Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

NIEZŁE ZIÓŁKO, czyli o czym nam nie powiedziały babcie?

[Sirrah] Tak się dziwnie złożyło, że w Empiku mają bardzo rozległy regał z prasą. Tak się dziwnie złożyło, że na tym regale jest również kilka tytułów z gatunku fantastyki. Tak się dziwnie złożyło, że zawędrowała tam Agrypine Sirrah (jak zwykle z rozwianym włosem). Tak się dziwnie złożyło, że wzięła do ręki miesięcznik
"Wiedza i życie"
i natrafiła na bardzo interesujący artykuł. Uznała, że nie pozwoli, aby zabrakło go w "Czarownicy"! Dlatego też usiadła i przepisała go tutaj, ze specjalną dedykacją dla Autorki, chociaż,prawdopodobnie nigdy się nie dowie, że ktoś wyniósł jej niezwykle interesujący tekst poza "Wiedzę i życie".[/Sirrah]



Agnieszka Krzemińska
AFRODYZJAK I TEST ŚMIERCI

CZMUCICHĄ lub SZEPTUCHĄ zostawały samotne matki, kobiety okaleczone, te które popełniły mezalians albo zostały wdowami, które musiały w jakiś sposób podnieść swoją pozycję w społeczności - mówi botanik dr Ewa Pirożnikow z Uniwersytetu w Białymstoku, zajmująca się badaniem ziołolecznictwa i czarodziejstwa na terenie Polski.
Najpowszechniejszą chorobą, jaką leczyły zielarki, była biegunka, spowodowana złą jakością wody pitnej i brakiem higieny. Ciężka mogła prowadzić nawet do śmierci z odwodnienia (zwłaszcza u małych dzieci), dlatego mnóstwo zbieranych przez "mądre kobiety" ziół służyło do leczeniu bólu brzucha. Najczęściej podawano wywary z mięty, czarnych jagód czy kory brzozowej (zdzieranej w górę pnia). Z kolei kolei kora brzozowa zdzierana w dół czy kora kruszyny (Frangula alnus) była podawana przy zaparciach i wzdęciach.
Innym poważnym problemem były choroby skóry. W czasach, gdy w Europach szalały zarazy i epidemie, obiawiające się różnego rodzaju wysypkami czy wrzodami, leki dermatologiczne stanowiły bardzo ważną gałąź lecznictwa. Stosowano okłady, kataplazmy, maści, napoje. Wśród roślin "dermatologicznych" szczególnie popularny był rumianek (działa ściągająco), arnika górska ( Arnica montana - m.in. antyseptyczna i przeciwzapalna), ale także przystęp biały (Bryonia alba) stosowany w okładach na wrzody, czy lulek czarny (Hyoscyamus niger ). Z owoców tego ostatniego ordynowano inhalacje, skuteczne podobno na ropienie zębów.
Niektóre zioła, takie jak dzika róża czy wrotycz (Tanacetum vulgare), znane były jako leki na paraliż czy szaleństwo, choć w przeciwieństwie do wcześniej wymienionych, współczesna medycyna nie potwierdza ich skuteczności. Wrotycz, w większych ilościach trujący, często i z powodzeniem był stosowany do zwalczania robaczycy.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni
Zielarki często używały w swej praktyce roślin, które w większych dawkach stawały się trucizną. Powszechnie uznane dziś twierdzenie, że lek od trucizny różni tylko dawka, w dawnych czasach było mniej popularne. Zdaniem kościelnych inkwizytorów fakt, że coś, co mogło spowodować śmierć, leczyło, mógł być spowodowany tylko ingerencją sił nieczystych. Szeptuchy oskarżano więc o konszachty z diabłem.
Znachorki potrafiły nie tylko zbadać pacjenta (sprawdzając puls, gorączkę, stan skóry, włosów oraz paznokci) i postawić trafną diagnozę, ale i dawkować niebezpieczne rośliny - mówi dr Pirożnikow. Taki lulek czarny, roślina o właściwościach halucynogennych, w odpowiednich dawkach był świetnym środkiem na uspokojenie.
Oprócz ziół w "apteczkach" znachorek znajdowały sie też trucizny i środki halucynogenne wytwarzane z grzybów oraz rośliny magiczne, czyli takie, które były uważane za ważny składnik receptury tylko ze względu na swoją symbolikę. I tak widłak ( Lycopodium), zwany też "babią rośliną", uważano za symbol żywotności i aplikowano ludziom osłabionym, wierząc, że doda im sił witalnych, jest bowiem zielony również zimą. Magiczne zastosowania miał też czarny bez (Sambucus nigra), zresztą rzeczywiście mają działanie lecznicze - uważano, że już samo położenie dziecka pod krzakiem sprawi, że będzie ono spokojniejsze.
Najpopularniejszą rośliną czarodziejską (choć nie na terenie Polski, bo to roślina klimatu śródziemnomorskiego) była oczywiście mandragora (Atropa mandragora ) i to nie tylko ze względu na ze względu na zawartość halucynogennych alkaloidów, ale i na kształt korzenia przypominający ludzką sylwetkę.





