, wpierw długo milczeniem duszę moją dręczył, a następnie wyparł się wszelkich z tą sprawą powiązań. Rzekłem tedy wzburzon wielce:
„Azali nie ty właśnie burzliwej jesieni o północku, przed półwieczem, komunikiem samokilk ku Hogsmade wyruszyłeś, jeno skrzynkę drewnianą brązem obitą w jukach wioząc? Zali nie powróciłeś sam jeden obdarty i jakoby tchu i zmysłów pozbawion! Zali widział ktokolwiek potem ową rzecz?” Spojrzał on na mnie srogo i w te słowa uderzył:
„Bacz pan ino coby ci kminu z dzięgielem nie podano gdy będziesz nos swój cokolwiek za długi w te sprawy wtrącał.”
I nadal patrzał na mnie wrogo, a mnie mróz jakowyś dziwny ciało przewiercił i nie zważając ni na peryjody nieprzyjazne podróżnym samotnym, ni na cześć siwej brodzie przynależną, ni na ową tajemnicę, której, drogi bracie, pozwólmy sekretną pozostać, osiodłałem siwka i precz zdjęty lękiem uciekłem...
Zaprawdę, nie wypowiedzą żadne słowa tego, com w oczach jego ujrzał, nigdy nie będzie mi dane zapomnieć o owym widoku wywołanym pro malum omine wszelkim dalszym poszukiwaniom...

***

Jej twarz przypominała twarz dziecka czekającego na chwilę odpakowania prezentów Gwiazdkowych, wpatrywała się w niego wyczekująco.
-Fascynujące.
Stwierdził ostrożnie. Zerknęła na niego z niedowierzaniem.
-Fascynujące! Tylko tyle masz do powiedzenia?! To jest cudowne! Wspaniałe! To jest TAJEMNICA!!!
Dodała ze szczególnym naciskiem na ostatnie słowo. Przyjrzał jej się niepewnie.
-Tajemnica. Nie rozumiesz?! Nierozwiązana. Sprawdziłam. W żadnej księdze nie wspominają o tej wyprawie. Jedyny ślad to ten list...
Nagle jej twarz znowu straciła wyraz. Obrócił pergamin kilka razy w palcach przyglądając mu się podejrzliwie.
-Skąd masz ten list?
-Znalazłam na strychu czternaście lat temu.
Przyjrzał jej się sceptycznie.
-To list Emeryka Benjamin do Ulryka Benjamin, a ów wspominany dziad to Benjamin
Benjamin pierwszy dyrektor Hogwartu po śmierci założycieli. Mój praszczur.
Wyjaśniła obojętnie. Jeszcze raz przejrzał list.
-Co to za widok niosący złą wróżbę dalszym poszukiwaniom, wiesz może?
Prychnęła ze zniecierpliwieniem.
-To nie jest ważne! Co było w skrzyni - oto jest pytanie!
-Popraw mnie, jeśli źle zrozumiałem, aby ją ukryć wyruszyło kilka osób, powróciła jedna i to pozbawiona rozumu...
-Przesadzasz, Benjamin bardzo udoskonalił działalność szkoły...
-Ważne jest, że kilkoro innych ludzi w ogóle nie powróciło z wyprawy.
Posłała mu lekko stropione spojrzenie
-W skrzyni były skarby, mogli chcieć je ukraść, wuj ich powstrzymał...
-Równie dobrze mogli zginąć, gdy ukrywali skrzynię, skąd wiesz, że jest w niej skarb?
-Och!
W jej głosie zabrzmiało zniecierpliwienie i irytacja.
-Idziesz ze mną czy nie?
-Gdzie?
-Szukać skrzyni oczywiście!
Popatrzył na nią osłupiały.
-Nie mówisz poważnie...
-Owszem mówię.
-Nie masz pojęcia gdzie ona jest, ani co w niej jest!
Jej lśniące oczy przewierciły go do głębi.
-Nietrudno się domyślić, że jest to coś wartego ukrycia, zapewne skarb, a gdzie można coś ukryć w Hogsmade...
Ab struchlał „nie wymawiaj tego, proszę cię tylko nie to, nie wymawiaj...” błagał w myślach.
-Jak nie w Korytarzu Otchłani
Dokończyła, Ab nieomal zaszlochał.
-Nie przyszło ci do głowy, że to tam schowano, żeby nie zostało odnalezione?
Zmiażdżyła go pogardliwym wzrokiem. Poczuł, że może znieść wszystko z wyjątkiem jej pogardy...
-Pójdę, ale...
-Nie ma żadnych ale.
Odparła spokojnie.
-Skombinuję sprzęt, pewnie ruszymy za jakie trzy dni...
-Nie lepiej by było, później trochę...
-Później są egzaminy końcowe, trzeba się przygotować, nie sądzisz?
Mruknęła i wyszła, ponownie bezmyślnie podążył za nią.

