Wiadomosci

Koralina za kurtyną

Magia książek Gaimana ..

Podsyć swą ciekawość...

..zdjęcia z 'Księcia Półkrwi'.

Daniel obraża fanów słowa pisanego?

A to się nam dostało...

Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Frapujący magiczny deser - o "Damach z Grace Adieu"

recenzja Patrycji Pustkowiak

Podobno druga książka to prawdziwy egzamin dla pisarza. Susanna Clarke, autorka bestsellera "Jonathan Strange i Pan Norell", zbiorem fantastyczno-magicznych opowiadań "Damy z Grace Adieu" zdaje go celująco.

Zastanawialiście się kiedyś, kto jest patronką sera albo do jakich niegodziwości zdolna jest piastunka "o obliczu jeżozwierza"? Clarke zna odpowiedzi na te i inne intrygujące albo całkiem bezinteresowne pytania. W czasie kiedy powstaje coraz więcej literatury "zaangażowanej", "krytycznej", usytuowanej w bolesnym tu i teraz, które trzeba opisać, a z jego godną politowania kondycją dokonać trudnego rozrachunku, propozycja Clarke jest absolutną perełką, deserem, o jakim marzy się cały dzień, siedząc w ciasnym biurze.

Bohaterami tekstów brytyjskiej pisarki są przedstawiciele różnych warstw społecznych Anglii minionych czasów. Mamy tu niezamężne panny, zarówno te marzące o dobrym ożenku, jak i sprzeciwiające się losowi emancypantki. Jest Maria, królowa Szkocji, pogrążona w konflikcie z angielską monarchinią Elżbietą. Jest także pewien niegrzeszący skromnością duchowny piszący w początkach XIX wieku pamiętnik oraz zapalczywy węglarz, którego jedynym przyjacielem jest ukochana biała świnka…

Dzięki "Damom z Grace Adieu i innym opowieściom" możemy wrócić do krainy dziecięcych lektur, przypominając sobie choćby baśnie braci Grimm. A jednocześnie - odbierając je z perspektywy dorosłego, bo to on jest ich adresatem - docenić erudycję i talent autorki. Na liście jej ulubionych powieści zapewne znalazłyby się dzieła Jane Austen i Charlesa Dickensa. Podobnie jak mistrzowie XIX-wiecznej literatury, Clarke podpatruje ludzką menażerię, tworząc wspaniałe miniportrety społeczne. A że często sięga do XIX-wiecznej scenerii, możemy znów przenieść się w epokę wiktoriańską i wsłuchać w salonową konwersację między przystojnym kawalerem a uroczą panną.

Niezwykłość tomu Clarke polega na tym, że świat tych realistycznych postaci bezustannie spotyka się ze światem fantastycznym - złośliwych elfów, profesjonalnych magów, świętych interweniujących w sprawach kryzysowych prosto z nieba (z właściwym sobie humorem!). Musimy się nieustannie mieć na baczności, bo - jak mówi sama autorka - "bywa czasem, że nagle przekraczacie niewidzialną granicę i musicie radzić sobie, najlepiej jak potraficie, z kapryśnymi księżniczkami, mściwymi sowami, damami zajętymi haftowaniem straszliwych wyroków losu (…)".

Przy wszystkich innych zaletach opowiadania Clarke mają tę najważniejszą i chyba najrzadszą - wielkie poczucie humoru. Mimo niekiedy ponurych wydarzeń świat jej prozy daleki jest od okrucieństwa albo szczególnie gęstego mroku. Narracja Brytyjki płynie potoczyście, subtelnie i elegancko. Specyficzny dowcip pisarki można dostrzec w chwilach, gdy ta postanawia swym postaciom dokuczyć, sportretować ich małe grzeszki, co widać choćby w takim czarującym zdaniu: "…pan Pumphrey (…) zmienił zdanie, gdyż dostrzegł możliwość wyładowania swej złości na księciu".

Zagadka tej niezwykłej książki staje się jeszcze bardziej frapująca, gdy dowiadujemy się, że pierwsze opowiadanie autorka napisała poniekąd przymuszona przez przyjaciół, sama nie mając na to większej ochoty. Co więcej, fabuły swych historii autorka obmyślała… przecierając oczy nad błędami w oddanych do publikacji książkach kucharskich - pracowała bowiem przez 10 (!) lat jako ich korektorka. Wtedy też narodził się pomysł na pierwszą powieść - "Jonathana Strange’a…". Napisanie jej zajęło dekadę, ale zainwestowany czas zwrócił się z nawiązką - powieść z miejsca trafiła na listy bestsellerów, dostała nominację do Bookera, a Clarke uczyniła milionerką. Podobny sukces należy wróżyć jej opowiadaniom. Pozostaje pytanie: czy ludzie tak bardzo łakną magii, czy może po prostu dobrych książek?

źródło: www.dziennik.pl




Przeczytaj:

"Damy z Grace Adieu i inne opowieści" - kolejny sukces brytyjskiej epiki fantastycznej

Patrycja Pustkowiak
14.10.2007, 14:20

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Agrypine Sirrah

*To zazwyczaj, to nie dość, że wyrwane ni z gruszki, ni z pietruszki, to jeszcze powtórzone. Ale myślę, że wszyscy wiedzą mimo to, o co chodzi.

18.10.2007, 13:39
Agrypine Sirrah

Ja zazwyczaj nie miałam okazji zwrócić uwagi na Pannę Jesień, bo o tej porze roku zazwyczaj ogarniała mnie tak zwana 'chandra' (nie znoszę tego słowa, brzmi jak wyjęte z BravoGirl!). Teraz jakoś się złożyło, że depresji nie mam, ból zębów ustąpił, i pozostaje tylko wzdychać i podziwiać. Żeby jeszcze tylko ta mgła ustąpiła! A jak wygląda jesień w metropolii, jaką, przypuszczam, jest Poznań? Mary, złota jesień nie może powodować depresji - chyba, że nie jest złota.