Uniwersalnymi roślinami leczniczo-magicznymi były m. in. piołun i czosnek, które odstraszały złe duchy, chroniły przed złym słowem czy spojrzeniem, oraz epidemiami. W zupełnie nieprawdopodobnych miksturach pojawiał się też bardzo łatwy do przedawkowania jałowiec, którego jagody i dziś stosuje się w chorobach układu moczowego - podkreśla dr Pirożnikow.

Sposób na miłość i jej owoce
Często do zielarek zgłaszano się po napoje miłosne i afrodyzjaki. Dlatego wiele czasu zajmowało zielarkom zbieranie lubczyku, głównego składnika napojów miłosnych, i salepu - bulw pewnych gatunków storczyków, np. storczyka kukawki - uważanego za silny środek pobudzający popęd płciowy. Natomiast ruta (Ruta graveolens) uchodziła za ziele ochronne, a także afrodyzjak dla kobiet, stąd panny młode występowały w dniu ślubu w rucianych wianeczkach.
U znachorki można było zaopatrzyć się w zioła wywołujące poronienie lub maskujące przedwczesną utratę dziewictwa (stosowano tu krwawnik - Achillea millefolium). Nie jest jednak prawdą, że istniała jakaś znana tylko czarownicom roślina powodująca poronienia, którą przez wieki wytępiono. Ziół niebezpiecznych dla kobiet w ciąży jest mnóstwo, tajemnicą jest raczej odpowiedni skład mieszanki, dobrany tak, by usunąć płód, nie zagrażając zdrowiu matki.
Jedną z ciekawszych "porad", o jaką zwracano się do znachorek, był tzw. test śmierci. Czarownicę wzywano w chwili, gdy choremu nie pomagały już żadne kuracje - mówi dr Pirożnikow. Wiedźma podawała mu wtedy "zioła na śmierć lub na życie". We wschodniej Polsce był to najczęściej dziewięćsił pospolity lub bezłodygowy (Carlina vulgaris lubacaulis). Jeśli chory po podaniu gorzkiego leku krzyczał, wierzono, że wyzdrowieje, jeśli był cicho, wywlekano go z łóżka i kładziono na deskach, by swym długim umieraniem nie męczył siebie i rodziny.