***

Aberforth czuł się źle, nawet wybitnie źle, ostatnich pięć nocy poświęcili z Arlettą przeglądaniu sprzętu i ksiąg w których ewentualnie można by się było natknąć na jakieś wskazówki.
Napięcie ostatnich dni, rozdrażnienie i ogarniający go coraz mocniej strach, odcisnęły swoje piętno na wyglądzie: był nienaturalnie blady, pod oczami było widać wyraźne, sine cienie, zaś same oczy błyszczały jakby w gorączce, ręce drżały.
Ciszę, do tej pory zakłócaną jedynie sporadycznymi skrzypnięciami piór i monotonnym (aczkolwiek znacznie mniej niż na innych lekcjach) wykładem nauczyciela, rozdarł dzwonek oraz, w chwilę potem, trzaski wrzucanych do toreb książek, poprzedzone zwykłym szkolnym gwarem. Ab ruszył ku wyjściu.
-Aberforth, mogę Cię prosić na chwilkę?
Przywołał go Alb. Ofiara wyobraźni Panny Benjamin, przywlokła się do biurka.
-Nie chcę odstawiać kaznodziei i prawić kazania, ale przez całą lekcję nie zanotowałeś ani słowa, wyglądasz jak zombi, czy nie wydaje Ci się, że ta dziwaczka absorbuje Cię nieco za bardzo? Ja rozumiem pierwsza miłość etc. ale widzisz niedługo obydwoje macie egzaminy...
Ab prychnął z irytacją.
-Wiesz co? Nadajesz się do dawania życiowych porad jak Włochaty MacBoone na przytulankę, ile razy mam ci powtarzać, że między nami nic nie ma?!
Alb wbił w niego badawcze spojrzenie. Aberforth poczuł jak ogarnia go niesamowita ulga i  błogie poczucie bezpieczeństwa, Alb zaraz go zapyta, a on odpowie, opowie wszystko, całą prawdę, w końcu nie może oszukiwać brata, nawet Benji to zrozumie, a Alb ich powstrzyma, nie pozwoli na takie szaleństwo, już otwiera usta...
Ale zamiast ust otworzyły się drzwi, stanęła w nich smukła dziewczęca postać.
-Można Panie Profesorze, chciałam o coś... Och! Przepraszam nie zauważyłam, wrócę później...
-W porządku Mini właśnie kończyliśmy, Ab nie obchodzi mnie, co robicie z tą Arlettą,
bylebyś dobrze napisał egzaminy, kapito?
Po tych słowach uśmiechnął się z lekkim zażenowaniem i dodał, tak jakby chciał złagodzić przykre wrażenie:
-Teraz wypadaj do niej i może zabierz ją „Pod trzy miotły”, dziewczyny to lubią, nie McGonagall?
Minerwa prychnęła z niesmakiem, Alb uśmiechnął się do niej, Aberforth wyszedł rozgoryczony, z trudem powstrzymywał łzy, „nie obchodzi mnie”, ale przecież obchodziło go zawsze, był troskliwy niczym kwoka, pilnował go jak źrenicy oka, a przez ostatni rok, odnosił się do niego tylko ze zniecierpliwieniem... Ciągle tylko: Minerwa to, Minerwa tamto... Prawda, po tej całej awanturze w zeszłym roku nic dziwnego, że poświęcał jej więcej czasu, ale przecież to ON - Aber był jego młodszym bratem i akurat teraz, kiedy tak potrzebował jego pomocy, mógł liczyć tylko na jakieś głupie miłosne aluzyjki i to od kogo?! Od Alba! Który nigdy się nie zajmował takimi bzdurami...
A może, a może właśnie zaczął się zajmować?
A może on i ta kujonka...
Aberforth roześmiał się z własnych absurdalnych podejrzeń.
Nie, oczywiście że nie, pewnie ma po prostu jakieś problemy ze starym Responsible, podobno od czasu gdy  zachorowała jego żona jest kompletnie nie do zniesienia...
Musi opowiedzieć o tym Ar, uśmieje się!