18.10.2007, 13:38
Aibhill

Nigdy nie zwracałam uwagi na jesień, polubiłam ją dopiero teraz - a jesień w Poznaniu jest przepiękna.

17.10.2007, 22:27
Mary

Po pierwszę, może zacznę od tego, że wcale nie mam zamiaru tu wprowadzać jakiegokolwiek nieładu czy też nienormalności, jeśli to robię, to przepraszam. Czytałam i tym bardziej mnie to śmieszy, bo skoro rozważałęś powrót, to huczne pożegnanie było w takim razie desperackim aktem w celu zwrócenia na siebie uwagi czytelników. Podziwiam, nawet Ci to wyszło. Ewidentnie ubolewasz nad brakiem twojego opisu na stronie, cóż zdarza się, więc ta kąśliwość to chyba w stosunku do samego siebie. Nie mów, że huku przy powrocie nie było, bo był, wszyscy to przeżywali, a o to tu chyba chodzi, czyż nie? Hipokryzja jest i się przy tym będę upierać, bo sam grzejesz posadkę i chyba zaczną wierzyć w ten fundusz emerytalny, bo w innym wypadku ten powrót chyba był bezcelowy. Nie sugeruję tu, że nie powinieneś być redaktorem, ale to, że mógłbyś się wziąć trochę do roboty. Mimo całej tej antypatii pomiędzy nami (jeśli mogę sobie pozwolić na taki zwrot) lubię czytać twoje teksty, bo niezmiennie trzymają poziom (i pion nawet) i za to szczere wyrazy szacunku. Tym samym pożegnanie i jeszcze jeden tekst (wiemy o którym mowa) były dla mnie w twoim wykonaniu wielkim zgrzytem. To była moja w miarę obiektywna opinia. Nie kieruję się sympatią do Aibhill, co ty mi będziesz mówił czym ja się kieruję, chyba lepiej wiem. Ja akurat nie toleruję hipokryzji, egoizm jeszcze jakoś przejdzie, bo sama czasem jestem egoistką. A złota jesień wcale mnie nie motywuje, wręcz przeciwnie, popadam w depresję.

17.10.2007, 22:20
Aibhill

Mam propozycję - może w niedzielę przywróćmy i na Proroku normalność?

17.10.2007, 19:38
Agrypine Sirrah

Czy ty nigdy nie jesteś w stanie skapitulować, nawet gdy nie masz racji?

17.10.2007, 19:32
V.

Po moim trupie będę się przyznawał do jakichś wymyślonych przez kogoś grotesek. Równie dobrze mogę ci powiedzieć: "Po prostu przyznaj, że to była groteska, że nawet się nie zastanowiłaś, co jest hipokryzją, a co nie".

17.10.2007, 19:22
Agrypine Sirrah

Po prostu przyznaj, że to była groteska odchodzić z takim hukiem, a później chyłkiem powrócić. A teraz porozmawiajmy, jaka motywująca złota jesień tego roku nadeszła.

17.10.2007, 19:00
V.

*szczere (w pierwszym zdaniu). Nadmiar przysłówków.

17.10.2007, 16:24
V.

Moja droga Mary, moje jakże ostentacyjne i szumne pożegnanie było jak najbardziej ostentacyjnie i szumnie szczerze, ponieważ żegnałem się z Prorokiem i najzupełniej nie wiedziałem, czy wrócę (czego - gdybyś była wówczas przeczytała - nie wykluczałem). Że lubię styl "szumny", udowadniałem uprzednio przez kilka lat wszystkimi swoimi tekstami, więc nawet wszystkie nieliczne wrodzone zalety nie były w stanie skłonić mnie do tego, by napisać tylko w myślodsiewni: "Mam dosyć tego wszystkiego, idę na urlop, bawcie się dobrze". Co do jeszcze bardziej hucznego powrotu, ograniczył się on do hucznego (?!) pozostania mojego opisu na stronie redakcyjnej, która - co pragnę kąśliwie zauważyć - obecnie nie istnieje, oraz napisania do tej pory dwóch tekstów, co byłaś już uprzejma mi wytknąć, tyle że od drugiej strony. Zaś co do "pouczania": hipokryzji i niekonsekwencji nie widzę ani grama w fakcie odejścia i powrócenia, gdy w momencie odejścia zastrzegłem, że kiedyś może nadejść chwila powrotu. Niekonsekwencją może byłoby zaiste, gdybym uległ błaganiom drogiej pani redaktor i po tygodniu wrócił. Ale po roku? Dla mnie hipokryzją jest grzanie czterema literami posadki, podczas gdy z założenia nie robi się nic. Mając do wyboru siedzieć redaktorsko i komentować, ale nie robić nic redaktorskiego, i komentować czytelniczo, w gronie nie będąc, już wolę to drugie. Gdybyś zawiesiła na moment rzucanie sloganów, ku którym popycha cię sympatia do drogiej pani redaktor, a które są tak podobne do rządzącej nam niestety partii, zauważyłabyś z pewnością, że moje rozumowanie i związane z nim działanie ma właśnie na celu ograniczenie hipokryzji. Ograniczenie! Ja nie kryję się z tym, że jestem hipokrytą i egoistą, uważam oba te zjawiska za nie tak negatywne, jak je się maluje w książeczkach dla dzieci; ale akurat w mojej "karierze" redaktorskiej nie wydaje mi się, by hipokryzja zaistniała. Chyba że w jakimś innym momencie.

17.10.2007, 16:22