Natura magii, magia natury
Wiedza zielarek była często imponująca. Poznawanie roślin zaczynało się już we wczesnym dzieciństwie i najczęściej było przekazywane w linii żeńskiej - matki i babki wprowadzały swoje córki i wnuczki w tajemniczy świat trucizn, panaceów, zaklęć i napojów miłosnych. Dziewczynki uczyły się najpierw odróżniać rośliny stosowane na prostsze choroby, takie jak biegunka, rozstrój żołądka, gorączka. Z czasem zaczynały dowiadywać się coraz więcej o ciężkich chorobach, porodach, a w końcu i o śmierci. W zależności od tego, co było "specjalizacją" takich wiejskich znachorek, ludzie zwracali się do nich z różnymi kłopotami. Odbieraniem porodów zajmowały się akuszerki, czarownice zaś leczyły, rzucały uroki, przyrządzały napoje. Granica między czarodziejstwem a lecznictwem była bardzo płynna.
Kościół intensywnie zwalczał ludową "służbę zdrowia", twierdząc, że więcej w niej magii i przesądów niż prawdziwej medycyny. Było w tym sporo racji: leczeniu ziołami towarzyszyło mnóstwo elementów magicznych. Pewne czynności, jak plucie przez lewe ramię czy okrążanie drzew o północy, a także zaklęcia i modlitwy, które stanowiły niezbędny element kuracji, przypominały pogańskie obrzędy i rytuały. Kto wie, czy nie dzięki magii "leki" okazywały się skuteczniejsze, niż wynikałoby to z ich mierzonej obecnymi naukowymi metodami siły działania. Równie dobrze jednak podobne zarzuty można by postawić średniowiecznym medykom. Co słabiej wykształceni z nich na wszystkie choroby stosowali zamiennie lewatywę i puszczanie krwi. W porównaniu z tymi metodami ziołolecznictwo można uznać za postępowe.
Równie mocno oburzał Kościół fakt, że kobiety-znachorki miały ścisły związek z dziką, nieposkromioną i pełną chaosu naturą. Nie wstydziły się badać swoich pacjentów, wąchać ich wydzielin czy dotykać chorej skóry. Ta bliskość z naturą, wynikająca z wpływów przedchrześcijańskich wierzeń, dodatkowo sprawiała, że osobom zajmującym się ziołolecznictwem przyczepiano łatkę heretyków albo i pogan, w których łatwo mógł zamieszkać diabeł i demony.
W średniowieczu uważano, że choroby są karą za grzechy, a każde leczenie ingerencją w wyroki boskie - mówi dr Pirożnikow. Jeśli więc ktoś miał już w nie ingerować, to tylko osoba stojąca bliżej Boga, czyli zakonnik lub ksiądz. Także samo stosowanie ziół próbowano uzasadnić teologicznie. Wierzono np., że Bóg na każdą chorobę dał lekarstwo, które można łatwo rozpoznać. I tak nasiona tarczycy (Sutellaria) przyrównywano do maleńkich czaszek i dlatego miała ona pomagać w bólach głowy. Z kolei plamkowane liście miodunki (Pulmonaria) miały kształt płuc, stosowano je więc w dolegliwościach płucnych, w tym gruźlicy.
Wybitną znawczynią ziół i uzdrowicielką była przeorysza Hildegarda z Bingen (1098 - 1179 r.), jedyna kobieta, której imię pojawia się we wszystkich opracowaniach dotyczących historii medycyny i zielarstwa, zaraz obok Dioskurydesa, Awicenny i Paracelsusa. W dziale "Physica" zawarła ona praktycznie całą ówczesną wiedzę dotyczącą ziół, umiejętnie łącząc obserwacje natury z grecką filozofią czterech żywiołów. Opisała ponad tysiąc roślin leczniczych, przy tym podała również "podstawowy zestaw medyczny" złożony z 28 ziół. Tworzyły go między innymi bazylia, bylica pospolita, cząber ogrodowy, mięta pieprzowa, pokrzywa, koper, rukiew wodna, mięta nadwodna, alpinia galgant, goryczka, imbir, lubczyk, liść laurowy, chrzan, czosnek, głaka muszkatołowa, pietruszka, pieprz, goździki, szałwia, szczypior, gorczyca, wrotycz, hyzop i cynamon.
Prace Hildegardy miały jednak znikomy wpływ na jej współczesnych. Mało która znachorka w tamtych czasach potrafiła czytać, a gdyby nawet - książki były "dobrem luksusowym", niedostępnym dla większości społeczeństwa. Ludowe ziołolecznictwo polegało na tradycji ustnej aż do XX wieku, a potem, w krótkim czasie, chemiczna rewolucja, odsunęła je na margines. Wielka szkoda. Gdybyśmy uważniej słuchali naszych babek i prababek, być może przetrwałoby więcej tradycyjnych sposobów leczenia, które dziś musimy na nowo odkrywać.