***

-No, i wiesz, pomyślałem sobie, że może oni...
Roześmiał się nie kończąc zdania, Arletta uniosła głowę znad liny samoregulującej.
-Nie rozumiem z czego tu się śmiać, moim zdaniem to poważna sprawa...
-Alb nigdy nie zajmował się dziewczynami!
-A ma już coś koło dwudziestki piątki, najwyższy czas, chociaż dobrze wybrał...
Aberforth wyładował furię zaciskając mocniej węzeł na linie.
-Bzdura! –syknął - Alb by nigdy...
W ślepiach Ar wyczytał coś jakby politowanie.
-Przykro mi, że muszę Cię uświadamiać w tym względzie: taka jest naturalna kolej rzeczy, każdy mężczyzna musi kiedyś odejść z jakąś, lub jakimś...
Poczuł dziwny chłód oblewający jego ciało, znikła gdzieś wściekłość...
-Ale nie Alb.
Był to błagalny jęk. Benji spojrzała na niego ze zniecierpliwieniem.
-Och! Na Litość Boską, Aberforth, nie bądź dzieckiem! Możesz się pocieszyć tym, że na pewno do tej pory jest to związek czysto „duchowy”, że tak powiem. Ci dwoje to idealiści i zbyt mocno szanują reguły, tudzież konwenanse, aby mogło dojść do czegoś więcej, chociaż za trzy lata pewnie będziesz miał się o co martwić! Wszystko gra, ruszamy jutro!
Wstała z podłogi, energicznie otrzepała szatę i wyszła szybkim, sprężystym krokiem.
Ab nie czuł nic, a właściwie czuł pustkę, pustka była zimna, obślizgła, szara, niczym mgła...
Otulił się mocniej swetrem jakby to mogło mu pomóc.
-Jutro ruszamy.
Wyszeptał i odkrył, że jest mu to zupełnie obojętne, strach, nadzieja, podniecenie -wszystko to uleciało, po raz pierwszy poczuł, że jest w stanie zejść w otchłań, ale to odkrycie również wcale go nie ucieszyło...

***

Aberforth nerwowo przemierzał korytarz przed drzwiami Alba, czuł się jak robal, jak coś niewartego nawet splunięcia, rozum mówił mu, że to jest życie Alba i nic mu do niego, ale cała reszta jego istoty domagała się odpowiedzi, cała reszta wołała, że ma prawo wiedzieć, że to w końcu JEGO Albus, Jego Albek...
Skrzypnęły drzwi, wychynął przez nie długi nos, potem kasztanowa broda a na końcu jasne, niebieskie oczy, które zalśniły zaniepokojeniem gdy tylko ujrzały brata.
-Aberforth? Co ty tu robisz, jest dopiero szósta?
Ab wstrząsnął się na dźwięk tego głosu, przez chwilę miał ochotę rzucić się do ucieczki, ale zdołał powstrzymać odruch...
-Ja... Ja chciałem z tobą porozmawiać.
Odkaszlnął, aby pozbyć się z głosu podejrzanej chrypki. Drzwi otwarły się szerzej, Alb wykonał zapraszający gest ręką, Ab usiadł, Albus zamknął drzwi, a potem zajął stołek naprzeciwko, patrzył na „młodziaka” z mieszaniną zwykłej ciekawości i niepokoju. Ab ponownie zakaszlał, zebrał wszystkie siły.
-Ja, ja chciałem z tobą porozmawiać o... O dziewczynie...
W oczach Alba dostrzegł zdziwienie, potem wręcz osłupienie, a potem przyjazne, wesołe iskierki, które wkrótce przeskoczyły na usta prowokując wybuch radosnego, pełnego ulgi śmiechu.
-No wiesz, nieźle mnie wystraszyłeś! Snułeś się tu niczym ponurak! No, dawaj, co tam z tobą i tą twoją Arlettą?
W Aberforthcie nagle wszystko zawrzało, wybuchnął zanim zdołał się pohamować.
-Nie ze mną! Z Tobą i tą... Tą Minerwą! Chcesz się z nią ożenić Tak?! Mieć kupę bachorów, tak?! Domek z ogródkiem, hodowlę puffkuff i kapcie przy kominku tak?!
Alb patrzył na niego zaszokowany, a potem westchnął i jakby się skurczył. To wszystko nie tak miało wyglądać i Ab znakomicie o tym wiedział, ale skoro już zaczął...
-TAK?!!
Ab sam był zaskoczony ilością rozpaczy zawartą w tym jednym okrzyku, mimowolnie zerwał się z krzesła, Alb wstał również, jego oczy były spokojne i jakby smutne.
-Posłuchaj Aber, lubię Minerwę, nawet bardzo lubię, może nawet... kocham...
To słowo wypowiedział po długiej przerwie, jakby jego wymówienie kosztowało go wiele wysiłku.
 -Ale nie ożenię się z nią, a co do reszty, to pewnie będą mi przysługiwać jedynie kapcie przy kominku. O ile dożyję starości... Nie będę miał spokojnego życia... i ona też nie...
Ab wpatrywał się w niego podejrzliwie, Alb ciągnął dalej, tak jakby każde słowo zadawało mu niewyobrażalny ból.
-Nie możemy, jest wiele rzeczy które muszą być zrobione, wiele rzeczy które muszę zrobić ja, wiele rzeczy które musi zrobić Responsible, wiele dzieci które Hogwart musi czegoś nauczyć...
-Co ma fałszoskop do Kirka Prawdomównego?
-Wyobrażasz sobie ten skandal?! Jest gotów wszystko uniemożliwić! Nauczyciel i uczennica! To oznacza sprawdzenie Hogwartu do stu lat wstecz! Ciągłe kontrole, obalenie Estefana, bo to on do tego doprowadził, wyznaczając mnie... Złamaliby karierę Mini, ja nie mógłbym zrobić nic bez głupich posądzeń... Słowem: na każdym kroku rzucano by nam kłody pod nogi! Poza tym: wyobrażasz sobie wynikłe z tego zamieszanie?! Może w innych czasach zaryzykowałbym, ale teraz, kiedy Tom tylko czeka na jakąś awanturę, aby wykorzystać ją do osiągnięcia władzy? Nie mogę, za wiele zależy od tego ślubu, czy choćby związku...
-A szczęście?
-Szczęście można zdobyć na wiele sposobów, dużo szczęścia daje satysfakcja, że uchroniłeś innych przed konsekwencjami ich głupich złośliwości... Ty w każdym razie, możesz być spokojny, jesteś moim kochanym młodszym braciszkiem i nikt mi Ciebie nie zastąpi.
Alb uśmiechnął się słabo, melancholijnie, z goryczą.
-A teraz idź, jestem zmęczony, wiesz już, więc wyjdź.
Ab stanął przy drzwiach spojrzał na Balbka, który przygarbił się i ukrył twarz w dłoniach, przez chwilę chciał podbiec do niego, uścisnąć... W jakiś sposób jednak wiedział, że to nie byłoby właściwe, Alb sam wybrał tą drogę, aby nią iść musi być twardy, on - Aberforth może zrobić dla niego coś, jedynie nie wspominając o własnych kłopotach. Da sobie radę, musi, dla Alba...

***

Aberforth czekał za tajnym wyjściem przy obrazie Waldorfa Przykurzonego, ostatecznie lepiej przyjść pół godziny za wcześnie, niż się spóźnić, chociaż z drugiej strony, dziwne myśli nachodzą człowieka, kiedy tak czeka... Sam... W ciemnościach...
W ciszy zakłócanej jedynie bzykaniem cierpiącej na bezsenność muchy i posapywaniem portretu...
Człowiek zaczyna się zastanawiać, nad sobą, nad światem...
Czy on byłby w stanie poświęcić swoje szczęście, dla bezpieczeństwa innych?
Czy gotów jest zaryzykować życie goniąc za mrzonką?
Czy w ostatniej chwili stchórzy, czy też wytrwa?
Czy dobrze zrobił, nie mówiąc o niczym Albowi?
Dlaczego Benji z takim uporem dąży do otchłani?
Czemu za nią podąża, chociaż nie chce?
Dlaczego to wszystko musiało się przydarzyć?
Kto za tym stoi?
Do czego zmierza?
„Kiedy rozum śpi budzą się demony”
Bzdura. Tkwią w nas zawsze. Wiecznie czujne. Czyhające na chwilę spokoju, którą mogłyby zagrabić. Demony pytań bez odpowiedzi: Kto? Dlaczego? Dokąd zmierza?
Do nich wszystko się sprowadza.
Demony - unoszące parszywe pyski w ciszy i samotności, naigrywające się z ludzi którzy odpowiedź poznają dopiero po śmierci.
Na ramieniu poczuł chłodny dotyk dłoni, wzdrygnął się nerwowo, odwrócił...
Iskrzące w ciemnościach ślepia Benji zdały mu się złowrogie, nieprzejednane, puste...
-Idziemy -szept lekki niby zefir, podała mu plecak ze sprzętem.
Ruszyli na spotkanie nieznanego, jedno z niepokojem i niechęcią, drugie z determinacją jaką może dać jedynie potęga rozpaczy i nadzieja poprawy losu...