[Sirrah] Od siebie zaś pragnę dodać, iż gusła wszelakiego rodzaju - o których posądzane są (były?) zielarki i czarownice - jeszcze do niedawna były całkiem aktualne (a może są nadal?). Poszperałam trochę i znalazłam kilka ciekawostek, z których co ciekawsze mam zaszczyt teraz Wam, moi mili, przybliżyć. [Sirrah]
● Przed drugą wojną światową, pewni państwo, jak to zwykle bywa na wsiach, mieli hodowlę bydła. Dziwnym jednakże zrządzeniem losu, każdorazowo młode cielęta (wszystkie!) zaraz po przyjściu na świat po prostu zdychały. Byłyż to czasy, gdy ludzie nie bali się przyjmować pod swe dachy przygodnych wędrowców - więc bohaterowie tego epizodu bez skrupułów zgodzili się przenocować jakiegoś podróżnego. Ten z kolei ponoć natychmiast, po zasłyszeniu o tajemniczej chorobie krów, oznajmił, iż ktoś je zaczarował. Wywiercił dziurę w żłobie i zatkał jakąś tylko sobie znaną rośliną. Od tego czasu cielęta przestały zdychać.
● Czarownice w wigilię świętego Wojciecha (i prawdopodobnie nie tylko) miały zwyczaj (i, o ile mi wiadomo, zdarza się to nadal) schylać się przy fosach przed domami przypadkowych [?] ludzi. Czynność ta wygląda, jak gdyby kobiety czegoś szukały, albo zbierały trawę. Nie wiadomo, co robią w rzeczywistości. Potem zazwyczaj w "zauroczonym" takim sposobem domostwie mieszkańcy mają zwiększoną tendencję do zapadania na różnego rodzaju schorzenia, głównie bóle głowy, albo problemy ze zwierzętami. U pewnej rodziny, po zaobserwowaniu kobiety schylającej sie pod ogrodzeniem, i nie "przepędzeniu jej", mimo usilnych nalegań wuja, dwoje domowników wylądowało w szpitalu z chorobami brzucha.
● Być może słyszeliście o chorobie zwanej różą? Objawia się wyskakiwaniem na nodze dużych, czerwonych, bolesnych plam. Istnieje sposób na wyleczenie ich - nadal praktykowany przez co starsze pokolenie. Należy w zaróżowionym miejscu położyć czerwoną (nie inną!) szmatkę, poukładać na niej lniane włókna na kształt krzyża i podpalić - w takim kierunku, w jaki czyni się znak krzyża. Róża po tym znikała. Nie bierzcie się jednak za to, jeżeli nie umiecie (a wątpię, abyście umieli) zrobić to tak, by nie podpalić przy okazji czerwonej szmatki.
● Kiedy małe dziecko płakało bez ustanku, przykładowo na skutek przelęknięcia się, rodzice wykonywali taki oto zabieg: kiedy zasnęło, zmęczone łkaniem, brali pewnego rodzaju sito (którego nazwy przytaczała nie będę, bo, po pierwsze, nie pamiętam, a po drugie i tak Wam to się do niczego raczej nie przyda), i układali na nim - znów podobnie - krzyżyki z lnianych włókien. Przed ich podpaleniem zakrywali dziecię chustą, aby zabezpieczyć przed fruwającym pyłem. Pył ten wyłapywali się z powietrza, po czym kładli na berbeciowi na czole. Podobno po przebudzeniu było już całkiem spokojne.

Zbiegi okoliczności? [/Sirrah]





Agnieszka Krzemińska, Agrypine Sirrah
3.05.2008, 22:38

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Encyklopedia

bardzo ciekawe, idziemy w te strone teraz, naturalnosc, wrozki, nie wrozki, antybiotyki nie dzialaja juz.

7.12.2008, 00:35
roman

no bo kościół był/jest/będzie pojebany i zabrania(ł) leczyć ludzi

5.09.2008, 10:55
Wągrowiec

Wągrowiec To bardzo fajne miasto...

18.07.2008, 19:30
Maks

Nie ma, bo jeszcze nic nie wkleiłem :D

30.06.2008, 18:41
Mary

Już jest.

30.06.2008, 00:21
Maks

Nie bój się, dymu nie będzie.

29.06.2008, 14:57
Mary

Nie przesadzajmy, czemu mieliby zrobić pogrom, skoro los Proroka od dawna im powiewa? Maks, skromna sugestia: przyłóż się też trochę do interpunkcji, bo naprawdę będzie "dym".

29.06.2008, 03:52
Maks

Nic nie chce mówić ale po raz trzeci zmieniam treść tego co piszę;/

28.06.2008, 18:07
Agrypine Sirrah

Daj spokój. Jest fajnie.

28.06.2008, 12:43
cytrynowydrops

I kilka wypracowań na temat żałosności teraźniejszego kunsztu pisarskiego młodzieży. Niemniej mnie to nie gila. Rozwalą nam stronę. Usuną teksty. Będzie pogrom. Zobaczycie! Za to, że samozwańczo naruszyłyśmy świętą ziemię Strefy Fikcji, która przecież oficjalnie została zamknięta przez Vala.

28.06.2008, 00:10