***

Mruknęła „LUMOS” ich oczom ukazało się dziwaczne rumowisko.
-Po co tu stoimy?
Zapytał.
-To jest wejście.
Niepewnym wzrokiem zmierzył kupę kamieni porośniętych mchem.
-Dlaczego tak wygląda?
-Nikt tu nie wszedł od czasów Benjamina, nikt się nie kwapił do posprzątania.
Zmarszczyła brwi.
-Z tymi tobołami nie przejdziemy, wyjmij liny i różdżki.
Chciał coś powiedzieć, lecz zmilczał, czuł, że to jej wyprawa, przewiesił sznury przez ramię.
Uniosła różdżkę, wykonała nią potężny zamach.
-ADITUS!
Kamienie drgnęły, powoli niechętnie, rozstąpiły się ukazując wąziutką szczelinę.
-No i na co czekasz?
Warknęła, niechętnie począł odgarniać gruz poszerzając tunel aż do momentu w którym stał się wystarczająco szeroki aby ich przepuścić. Ar opuściła różdżkę, odetchnęła głęboko, spojrzała na niego z zastanowieniem.
-Teraz już nie musisz iść dalej, jeśli nie chcesz, dam radę.
Stwierdziła.
Coś w nim, bo na pewno nie on sam, odpowiedziało jej:
-Pójdę, nie wiadomo co tam jest może Ci...
Nie pozwoliła mu dokończyć, rozpromieniła się, szepnęła tak jak jeszcze nigdy, miło, ciepło, serdecznie:
-Wiedziałam, że w końcu pojmiesz: TAJEMNICA! temu nikt nie jest w stanie się oprzeć!
Nie sprostował, z jakiegoś powodu nagle zrobiło mu się jej żal, westchnął i zszedł do otchłani, w długi ciemny korytarz, prowadzący w ciemność i niepewność...

***

Niemal spazmatycznie zacisnął dłoń na jej ramieniu, odwróciła się błyskawicznie, czujna, napięta, gotowa do ataku, wsunęła świecącą różdżkę w odnogę tunelu, jego ściany były gładkie, czarne, jakby pokryte szkliwem...
Oczy Ar zaiskrzyły się.
-Wiedziałam, że gdzieś tu będzie!
Wsunęła stopę w przejście, Ab nie ruszył się, nie podobały mu się te gładkie ściany, były zbyt gładkie i zbyt czarne, zbyt... Nieludzkie.
-Aberforth!
Ponaglająco, niemal rozkazująco.
-Benji, zapomnij o tym i wracajmy do szkoły, nic dobrego tam nie znajdziesz, nie przetrwałoby...
Odwróciła się, zmiażdżyła go pogardą, wzruszyła ramionami, jej nienaturalnie proste plecy i dumnie uniesiona głowa oddalały się, zaklął i podążył za nią...

***

Szli długo, bardzo długo, wydawało mu się, że wręcz całe wieki, otoczeni zimnym, czarnym kamieniem i zatęchłym powietrzem, czy mu się zdawało, czy też czasem naprawdę słyszał odgłosy inne niż echo ich kroków?
Szelesty, piski, jęki, mruki... Drżał, jakby z zimna, choć w tunelu było gorąco, Arletta parła naprzód, zdawała się nie zauważać niczego poza drogą, wiodącą wciąż prosto i w dół...

***

Weszli do ogromnej jaskini, wygładzonej tak samo jak tunel do niej prowadzący.
Ściany i sufit tworzyły półkoliste sklepienie nad płaską, śliską podłogą, na której środku stał ogromny, kamienny monolit niepokojąco przypominający ołtarz ofiarny, za nim w przeciwnej ścianie majaczył dalszy ciąg korytarza. Aber zatrzymał się w połowie drogi do głazu, Ar podeszła bliżej, nagle wydała pełen radosnego zdziwienia okrzyk.
-Tu coś leży!
Nie zwrócił na nią uwagi, wpatrywał się w posadzkę, echo zwielokrotniało szelest kartek.
-To pamiętnik Benjamina, teraz na pewno znajdziemy!
Spojrzała na niego z radością, dostrzegła dziwny bezruch, zamilkła.
Podniósł głowę, z jego oczu jakby opadła zasłona i zobaczył...
Zobaczył tysiące czarnych sylwetek pełzających po wygładzonych ścianach, długie, szponiaste łapy, czarne, obmierzłe, spiczaste ryje, ciemne, złośliwe gały, małe poszarpane uszy stworów ciemności.
Usłyszał teraz wyraźnie szelesty, zgrzyty, pomlaskiwania.
Ponownie zwrócił wzrok na posadzkę, w miejsce gdzie na wieczność utrwalona została sylwetka potężnego mężczyzny, z dłońmi uniesionymi w ochronnym geście, twarzą wykrzywioną grymasem przerażenia. Sylwetka wtopiona w kamień, bez wątpienia wtopiona przez coś, ale przez co, nie chciał się dowiedzieć...
W tej chwili jego myśli nabrały niezwykłej jasności, głos zdecydowania, a czyny pewności...
Czarne pazury wychynęły zza głazu i wyciągnęły się do Ar wciąż tkwiącej przy monolicie, palnął w nie pierwszym lepszym zaklęciem.
-GAZU!
Jego wrzask odbił się ścian, przemierzył korytarze, powrócił zwielokrotniony tysiące razy.
Podbiegł i szarpnął ją za rękę, wyrwała się i pobiegła ku dalszemu przejściu, nie bawiąc się w kurtuazję, pozbawił ją przytomności petrifikusem, zarzucił sobie na ramiona. Ściany zaczęły drżeć, posypały się okruchy. Pokraczne stwory piszcząc szaleńczo pchały się w tunele, niemal cudem udało mu się przez nie przedrzeć...
Biegł, nie czując zmęczenia ani strachu - kiedy już stanie się najgorsze, musi zacząć się lepsze...
Z trudem wypchnął ją przez szczelinę w rumowisku, coś zawadzało, dostrzegł w jej dłoni stary ,oprawiony w skórę wolumin, wyrwał go i w końcu przerzucił ją na śnieg, potem, gdy sam próbował się wydostać, coś wbiło mu szpony w nogę, z obrzydliwym skrzekiem, i z potworną siłą poczęło ciągnąć w dół, instynktownie odwrócił się i zdzielił to trzymaną w ręku księgą, coś odczepiło się, wylazł, szczelina zapadła się za nim...
Z trudem powstał i dźwignął bezwładne ciało dziewczyny, otarł twarz śniegiem...

***

Aberforth odwrócił ostatnią kartę pamiętnika, spojrzał w oczy skulonej w fotelu obok niego dziewczyny. Po powrocie z wyprawy jakby straciła duszę, snuła się po zamku zgarbiona, z wzrokiem wbitym w ziemię, opuszczała lekcje, nie rozmawiała z nikim, kryjąc się w tajnych
Przejściach... Właśnie w jednym z nich zdybał ją dzisiaj, powiadomił, że ocalał pamiętnik, że powinna go przeczytać, spodziewał się wybuchu radosnych okrzyków, lecz ona tylko bez entuzjazmu skinęła głową.
Teraz również siedziała milcząca, zapatrzona w ogień do którego rzucił zeszyt, gdy tylko doczytali ostatnie zdanie, potem poruszyła się niemrawo, wyjęła z kieszeni, pożółkłą, zmiętą kartkę, rozpoznał list Emeryka Benjamin, patrzyła na niego przez chwilę a potem uczyniła wymach dłonią, jakby chciała go rzucić w ogień, zatrzymała się jednak w pół ruchu, znieruchomiała, z jej oczu stoczyły się łzy...
Pochylił się, wyjął list z jej ręki, jego również bolała strata tych papierzysk, w końcu to dzięki nim i przeżytej przygodzie w końcu stał się mężczyzną,  ale dlatego właśnie wiedział również, że te dokumenty, muszą zostać zniszczone, że ten rozdział musi zostać zamknięty...
Rozumiał, że dla Ar zniszczenie ich byłoby pokrewne samobójstwu, od lat kształtowała swoje życie dla nich, dzięki ich wpływowi stała się Arlettą Benjamin -bezkompromisową, energiczną, dziwaczką...
Westchnął i wydał list na pastwę płomieniom...

***

-No, brawo bracie, jednak znakomicie się spisałeś!
Alb poklepał go po ramieniu oglądając końcowy dyplom, Aber uśmiechnął się.
-Miałem niezłych nauczycieli.
-Aberforth!
Odwrócili się obaj, aby spojrzeć na biegnącą ku nim przez zielone błonia dziewczynę, jej rozwiane brązowe włosy lśniły złotawo w słońcu, prawe oko rozjaśnione radością rzucało ciepłe kasztanowe iskry, lewe zielone refleksy pełne zakłopotania.
Ab objął ją w pasie i pocałował w nos, zarumieniła się lekko
-Dotty obiecała, że będzie druhną.
-To świetnie, a Amy?
Dziewczyna ze śmiechem uderzyła się w głowę.
-Zapomniałam spytać, ale chyba jeszcze nie wyjechała! -ponownie odbiegła ku rojącym się uczniom. Alb spojrzał na swego młodszego brata ze złośliwymi iskierkami w oczach.
-No i jednak nie ja tu się żenię, a jak udało ci się wyrwać ją z tej depresji?
-Dałem jej nowy cel.
Alb pytająco uniósł brwi, Ab wyszczerzył zęby.
-Stworzenie przytulnego domu rodzinnego, to dopiero wyzwanie dla awanturnicy jej kalibru!
Obaj bracia roześmiali się wesoło.
-No to co, jedziemy? -spytał Ab
-Jedź, ja jeszcze tydzień muszę zostać z Minerwą.
Tym razem brwi uniósł Aber, Alb uśmiechnął się.
-Widzisz układamy projekt badawczy...
Ab położył mu dłoń na ustach uśmiechnął się lekko.
-Nic nie widzę, nie chcę nic widzieć. To Twoje wybory.
Mruknął, po czym popędził ku machającej do niego dziwaczce.

Ivanka
8.04.2004, 12:27

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Ivanka

Jakby bylo dluzsze, to by sie zrobilo nudne i stracilo na jakosci, ciag dalszy mam w planach. Nie lubie wody sodowej, omijam ja szerokim lukiem i nie pozwole jej w zadnym wypadku w jakikolwiek sposob nawiazac kontaktu z moja glowa :)! Tiaa, nie to ze mnie dyskryminuje, no ale... wiesz o co chodzi Aki...

16.04.2004, 15:38
Najm

Aberforth... to ten od kozy? Opowiadanie świetne, mogłoby być tylko trochę dłuższe :)

9.04.2004, 20:22
ibka

Bardzo dobry tekst. Jak dla mnie troszkę po łebkach potraktowany wątek przygodowy, ale i tak bardziej mnie interesowały dzieje Alba... Może jakiś cd.? Proszę, proszę...

9.04.2004, 17:28
Anka

Świetne. Jak zawsze zresztą! Pisz Ivanko bo robisz to naprawdę świetnie!

9.04.2004, 12:01
A.Katarsis

Jak do tad chyba nie było osoby która by Ivankę nie pochwaliła a jednak jej woda sodowa do uszu nie udeżyła..A artykułów Ivanka napisała wiele....

9.04.2004, 11:11
znowu hera

Fajne tylko tyle ci powiem jak więcej komplementów będziemy ci sypać to ci woda sodowa do głowy uderzy

9.04.2004, 10:41
Valaraukar Obdarzony Nieufnością

Nyo, Ivanko, Twoje książki będą rozchwytywane, zamieszki na ulicach, kłótnie, morderstwa, spiski, a wszystko tylko po to, by przeczytać Twe twory... :) Miła perspektywa!

9.04.2004, 07:43
Rindiglas

No ,no chociaż przyznam się że myślałem że autorka zrezygnuje z happy endu. Ale opowiadanie świetne, fajnie opisane są szczególnie relacje międzyludzkie. Bardzo ciekawe spostrzeżenia - gratuluję.

8.04.2004, 21:49
Łapa

A za parę lat będziemy sie tłucw ksiegarniach o Twoje książki, Ivanko :)

8.04.2004, 20:07
A.Katarsis

Ivanko, tez Cię polonistka nie docenia i nienawidzi? No w moim przypadku to uzasadnione, ale w twoim..O ile dobrze zrozumiałam twoją muyśl...:)

8.04.2004, 17:16